Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

Płodozmian czyli na setkach ta impreza się nie skończy

Impreza trwa, pierwsze dwie setki weszły, ale przecież do domu jeszcze nie idziemy, więc chyba powinnam sięgnąć po następne. Apetyt przecież rośnie w miarę jedzenia a i jest w czym wybierać.   Zatem co dalej...?


środa, 3 września 2014

Mój Półmaraton Praskich Ekranów czyli połówka i ćwiarteczka

31 sierpnia wzięłam udział w I-szym BMW Półmaratonie Praskim czyli, jak to się mówi ostatnio na mieście, Półmaratonie Ekranów Akustycznych pod hasłem Bardzo Mało Wody, chociaż jak bym raczej rozwinęła skrót BMW jako "Bardzo Marne Wydawanie (Wody)"

  

poniedziałek, 31 marca 2014

Trzyczwarciak

... to prawie jak ćwierćfunciak, ten z Pulp Fiction. Dziś zafundowałam sobie właśnie trzyczwarciaka czyli trzy czwarte maratonu, a nawet trochę więcej, bo 34 kilometry biegu + 1 km spaceru na ostatnich nogach, żeby dotrzeć do własnej chałupy.

fot. http://warszawa.naszemiasto.pl/

poniedziałek, 23 września 2013

Zbąszyń - stacja końcowa czyli wysiadka

W Biegu Zbąskich wszystko zostało dopięte na ostatni guzik - była super organizacja, świetny doping mieszkańców wzdłuż trasy, doskonała pogoda i pycha ciasta domowe od Kół Gospodyń Wiejskich po biegu. Nie zagrał tylko jeden element: JA.


Przed startem 

niedziela, 15 września 2013

Pociąg jedzie dalej

Pamiętacie jak pisałam o pociągu do Tarczyna z przystankiem w Czosnowie? Otóż pociąg w Tarczynie się nie zatrzymał, no normalnie jak we Włoszczowie po zmianie kadencji. Zmienił natomiast relację i jedzie do Zbąszynia. Parafrazując Tomasza Lisa "i skąd ci biedni ludzie mają wiedzieć, gdzie jest ku..wa Zbąszyń?" Do wczoraj ja też nie wiedziałam. Ale już wiem i wydaje mi się, że to będzie fajna stacja docelowa. 



niedziela, 21 lipca 2013

No i co tera?

Nowa życiówka w półmaratonie wprawiła mnie w lekką konsternację. Ucieszyła of kors, jakże by inaczej, ale po biegu usiadłam i pomyślałam: "No dobra - zrobiłaś to, co miałaś zrobić w Tarczynie we wrześniu. Co w takim razie osiągniesz we wrześniu? Urwiesz kolejne dwie minuty? So what? Czy to da ci radość? Czy to wystarczająca motywacja, żeby mocno trenować przed Tarczynem?

O ile jestem w stanie się poprawić na 21,1 km, nie wiem. Wskaźnik VDOT niby pokazuje, że pole do poprawy jest, ale tabelka nie biega :) O ile szybciej dam radę pobiec półmaraton niż 4:56/km?




Oto  dopadły mię wątpliwości co do sensu biegania dla urwania tu minutki, tam dwóch. I pomyślałam, że prawdziwym wyzwaniem będzie jednak dla mnie dopiero maraton, na którym mogłabym się zmagać nie z bolącym brzuchem tak jak to było na Orlenie, ale z palącymi ze zmęczenia udami. Na tym pierwszym tak bardzo nie bolały. Czyli maraton 2014 i/lub... coś zupełnie nowego. Hm, bieg górski, hm, bieg łączony z czymś (ale nie tri), albo hm, bieg typu adventure. Coś takiego musi się wydarzyć w następnym sezonie, bo głowa potrzebuje nowego :)

Jednak potem znów wolta i decyzja - jestem przecież już zapisana na Tarczyn, mam numer startowy 274, przygotowałam sobie wstępnie kalendarz pod ten bieg, więc nie szarpmy się, zamknijmy ten rok zgodnie z planem. A plan sportowy jest taki:
1 września - sprawdzian na dychę - dawno jej nie biegłam, a zatem bieg na 10 km na Rodzinnym Pikniku Biegowym w Czosnowie (mój Tomek też biegnie, na 400 m)
15 września - półmaraton w Tarczynie
potem ROZTRENOWANIE i mocny trening wspinaczkowy
12 -19 października - wyjazd wspinaczkowy do Turcji
listopad - obóz biegowy Tatra Running i początek przygotowań do maratonu wiosna 2014!


Taki to plan. Nie ma w nim Biegnij Warszawo, nie ma Biegu Niepodległości (choć może się pojawi), ale ładny jest prawda? No a poza tym, umówiłam się z moim trenerem aka Planodawcą, że znów popracujemy razem,  a trenera zawieść bym nie chciała ;-) Tak więc właśnie dostałam nową rozpiskę na półmaraton i ruszyłam w piątek z kopyta robiąc podbiegi na leśno-piaszczystych wydmach w Falenicy.

Ale żeby nie było tak różowo, mam też niestety problem z pasmem biodrowo-piszczelowym. Boli mnie kolanko czyli przyczep tego pasma i to szczególnie na zbiegach. Nie jest bardzo źle, ale źle być może jeśli to zaniedbam, a więc chłodzimy, rozciągamy i wzmacniamy przy pomocy takich oto ćwiczeń:



Niech już ten zaplanowany plan się uda zrealizować, a potem będzie można kombinować czym by tu pomęczyć ciało i uradować duszę w przyszłym roku.

czwartek, 11 lipca 2013

Stampede wokół jeziora i inne kowbojskie zabawy

Po pierwsze - o co chodzi z tym Stampede? Nazwa pochodzi od dawnego zajęcia kowbojów polegającego na pędzeniu bydła przez prerie. Tak się złożyło, że przybyliśmy do Calgary akurat w porze dorocznego święta zwanego Stampede. Teraz mało kto pędzi tu bydło, ale za to 3/4 miasta chodzi przez tydzień w kowbojkach, wywiniętych kapeluszach i panują klimaty kowbojsko-indiańskie.

Wódz plemienia Stoney Nakoda w tradycyjnym stroju ;-)


 A topową atrakcją jest rodeo, na które zjeżdzają się najwięksi chojracy by walczyć, kto dłużej wytrzyma na wsciekłym ogierze oraz jarmark z lokalnymi przysmakami ;-)

Wszystko bardzo duże :)

Smażone ciasteczka Oreo? Nie skusiłam się :)


Stampede Road Race to bieg towarzyszący co roku temu świętu i w sumie nazwa trafna, bo jak inaczej nazwać przepędzenie stada ludzi wokół jeziora na dystansie 21,1 km :) Organizatorzy nie zawiedli z pakietami startowymi - zgarnełam sliczną koszulkę Pumy.  Oprócz tego 2 saszetki izotoniku, wafel, torebkę fajnego musli i żelki energetyczne. Na szczęscie rozpoczęcie półmaratonu było o 7:30 rano. Co prawda trzeba było wstać o 5:20, żeby zjesc i dojechać na czas, ale przynajmniej nie było upału. Tradycyjnie Garmina wziął Wojtek, a ja zadowoliłam się zegarkiem i wykreowaną na marathonguide.com opaską na rękę z międzyczasami. Celowałam łagodnie czyli w 1:46 zgodnie z założeniem, że o mocny wynik powalczę jesienią w Tarczynie. Co prawda Wojtek już parę dni przed biegiem miał spuchniętego i bolącego achillesa, ale nie zamierzał tanio oddać skóry, a ja stwierdziłam, że na półczuja biega mi się całkiem nieźle.

Ludzi było kilkaset a zatem dość kameralnie, ale byli nawet pacemakerzy. Pierwszy kilometr pokonałam w 4:27 (ups!) - było jasne, że koniecznie muszę zwolnić bo wysiądę w połowie. Jednak jakoś tak fajnie szło - przede mną biegł pacemaker na 1:40 (spoko, po pierwszych podbiegach znikł mi z oczu), a potem obok pojawił się zając na 1:45. W sumie przez pierwsze 4 kilometry biegłam obok niego i pomysł wykręcenia 1:45 całkiem mi się spodobał. Wypracowałam sobie przewagę około 2 minut do mojej opaski z międzyczasami i biegłam dość równo (straciłam dopiero 30 sek. na podbiegu na 19-tym kilometrze).

Około 10-tego niestety dogoniłam Wojtka - od razu wiedziałam ze musi być kicha z achillesem, bo to się u nas nie zdarza. Odmówił biegu razem, kazał mi lecieć do przodu, więc naprawdę musiało go boleć. Tu zaczęły się cięższe momenty - pacer na 1:45 oddalił się trochę - chociaż go ciągle widziałam, ale były odcinki, gdy biegłam po prostu sama i za bardzo to nie pomagało. Góra, dół, góra, dół  - scieżka wokół jeziora i wzdłuż rzeki nie miała zbyt wielu płaskich prostych, ale apogeum nastąpiło na 14-tym, gdzie musieliśmy pokonać najpierw chodnik zawalony błotem, które zostało po niedawnej powodzi (tu leciało się po prostu gęsiego, bo w miarę czysty był pasek około 50 cm), a potem podbieg-killer.


Jakoś udało mi się nie przejść do marszu, bo już tam obok mnie biegli inni, co nieźle mobilizowało.
Popełniłam w sumie tylko dwa błędy podczas biegu - najpierw postanowiłam przekręcić na ręku opaskę z międzyczasami - niestety papierek nasiąkł od potu i trach... po próbie pociągnięcia połowa została mi w ręku i tak to zostałam bez międzyczasow na 15-19 kilometr. Kolejnym zonkiem było zaklajstrowanie się żelem GU. Niestety nie wpadłam na pomysł, że może być gęsty i tak oto na 13-tym kilometrze wypełniłam otwór gębowy bananowo-truskawkowym klejem, a punkt z wodą pojawił się  dopiero po 2 kilometrach.

Ogólnie szło nieźle, ale organizatorzy zafundowali jeszcze podbieg właśnie na 19-tym i potem miałam już naprawdę dość. Srednie tempo 4:56 to chyba granica moich obecnych możliwości na półmaraton. Ku swej radości na 20-tym zobaczyłam znów zbliżające się plecy pacemakera na 1:45. Myk i teraz on widział moje plecy. Dajesz, dajesz, już nie możesz tego wyniku wypuścić - tak sobie tłumaczyłam wypatrując stadionu gdzie miał być finisz. No i wreszcie tartan - zrobilismy po nim prawie całą pętlę, a ja dostałam takiego speeda widząc że mija mnie jakaś pani z na oko mojej kategorii wiekowej, że wyprzedziłam ją jak struś pędziwiatr. Efekt końcowy: 1:44:41 netto. Aż się boję teraz, o jaki wynik mam walczyć w Tarczynie, skoro sama sobie tak podkręciłam śrubkę na biegu, co to miał być rekreacyjny :)



 Pacemaker dobiegł w 1:45 (brawo! to pierwszy taki przypadek w historii mojej wspólpracy z zającami). Za metą padłam na trawę ale na krótko, bo trza było iść po medal


a potem przygotować synka do biegu na 800 m.

Tomek na mecie 800 m

poniedziałek, 25 marca 2013

Półmaraton - rachunki wyrównane

Przede wszystkim naprawdę polecam wszystkim  "Miejsce mocy" w Puszczy Białowieskiej. Jedziesz, pobierasz moc i tydzień później robisz życiówkę w półmaratonie. Proste! ;-)

Wczoraj wyrównałam wreszcie rachunki z Warszawskim Półmaratonem - 2 lata temu był marszobieg z kontuzją, rok temu - byłam zapisana ale trafił się fajny wyjazd wspinaczkowy - odpuściłam.Wczoraj - wreszcie udało się wykonać plan i to z naddatkiem.

Polska biega ? ;-)  

Właściwie WSZYSTKO się udało :)

Pogoda - temat nr 1 dni przedbiegowych - okazuje się łaskawa (na Nowym Świecie w pełnym słońcu odszczekałam poranne bluzgi na serwis new.meteo.pl.)

Ciuchy - dobrałam idealnie. Po oddaniu rzeczy do depozytu nie zdążyłam zmarznąć, bo pobiegliśmy do Skaryszaka na rozgrzewkę z grupą Agi i Olka. Poświęciłam tylko stare spodnie od dresu, które zostawiłam w krzakach w parku po rozgrzewce. Folia NRC kupiona w Feu Vert za 6,99, nie była potrzebna. 10 minut przed startem zmiana decyzji - ściągam spod wierzchniej bluzy koszulkę Crafta i wsadzam sobie z tyłu za gatki. Mam tylko 2 warstwy - to jest dobry ruch.

A sam bieg? Podzielę relację na trzy tercje.

Tercja 1 - start i pierwsze kilometry  
Rozdzieliliśmy się z Wojtkiem, który poszedł do grupy na 1:45, a ja stanęłam na 1:50, tuż obok Izy - zająca. Pomyślałam sobie że mam mega komfort - nie muszę się martwic tempem, bo ona podobno dobrze prowadzi, więc będę lecieć obok niej. Planodawca radził zacząć bieg po 5:10, a potem przyspieszyć do 5:05. Mam to w głowie, chociaż nie wierzę, że dam radę biec po 5:05. Tak naprawdę to nie jestem pewna, czy uda mi się zejść w ogóle poniżej 1:50 z wyniku końcowego.
Ruszamy zgodnie z planem czyli 5:08. Ale zaraz za Palmą tempo spada do 5:20. Szybka decyzja - Adios Izo, adios grupo! Jeśli mam coś zdziałać w temacie złamania 1:50, to lecę swoje. Świeci słońce, w uszach ulubiona playlista, gęba mi się śmieje do ludzi - pierwsze 6 kilometrów wychodzi średnio po 5:09.  Biegnie się świetnie.

Tercja 2 - do 17-tego kilometra
Nadal biegnie się świetnie. Stwierdzam, że cały czas wyprzedzam, czyli chyba źle stanęłam. Co się kogoś "uczepię", to za chwilę okazuje się, że mogę szybciej. Widzę też, że szybciej przebieram nogami niż większość biegnących obok. Efekt treningów kadencji z metronomem na 180?  Może i tak.
Nie lecę w trupa - średnia z odcinka 7-16 km to 5:07. Na 12-tym zjadam Isogel, oczywiście paluchy poklejone, bo niezdarnie otworzyłam, ale robię to w biegu. Piję ciut na punktach - też w biegu. Postanawiam nie przyspieszać aż do Rozdroża czyli do minięcia podbiegu na Belwederskiej i ochłonięcia po nim. Ciągle jednak wyprzedzam - na podbiegu też. Skracam tam krok. Sprawdza się moja stara metoda nie patrzenia pod górę (też wzięta z podjazdów rowerowych) - patrzę trochę pod nogi - wtedy można nawet odnieść wrażenie, że się leci po płaskim. Tylko oddech coś cięższy się staje :)

Tercja 3 - finisz
Na połówce w Tarczynie na 18-tym zaczęła się już moja powolna agonia. Tu jest inaczej. Na 17-tym myślę sobie - no dobra to turbo, bo jeszcze tylko 4 kilosy. Przyspieszam.  Wieje, ale do przeżycia. Przypominam sobie jaka piździawka bywała na zimowych treningach, a dawałam radę. To dodaje mi sił. Most mija szybko, już się cieszę, bo usłyszę zaraz Lose Yourself Eminema - ten kawałek dodał mi mocy w Tarczynie i teraz na zbiegu ślimakiem też mam skrzydła i równy mocny krok w rytm muzyki. Rzut oka na Garmina przeraża mnie - co ja wyrabiam 4:40, 4:30? Ale dam radę, czuję moc. Po Eminemie włącza mi się na finisz metronom - 180 bpm - lewa, prawa, lewa, prawa. Jest jeszcze szybciej. Oszukuje mnie pierwsza dmuchana brama - WTF??!!! to nie jest meta? No dobra - jeszcze kawałek. Pędzę - wreszcie meta!  Średnia z odcinka 17-21 km to 4:45. Finisz to 4:15. Wiem że złamałam 1:50, a nawet 1:48  i że było bardzo dobrze.
W domu na STS-timing odczytuję swój wynik: 1:47:12. Spotkanie Ewa kontra Półmaraton kończy się tym razem wygraną Ewy.
Jestem szczęśliwa, dumna, chwalę się Planodawcy, czuję że góry mogę przenosić - no po prostu euforia. I gdzieś z tyłu głowy mała myśl - a gdybym tak ciut przyspieszyła w środku to te 1:47 też by padło. Ale to już temat na inny półmaraton. Na razie liczy się tylko ORLEN!

Wojtek robi rewelacyjne 1:41:23 w debiucie. Przez cały dystans biegnie słuchając metronomu (180 bpm) ;-)


wtorek, 19 marca 2013

Moc żubra


Uwaga pierwsza ostatnia prosta! 
do Półmaratonu Warszawskiego - 6 dni
do Maratonu Orlen - (na szczęście aż) 34 dni

Co słychać u mnie? Ogólnie to BZ, biega się:

run-log.com

W tym tygodniu będzie się biegać oczywiście trochę mniej, bo ruszył pierwszy tapering przedstartowy przed niedzielnym mroźnym 21,1 km. Kicha z tym mrozem - na koniec marca to jakieś przyzwoite parę na plusie powinno chociaż być, a tu co? Nie dość, że minus to jeszcze wiatr. Będzie walka na moście i tam gdzie odsłonięte.
W sumie to całą zimę przebiegałam w mrozie, śniegu i wietrze, więc w panikę nie wpadam, ale jednak "Nie lubię" tego.  I nie wiem, jak się ubrać :) A może znów w sukienkę jak 2 lata temu?

W ostatni weekend pohasaliśmy za to po puszczy. Miał to być weekend z relaksem i SPA w  Białowieży, więc rozpoczęliśmy go z Wojtkiem od 19,5 km wybiegania po lesie ;-)


W sobotę rano ruszyliśmy w ostępy licząc, że wytropimy żubra. Białowieża to jednak nie preria, a my nie Apacze, więc nic nie wytropiliśmy. Jakiś miły pan powiedział, że obejrzeć go można sobie za 8 złotych w Rezerwacie Pokazowym czyli lokalnym zoo, ale czy my dzieci, żeby do zoo chodzić? Było za to pięknie - mróz, śnieg po kostki, słońce i majestatyczne drzewa. Zamiast żubra trafiliśmy w lesie na tabliczkę o takiej treści:




Żubry? Miejsce mocy? Znaczy się będzie z tego moc żubra - lecimy. Niestety w Miejscu Mocy napotkaliśmy tylko drewnianą budę, drewnianą tablicę z wyjaśnieniem, o co biega w tej mocy i nic poza tym. Napisali że jak się dobrze ustawić, to czuć wibracje i moc przybywa, ale jakoś mi nic nie wibrowało.


Zaczął mnie natomiast znów boleć dół brzucha i się ledwo dowlokłam do mety. Jak już pisałam wg USG mam przepuklinę. Ale.. wg lekarza od  przepuklin, do którego potem poszłam, nie mam żadnej przepukliny :) Pan doktor zasugerował, że to może jednak mięśnie i w ten sposób wróciłam do punktu wyjścia. Problem polega na tym, że cokolwiek by to nie było, boli podczas i po biegu i już.
Bardzo się nastawiłam na ten Półmaraton, więc go pobiegnę, ale przed Orlenem muszę ustalić o co tu chodzi, żeby mi na 30-tym kilometrze odwłok nie odpadł na przykład.  Cieszę się na tę Połówkę - to będzie moja druga prawdziwa (czyli biegnięta) po Tarczynie.  Planodawca zalecił biec szybciej o 15 sekund na kilometr niż na ostatniej we wrześniu, więc jeśli się uda, to wynik powinien być bardzo OK. A jak mnie łupnie w spojeniu, to znów przejdę do marszu :(  W każdym razie stanę za zającem (a może króliczkiem ;-) o imieniu Iza, która będzie prowadzić na 1:50. Mocy żubra - przybywaj!

A na koniec zagadka - czym się różni żubr od żubronia?

Stadko się grzeje w słońcu

Żubron jaki jest, każdy widzi 


Jak się łatwo domyślić ze zdjęć, jednak poszliśmy do Zoo za 8 złotych, bo bardzo chciałam zobaczyć jak żubr czeka na polanie :)

sobota, 24 listopada 2012

No plan just run

Roztrenowanie w toku. No może "półroztrenowanie" bo jednak coś tam robię. Tłumaczę to sobie tym, że nie mam za sobą ciężkiego sezonu, a po drugie to normalnie uzależniona jestem - weźmy taki na przykład piątek. W piątki zazwyczaj biegam, a zatem od rana kręciłam się nerwowo przed kompem i chociaż najpierw stwierdziłam że odpuszczę, bo się wyszalałam dzień wcześniej na koncercie Gossip to jednak nie dałam rady odpuścić. O 20 poszłam na piąteczkę. Nie chcem ale muszem.

Inwentaryzacja 1-szego tygodnia roztrenowania:
1) crossfit -  szt. 1 + ćwiczenia w domu
2) trening wspinaczkowy - szt. 3 (bulder, lina i chwytotablica),
3) niekontrolowane skoki i wygibasy - szt. 1 ( 1,5 godziny na wspomnianym koncercie Gossip)
4) biegi - szt. 2 w postaci  5-kilometrowych truchtów.




Jedno jest pewne - w pełni odpoczywam od interwałów, szybkich kilometrówek oraz tempówek.  No plan just run.

Te powolne truchty postanowiłam wykorzystać na sprawdzenie tętna przy 1-szym zakresie. No i się zdziwiłam... in minus. Żeby utrzymać tętno w granicach 138-145 (mój max to chyba 188) muszę biec ok. 6:40/min. Żeby pulsometr pokazał te 140 musiałam więc zwalniać i zwalniać i zwalniac, aż się prawie zatrzymałam, bo nawet długie wybiegania robię normalnie po 5:55. No ale OK, pełen relaks, tylko zmarznąć trochę można. Za to jest dużo czasu na myślenie o planach biegowych na nowy sezon.

Jak już pisałam decyzja o maratonie zapadła jak klamka. Pozostaje tylko kwestia gdzie dokładnie i kiedy, ale wstępnie szykuję się na wiosnę.

Kalendarz startowy na 2013 wygląda wstępnie tak:

12 stycznia - Choszczówka 10 km

16 luty - Choszczówka 10 km

9 marca - Choszczówka 10 km

24 marca - Półmaraton Warszawski

6 kwietnia - Choszczówka 10 km ?? (nie wiem czy wskazane przez maratonem)

14 albo 21 kwietnia - MARATON !!! w Łodzi lub Warszawie

czerwiec - Bieg Ursynowa 5 km

1 sierpnia  - Bieg Powstania Warszawskiego  5 km

Bogato, co? :) Górskie biegi w Choszczówce będę traktować jako treningi siły biegowej, natomiast co do jesieni to jeszcze planów brak, ale pewnie się wyklarują. Natomiast "clou" czyli gwóźdź sezonu jest jeden :)










   

niedziela, 28 października 2012

Myśli krążące

Chyba za wcześnie - jeszcze się sezon nie skończył, jeszcze przede mną jeden start na zamknięcie, a tu już głowa się głowi, co robić potem.
Na pewno będzie tzw. roztrenowanie - po raz pierwszy, przyznam. Biegam od dawna, ale zawsze te moje kilometraże były tak liche, a treningi tak mało jakościowe, że nie było potrzeby robić "resta". Tym razem jednak zrobię na ok. 3 tygodnie czyli do początku grudnia. Ponieważ nadal tłukę takie sobie ilości kilometrów tygodniowo, to nie będę wieszać butów na kołku, ale porzucę Garmina i mini karteczki z zapiskami typu 3km BS + 4x0,8 P + 4x0,4 I + 3 BS.  Będę sobie biegać po 11-tym  listopada ot tak po 40 minut dwa razy w tygodniu - lajcik i sama frajda. Oby nie było za często tak jak w ostatnią sobotę, kiedy zrobiłam 11 km w zacinającym z boku śniegu i wietrze.

No a potem.. zbrojenia czas zacząć - pytanie tylko do czego? W run-logu już wpisałam sobie Warszawski marcowy półmaraton i mentalnie jestem do niego gotowa (do startu około 145 dni!), ale naszło mnie ostatnio, czy by jednak nie pobiec w Łodzi, 3 tygodnie później, no wiecie czego.... tego na M.. ;-)

Plan pierwotny zakładał, że debiut będzie we wrześniu 2013 też w Warszawie, ale jakoś tak mi się widzi, że może dałabym radę wcześniej, o ile zawczasu "leciutko" wydłużę dystanse wybiegania - tak o jakieś 15 km ;) czyli do 25-30. A może z drugiej strony nie ma się co spieszyć - wot dylemat. Póki co znalazłam ze 3 plany treningowe (J.Daniels/FIRST/Matt Fitzgerald) i oczywiście nie wiem już, który wybrać. Do tego gnębi mnie myśl, że będzie trzeba poświecić więcej czasu na bieganie, a odbędzie się to kosztem innych ruchowych przyjemności (tak, tych w górę), no i też boję się trochę kontuzji.

No to ja jeszcze sobie porozmyślam podczas roztrenowania i umówmy się, że "kości zostaną rzucone niebawem" - okaże się wtedy, co wypadnie - tylko mały strit czy dodatkowo też duży, taki na 42 km  :)



czwartek, 20 września 2012

Moja playlista

Na półmaraton zamontowałam sobie aż 31 utworów w mptrójce.  Z wyjątkiem treningów interwałowych, gdzie muszę się skupić na tempach i czasach, zawsze biegam ze słuchawkami w uszach. Dzięki temu nie tylko nie słyszę swojej zadyszki zwiastującej szybki zgon, ale też pobieram energię i dostaję tzw. kopa.  Popatrzyłam, co mam wgrane i usiłowałam to jakoś wrzucić do wspólnego worka, ale w zasadzie się nie da bo tej muzyki jest mnóstwo i to przeróżnej pod względem gatunków i wieku, jednak jest pewien element dominujący - lubię jak dobrze słychać "gary" ;)
Mocne gary, szybki rytm, fajny tekst to jest podstawa tej części mojej playlisty, która ma zadziałać tak, jak zadziałała na przykład w Tarczynie.  A słuchałam sobie m.in. tego:

Na początek coś na rozkręcenie, ale nie za mocno, żeby nogi za bardzo nie poniosły :)
Stara ale jara Annie Lennox o przepięknym głosie i "Sweet dreams"



Dalej m.in. Red Hots CP ze składanką z kilku płyt  i  Rolling Stones (np. "Paint it black")

Potem coś z nowszych czyli moja ulubiona ostatnio belgijka - Selah Sue z dwoma kawałkami "Raggamuffin" i "Peace of mind" (nie zrażać się początkiem!)



 Kiedy energii w nogach już ubywa,  trzeba się podładować muzyką:
Queen i "Don't stop me now" - stworzone dla biegaczy ani chybi

System of a down  "Toxicity" - GARY!!! ;-)


Limp Bizkit "Shotgun" - dlaczego oni tego do cholery nie zagrali na Ursynaliach ?:)

Fort Minor "Remember the name" - pieśń o tym na czym polegają treningi interwałowe, jak to kiedyś ktoś napisał :)



Z nowości Jack White (tym razem solo na nowej płycie, a nie z White Stripes) i jego kawałek "Sixteen Saltines"

Dla wytchnienia i uświadomienia sobie, że liczy się tylko bieg i nic innego puszczam sobie następnie "Nothing else matters" wiadomo-kogo - to dodaje podniosłości całemu wydarzeniu ;-)

Dalej jedziemy z magiczną Florence & the Machine - ten głos, te kompozycje - uwielbiam. Na przykład podczas biegu słuchałam m.in. "Dog Days Are Over"  ("Run fast for your mother and fast for your father, run for your children for your sisters and brothers....") i trochę nowej płyty.



Zbliżamy się do finiszu, więc znów przyda się trochę żywiej, a zatem: Gossip "Heavy Cross" - Beth Ditto rządzi :)  i jeszcze parę innych utworów Gossip z płyty "Music for Men"


Potem Eminem i "Lose yourself"  - nie to żebym była jego wielką fanką, ale ta piosenka ma tak rewelacyjny rytm do biegu (jak to określił kumpel jest jak metronom) no i ma fajne słowa -  w Tarczynie dodała mi naprawdę sił na końcówce!


Na koniec jeszcze zachowałam mocne uderzenie pioruna :) AC/DC "Thunderstruck", ale nie dane mi było ostatnio wysłuchać, bo za wcześnie dobiegłam do mety ;-)

poniedziałek, 17 września 2012

Debiut w Jabłkolandii

No i już po... przebiegłam 21,097 km i mogę sobie wpisać życiówkę na nowym dystansie. Wpisałabym ją zresztą bez względu na wynik czasowy, bo to mój pierwszy półmaraton. Szkoda tylko, że biegłam go sama. Wojtek pechowo przeziębił się solidnie ponad tydzień temu i pogarszało mu się z dnia na dzień, co oznaczało brak treningów, ale też konkretne osłabienie. Kiepska baza pod debiut w półmaratonie, więc nie dziwię się, że odpuścił.
Na biegu miałam farta - wszystko zagrało, począwszy od pogody, a skończywszy na moim czasie. Tarczyn może się poszczycić świetną trasą - po asfalcie, a nie kostce, wśród domków, sadów uginających się pod czerwonymi jabłkami i lasów.

A odbyło się to mniej więcej tak:
Po lekkim śniadanku opuszczamy nasz Wawer i kierujemy sie na Tarczyn. Na tylnym siedzeniu zamiast dzieci rower. Niestety, dzieci mają już swoje zajęcia (Tomek mecz wyjazdowy, Bartek zbiórkę i grę terenową), więc nie ciągniemy ich na siłę. Rower ma służyć za pojazd mojego pace-makera vel wspieracza duchowego, bo umawiamy się że od 15 km Wojtek dołączy do mnie na trasie, poda mi żel, wodę i dojedzie ze mną do mety.
Na miejscu szybki odbiór pakietu i lekkie zdziwienie, gdy z koperty oprócz czipa wyciągam dyplom ukończenia półmaratonu in blanco. Hm, w takim razie czołgać się będę, a ukończę, no bo jak inaczej, skoro dyplom już dali :) Wszystko idzie zgodnie z planem - mam w głowie rozpiskę czasów, ustalone średnie tempo 5:25 (założenie pierwotne to pierwsza dycha w 5:30 a druga 5:20)  i cały zestaw ciuchów, muzyki oraz akcesoriów typu spinki, skarpety kompresyjne, itp.

Pełen optymizm podczas rozgrzewki

 


Kilometr rozgrzewkowego truchtu, rozciąganie i dołączam do rozgrzewki - dziwnej bardzo. Prowadzi ją jak widać weteranka zajęć typu TBC, ABS, fat burning i tego typu skakanki. Niewiele to ma wspólnego z rozgrzewką biegacza, ale niech tam. Potem kiedy już chwile nas dzielą od startu i pan przez głośnik podaje info techniczne o pomiarze czasu, zostaje zagłuszony nagłą kontrą z drugiego mikrofonu "Proszę Państwa, bardzo ważna wiadomość, napisaliśmy hymn Półmaratonu w Tarczynie i go właśnie odśpiewamy". OK, a więc śpiewamy, razem z długowłosą panią na scenie, ktora tego dnia jest tam główną diwą.  Wreszcie start!
Na pierwszym kilometrze Garmin pokazuje 5:20 - git, za chwilę 5:09, 30 sek. później 5:05. Za szybko, opanuj się kobieto, bo za to zapłacisz. Super mi się biegnie, ale pamiętam wpisy doświadczonych półmaratończyków "Zacząłem za szybko...". Z pokorą zwalniam i daję się wyprzedzić chyba wszystkim. Pocieszam się, że potem może ja ich łyknę.

Jeszcze świeżynka - 1 km

Na 4 km nagłe kłucie pod prawym żebrem. O fuck! Nie, tylko nie to. A jednak to - kolka, która ciśnie coraz bardziej. W biegu się masuję, robię głębokie wdechy - nic nie pomaga. Planuję postój i skłony, ale póki co nie zwalniam. Myslę, jak to będzie biec z kolką przez najbliższe 17 km i cienko to widzę. Przypominam sobie cytaty z "Brain Training  for runners" - Master your suffering, embrace your pain. Ok, do 10 kilometra ćwiczę się w akceptacji bólu w klacie. Na wodopoju przy 10 km poświęcam  30 sek., piję i robię skłon. Pomaga i powoli kolka mija, hurra!
Przez parę ładnych kilometrów biegnę ramię w ramię z miłą panią w koszulce ingżycie.pl, której pasuje moje tempo i tak się holujemy nawzajem.


W międzyczasie mija nas na kontrapasie "czarna pantera" - niesamowicie szczupły Kenijczyk, który jak się okazuje zrobi rekord trasy, potem inni, m.in. Leszek  i Ania  (Blogacze).





 Niespodziewanie na 13-tym pojawia się Wojtek i od tej pory jedzie obok. Nie ma pomiaru czasu, więc to ja wyznaczam tempo ale czuję się lepiej, że jest ze mną. Robi foty, zagaduje, na 15-tym wmusza we mnie żel (jem pół). Zresztą na marginesie high-techowy Isogel kompletnie nie zdał testu. Spróbowałam 2 dni przed biegiem i zemdliło mnie po 2 łykach. Wybrałam poczciwą Aptonię z Decathlonu. 17 km, 18 km - idzie nieźle. Mam świadomość, że to nowość dla mnie, bo nigdy nie przebiegłam więcej niż 18. Nogi trochę bolą, ale gorzej z oddechem, jednak w głowie jest napęd -"jesli to przebiegniesz, to zrobisz w tym roku VI.2 w skałach". "Nie stawaj, musi boleć, ale dasz radę" - takie tam gadki z samą sobą. Niestety towarzyszka zostaje z tyłu, mam trochę wyrzuty sumienia, ale ciągnę do przodu. Na 20-tym kilometrze wiem, że to już prawie koniec, ale ledwo żyję. I w tym momencie dostaję kopa, bo w uszach pojawia się "Lose yourself" Eminema.


Perfekcyjny rytm do biegu, dobry tekst:
Look, if you had one shot, one opportunity  To seize everything you ever wanted in one moment
Would you capture it or just let it slip?   I will capture it. Wyprzedzam na podbiegu.
Są znajomi, przyjechali z Wawy tylko pokibicować (!). Paweł w dżinach i trampkach dołącza i biegnie ze mną samą końcówkę. Biegnę, przede mną pusto, więc zamykam na chwilę oczy i jestem biegiem, biegnę całą sobą, nie ma nic innego wokół, tylko moje kroki, rytm, oddech, walka. Najgorsza jest ostatnia prosta, umieranie, tempo 5:05,  już nie mogę, jednak biegnę. "Ewa dawaj, przyspiesz trochę" - to dzięki koszulce Blogaczy z imieniem nagle jakiś nieznajomy daje mi osobisty doping.  Wpadam na metę i z medalem padam pod płotkiem.

Radość!!!!!!! Zmęczenie, ale przede wszystkim szczęście, że dałam radę.  Czas zgodnie z planem czyli 1:54:43.  Średnie tempo 5:24 (oczywiście plan 5:30 do dychy, a 5:20 od dychy nie wyszedł, bo miałam skoki prędkości przez cały dystans w dół i w górę, ale średnio wyszło OK). Już myślę o Warszawskim na wiosnę. I myślę, że chyba nigdy nie przebiegłabym 2x tyle czyli maratonu.

ps. dziś najbardziej bolą mnie mięśnie "oddechowe" a nie nogi :)

środa, 5 września 2012

10 do 21

No, dla ścisłości 21 plus jeszcze ta końcóweczka czyli 97 m.  Za 10 dni będę miała okazję to poczuć w nogach i pierwszy raz w życiu biec non-stop przez około 2 godziny.  Czy się cieszę? TAK! Czy jestem przygotowana? NIE!

Ostatni weekend dodatkowo jeszcze mnie oddalił od bycia przygotowaną, bo zamiast biegać wybrałam się w skały. Wiele stało na przeszkodzie - duże zlecenie tłumaczeniowe, planowane na sobotę 16 km wybiegania, pogoda, itepe. Ale co tam rozsądek, zapakowałam laptopa z robotą, linę, buty i inne gadżety i hajda na Jurę.  W sobotę wspinaliśmy się w tzw. przelotnych opadach, skutkiem czego doznawałam przelotnych obślizgów na skale, ale nie było tak źle.  Udało mi się nawet porobić tłumaczenie pod skałą w przerwach pomiędzy wstawkami w kolejne drogi. Mogłabym tak w sumie żyć  -  trochę popracować, trochę powspinać się i tak na zmianę :) No w każdym razie w niedzielę już była  prawie lampa, więc powalczyłam na Kołoczku i mimo nie urobienia Płyty Szymandery (skończyłam na kruksie) wyjazd uważam za udany.

\
Oczywiście szlag trafił wybieganie, ale powiem szczerze, że przed weekendem, po ostatnim bieganiu zaczęło mnie mocno boleć w okolicy kolana po zewnętrznej. Czytam Runnersy to wiem, że z tym wiąże się złowieszczy symbol ITBS :) czyli pasmo biodrowo-piszczelowe. Załatwić się na 2 tyg. przed półmaratonem nie byłoby fajnie, więc odpuściłam bieganie (w tym niestety Onkobieg, na który się wcześniej szykowalam) i postanowiłam porozciągać się, poobkładać lodem i dać nodze odpocząć, a zmęczyć górę.  Oczywiście nogi przy wspinaniu też dostają swoją dawkę pracy, ale to nie to co walenie nimi bez przerwy przez 16 km o asfalt.

Do połówki zostało 10 dni! Mało, szczególnie że za mało biegam. W przyszłym tygodniu to już nie ma co szaleć i trzeba taperować, ale w tym to chyba powinnam jednak zwiększyć liczbę treningów. Póki co za mną poniedziałkowe 5 km i wczorajsze 11 km zrobione po ciemaku między 21:20 a 22:20.
Do Tarczyna wybierzemy się chyba całą rodziną, bo ponoć będzie też bieg dla dzieci więc możemy wystawić zawodnika :) a poza tym wiele atrakcji dla rebiaty typu dmuchane zamki, konkursy, słodycze i tak dalej. No i w końcu ktoś musi nam debiutantom kibicować.


niedziela, 26 sierpnia 2012

Pozytywne skutki pracowitych wakacji

Jeju, ale mi się dobrze biega :) Od powrotu z wakacji postanowiłam wdrożyć jakiś plan przygotowania do półmaratonu, no bo w końcu 16-ty września tuż tuż, a moje kilometraże leżą i kwiczą. Oczywiście nadal będzie to niestety tylko 3x w tygodniu ze względu na wspinanie, którego nie odpuszczę i już!

No w każdym razie ostatnie porządne przebiegnięte naście było w lipcu i wtedy na 13-tym kilometrze już zdychałam. Przedwczoraj wybrałam się z rana do lasu na wolne wybieganie z planem zrobienia 14 km. Szło świetnie. Po drodze zostałam Spiderwoman, dzięki pajęczynom porastającym wąskie ścieżki Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Ściągając nerwowo z twarzy klejące nitki utrzymywałam tempo  5:55-6:00 (jak się okazało w lustrze po powrocie, kilka pajęczyn dowiozłam we włosach do domu, dobrze że bez właściciela).


 
Po godzinie - zero zmęczenia, więc postanowiłam wydłużyć trening do 15 km z szybkim finiszem, do czego zainspirował mnie wpis Mausera - FFLR  :) czyli Fast Finish Long Run. W sumie czułam, że mogłabym i więcej biec, ale w domu nerwowo już pewnie przebierał nogami Wojtek w oczekiwaniu na swoją kolejkę biegową. Zatem po 13 km, stanęłam i najpierw wykazałam się niebywałą umiejętnością obsługi Garmina wyłączając swoj trening i słuchając Garminowych "fanfar" (na szczęscie trening sie zachował), a potem ustawiłam nowy i ruszyłam do w miarę szybkiej końcówki. Wyszło 2 km w tempie 5:05-5:10 co jest dla mnie podobno tempem progowym wg J.D.  Zmęczenie poczułam dopiero przed domem. Mam nadzieję że to procentują biegi na Krecie i właśnie odbieram nagrodę za wstawanie na wakacjach o 6:30 albo 6:50 :)

W każdym razie nieźle to rokuje na Tarczyn i oby nic się nie popsuło. Mówiąc szczerze zupełnie nie wiem, jaki wynik osiągnę w swoim pierwszym półmaratonie - liczę na coś w okolicach 1:50:00 (może być ciut ponad :-D), powyżej 1:55 przyjmę z mieszanymi uczuciami, a więcej niż 2:00 z pokorą. Co prawda po drodze w planach mam jeszcze wypad skałkowy, który pochłonie następny weekend, podczas którego mogłabym zrobić kolejne, jeszcze dłuższe wybieganie, ale jak wiadomo serce ciągnie mnie do skał i wygrywa z rozsądkiem, więc jakoś będę musiała poprzestawiać dni tygodnia, żeby kolejne półtorej godzinki biegu gdzieś wcisnąć.

Póki co we wtorek mam w planie bigos biegowy czyli 12 min BS + 2 x 10 min P (5:06) z przerwą 3' + 3 x 3 min I (4:50) z przerwą 1' + 6 min BS.  Podobno jak się nie ma za dużo dni na bieganie, to właśnie dobrze jest łączyć różne elementy treningowe. Przekonam się czy to prawda już pojutrze.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Między biegami

No to przede mną ponad miesiąc odpoczynku. To znaczy tylko od startów, bo raczej nie od biegania, wspinania i innych działań. Przedwczoraj pobiegliśmy z Wojtkiem na 5 km w Biegu Powstania Warszawskiego, a na 16 września zapisaliśmy się na Półmaraton w Tarczynie.
A w międzyczasie luzik ;-)  zaplanowane mam biegi spokojne, raczej długie i raczej pod górkę/z górki. Trzeba jakoś przygotować ciało i umysł na 21 km.
Mniej będzie treningów szybkościowych, chociaż przebieżek "nie rzucim", żeby nie zamulić nóg powolnym człapaniem.  Za to będzie gorąco, ponieważ od niedzieli biegać będziemy znów w Palekastro na Krecie, tam gdzie stacjonowaliśmy rok temu.

Pierwszą konkretną duchotę podczas biegu mieliśmy już przedwczoraj. Niestety jak słupek termometru wspiął się na ponad 30 stopni rano, to jakoś do późna skubany nie chciał opaść i po raz pierwszy biegłam ten "powstańczy" bieg w upale. Jak zwykle było jednak bardzo fajnie pod względem oprawy, mimo że biegnąc nie zwracałam uwagi na żadne inscenizacje ani małych powstańców, więc to raczej były atrakcje dla kibiców. Odśpiewałam za to ze wzruszeniem Rotę (bardzo lubię ten moment przed Biegiem Powstania W.)

Co do samego biegu, na życiówkę raczej nie liczyłam - nogi były cały dzień ołowiane i nawet siedzenie w wannie z zimną wodą przed wyjściem na bieg nie pomogło :)  Ciągle było mi gorąco. Z lekkim wyrzutem sumienia zrezygnowałam nawet z zielonej koszulki przydzielonej przez orgów - sorry, ale to nie na takie temperatury ten Crafcik.



W końcu Wojtek mnie ochrzanił, że jak mówię, że nie zrobię życiówki to pewnie jej nie zrobię i co to w ogóle za podejście, przecież trzeba walczyć. No dobra, to zebrałam się w sobie i powalczyłam. Stanęliśmy w miarę blisko startu, bo późno skończyliśmy rozgrzewkę na Bonifraterskiej i weszliśmy do kolumny startowej od frontu. Po strzale oczywiście przepychanka, ja wyprzedzam, mnie wyprzedzają, ale potem się ustabilizowało. Moje tempo też było w miarę stabilne. Wykończył mnie czwarty kilometr na Wisłostradzie i jednak górka przed metą, gdzie musiałam odpędzać myśli typu "a może by się na sekundkę zatrzymać".  O tu widać jak biegłam:


Normalnie nie biorę na zawody pulsometru, ale tym razem chciałam sprawdzić swój HRmax. Oficjalny czas netto wyszedł ciut lepiej niż z Garmina, bo 23:55, co dało mi 15-te miejsce ogółem wśród kobiet (tu szok!) i 6. miejsce w kategorii wiekowej K-30. Natomiast max mojej pikawki to 187 uderzeń. Jest wreszcie punkt odniesienia.
Rewelacyjnie pobiegł mój utalentowany biegowo mąż. Znów zrobił życiówkę i tym razem walnął 21:51! O 10 sek. lepiej niż na Biegu Ursynowa - szacun, respekt i "szapo-ba". Muszę przyznać, że jego wyniki mocno mnie samą motywują do tego, żeby się nie opierniczać tylko tyrać na treningach :)

Nasz kochany kibic, ja i Wojtek, który dał z siebie wszystko  
No dobra, ale "piątki" za nami -  co tu zrobić, żeby wrześniowy Tarczyn nie zakończył się na tarczy? :) W końcu to ponad 21 km. Nie biegam nic powyżej 13 km ostatnio, więc chyba czas na longi i to częściowo w zakładanym tempie ok. 5:30. Marzy mi się czas 1:50, ale czy się uda? W każdym razie życiówkę chyba zrobię, bo w mojej jedynej dotychczasowej połówce uskuteczniałam marszobieg pokontuzyjny, więc czas miałam 2:27. Treningi w Grecji na pewno się przydadzą, gdyż będzie hardcorowo pod względem pofałdowania terenu i temperatur, a podobno, im więcej potu na treningu, tym lepsze wyniki na zawodach. Co prawda nasz cel wyjazdu to windsurfing i tego biegania tak strasznie dużo nie będzie, chyba że (cholera) nie powieje. Jedno jest pewne, coraz więcej tego sportu na wakacjach, więc coraz mniej można pić wieczorami, jeśli jakaś forma ma być. A retsina albo piwko Mythos tak dobrze wchodzi, ech.. ;-)

poniedziałek, 23 lipca 2012

Augustowskie przeszpiegi

Rzadko kiedy ma się luksus sprawdzenia trasy biegu odbywającego się w innym mieście z dużym wyprzedzeniem. Ja ten luksus miałam w ostatni weekend. Tak się złożyło, że akurat w sobotę jechaliśmy odwiedzić naszego syna na obozie koło Augustowa i że akurat ostatnio rozważaliśmy start w Półmaratonie Augustowskim 16 września.
W naszym przypadku konkurencją dla Augustowa był Tarczyn - bieg odbywa się tego samego dnia, a jednak z Warszawy jest o ponad 200 kilosów bliżej. Jednak Augustów na odległość wydał mi się ciekawszy i bardziej malowniczy - szum trzcin, plusk jeziora, świergot ptaków i te sprawy. No więc może jednak warto nadłożyć drogi.  Na szczęście mogliśmy to sprawdzić.


Plan w sobotę był taki, żeby po prostu przebiec pełną pętlę półmaratonu czyli ok. 10 km, a co za tym idzie poznać całą trasę (powtarzaną na połówce 2 razy). Szkicową mapkę mieliśmy z netu, więc był to lekki rajd na orientację, ale w sumie bez problemu podążaliśmy planowaną trasą biegu.  No i cóż ... jakie wnioski?
Otóż pobiegniemy w Tarczynie :)
Nie tak to sobie wyobrażałam mówiąc krótko i chyba nie warto, aż tak daleko się telepać, a szczególnie wracać w niedzielę 250 km do W-wy w stanie pobiegowego upodlenia (przypomnę że byłby to mój i Wojtka pierwszy półmaraton, bo nie zaliczę do zaliczonych Połówki Warszawskiej zrobionej w sukience i  "Gallowayem" ze względu na kontuzję mięśnia).

Po pierwsze - jest to bieg miejski - start z rynku, 90% trasy po kostce granitowej albo betonowej, wzdłuż jeziora też biegnie się betonową alejką dość wąską i raczej brak tego kontaktu z naturą, o którym myślałam. Scieżki są raczej wąskie - biorąc pod uwagę że mają być 2 pętle, może być ciasno ze względu na mijankę z szybszymi.

Wojtek na trasie - szybkie rozciąganko po wstępnym truchcie  


Po drugie - chociaż to w sumie dodaje atrakcyjności - trasa nie jest łatwa - sporo podbiegów i zbiegów i to niekoniecznie łagodnych chociaż krótkich - 2 pętle przy takiej trasie mogą dać w kość psychicznie.



Po trzecie i najgorsze - spory kawałek trasy wyznaczono wzdłuż ul Wyszyńskiego, która jest drogą krajową nr 8 (tą słynną z czasów afery o obwodnicę w dolinie Rozpudy), po której zasuwają tiry i osobówki. Ten odcinek powtarza się 4 razy (bo 2 pętle). Głośno, wąsko i śmierdzi spalinami - fe! I gdzie są, ja się pytam, te szumiące trzciny i czaple??



Trzciny i czaple owszem pojawiły się, ale w niedzielę kiedy Wojtek wybrał się na bieg w terenie wokół jeziora Sajno - gdyby tamtędy wiodła trasa połówki, nie wahałabym się ani chwili.

Niedzielne bieganie wokół Sajna. Móc rzucić się zaraz po biegu do jeziora - bezcenne :)

No więc podsumowując, biegało się w Augustowie bardzo fajnie, bez GPS-a ale dość szybko, natomiast potraktujmy to jednak jako wakacyjną przygodę, a 16 września prawdopodobnie udamy się do Tarczyna.  Podobno dostaje się na mecie jabłka, więc można potem w domu zrobić z nich szarlotkę z lodami waniliowymi, żeby uczcić debiut w półmaratonie :)