Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lutego 2017

Sama na szlaku czyli Ava biega zimą w Rudawach

Początkowo szukałam towarzystwa. Przecież mogę się zgubić, a w grupie to jednak parę głów, a nie jedna do wykaraskania się z czarnej dupy. No i raźniej razem, trasa nie będzie się dłużyć.

Towarzystwa jednak nie znalazłam, a im bliżej wycieczki było, tym bardziej docierało do mnie, że tak naprawdę chcę tam być sama.

środa, 22 stycznia 2014

Alergik kontra mróz czyli być jak Marit

Spóźniłeś się z rejestracją na Southpole Ice Marathon? Bajkał za daleko? Nie martw się - już w najbliższą sobotę możesz poczuć ten klimat. Polarne Biegi Górskie zapraszają.

Strój zalecany na Antarctic Ice Marathon*

sobota, 7 grudnia 2013

Obecna!

Tyle czasu nie pisałam, że aż mi Blogger wyparował z najczęściej odwiedzanych stron w przeglądarce. To chyba o czymś świadczy :)



wtorek, 19 marca 2013

Moc żubra


Uwaga pierwsza ostatnia prosta! 
do Półmaratonu Warszawskiego - 6 dni
do Maratonu Orlen - (na szczęście aż) 34 dni

Co słychać u mnie? Ogólnie to BZ, biega się:

run-log.com

W tym tygodniu będzie się biegać oczywiście trochę mniej, bo ruszył pierwszy tapering przedstartowy przed niedzielnym mroźnym 21,1 km. Kicha z tym mrozem - na koniec marca to jakieś przyzwoite parę na plusie powinno chociaż być, a tu co? Nie dość, że minus to jeszcze wiatr. Będzie walka na moście i tam gdzie odsłonięte.
W sumie to całą zimę przebiegałam w mrozie, śniegu i wietrze, więc w panikę nie wpadam, ale jednak "Nie lubię" tego.  I nie wiem, jak się ubrać :) A może znów w sukienkę jak 2 lata temu?

W ostatni weekend pohasaliśmy za to po puszczy. Miał to być weekend z relaksem i SPA w  Białowieży, więc rozpoczęliśmy go z Wojtkiem od 19,5 km wybiegania po lesie ;-)


W sobotę rano ruszyliśmy w ostępy licząc, że wytropimy żubra. Białowieża to jednak nie preria, a my nie Apacze, więc nic nie wytropiliśmy. Jakiś miły pan powiedział, że obejrzeć go można sobie za 8 złotych w Rezerwacie Pokazowym czyli lokalnym zoo, ale czy my dzieci, żeby do zoo chodzić? Było za to pięknie - mróz, śnieg po kostki, słońce i majestatyczne drzewa. Zamiast żubra trafiliśmy w lesie na tabliczkę o takiej treści:




Żubry? Miejsce mocy? Znaczy się będzie z tego moc żubra - lecimy. Niestety w Miejscu Mocy napotkaliśmy tylko drewnianą budę, drewnianą tablicę z wyjaśnieniem, o co biega w tej mocy i nic poza tym. Napisali że jak się dobrze ustawić, to czuć wibracje i moc przybywa, ale jakoś mi nic nie wibrowało.


Zaczął mnie natomiast znów boleć dół brzucha i się ledwo dowlokłam do mety. Jak już pisałam wg USG mam przepuklinę. Ale.. wg lekarza od  przepuklin, do którego potem poszłam, nie mam żadnej przepukliny :) Pan doktor zasugerował, że to może jednak mięśnie i w ten sposób wróciłam do punktu wyjścia. Problem polega na tym, że cokolwiek by to nie było, boli podczas i po biegu i już.
Bardzo się nastawiłam na ten Półmaraton, więc go pobiegnę, ale przed Orlenem muszę ustalić o co tu chodzi, żeby mi na 30-tym kilometrze odwłok nie odpadł na przykład.  Cieszę się na tę Połówkę - to będzie moja druga prawdziwa (czyli biegnięta) po Tarczynie.  Planodawca zalecił biec szybciej o 15 sekund na kilometr niż na ostatniej we wrześniu, więc jeśli się uda, to wynik powinien być bardzo OK. A jak mnie łupnie w spojeniu, to znów przejdę do marszu :(  W każdym razie stanę za zającem (a może króliczkiem ;-) o imieniu Iza, która będzie prowadzić na 1:50. Mocy żubra - przybywaj!

A na koniec zagadka - czym się różni żubr od żubronia?

Stadko się grzeje w słońcu

Żubron jaki jest, każdy widzi 


Jak się łatwo domyślić ze zdjęć, jednak poszliśmy do Zoo za 8 złotych, bo bardzo chciałam zobaczyć jak żubr czeka na polanie :)

środa, 27 lutego 2013

I na co Pani ten maraton?

.. zapytał mnie fizjoterapeuta diagnozujący ból, który mi się niedawno pojawił w okolicy spojenia czyli tzw. memłona. Trochę mnie zbiło z tropu to pytanie :) No bo co odpowiedzieć? Że to moje wyzwanie na ten rok, że prawie każdy ze znajomych biegaczy się z tym zmierzył i ja też chcę? Że to taka próba poznania swoich granic?
- Eeee, no po prostu chcę wreszcie spróbować - odparłam nie wykazując się raczej mistrzostwem ciętej riposty.
- Ok, ale zajedzie sobie Pani nieźle organizm.
- A co, Pan jest przeciwny maratonom? - zaatakowałam.
- No tak, bo zdrowe bieganie to tak do 20 kilometrów na raz, a potem to już dochodzą spore obciążenia, więc jak ktoś nie musi, to lepiej sobie tego nie fundować.
- Ale ja chyba muszę - zamknęłam temat.

W post scriptum dowiedziałam się, że chwilowo mam lekki stan zapalny przyczepów dolnych mięśnia prostego brzucha. Biegać mogę, ale mam pobrać leki przeciwzapalne, chłodzić, wzmacniać przywodziciele i brzuch.  I robić brzuszków mniej a mądrze, a nie tak jak dotychczas na wariata. I raczej nie biec teraz szybkiej dychy w lesie po nierównym bo może być gorzej. Okej, okej - pa pa GP Warszawy :(

Pan fizjoterapeuta (notabene, członek sztabu medycznego naszej kadry lekkoatletów na MŚ w Daegu) chyba jednak się trochę interesuje bieganiem, bo zaczął pytać o moje czasy na innych dystansach i plany tempowe na 42 km. Zagaił też, że ciekawe, kiedy ktoś zejdzie poniżej 2h w maratonie, bo podobno ludzki organizm jest przygotowany do tego, żeby przebiec ten dystans w 1:58 h.

Organizm organizmowi nierówny. Mój na przykład jest podobno obecnie przygotowywany, żeby przebiec maraton w czasie mniej więcej 1:58 razy dwa. Czy się uda?



Magia liczb krążących wokół mojej głowy wskazuje na to, że tak, ale przecież to tylko liczby. Pierwsza liczba magiczna to dwieście. Dwie stówki kilometrów, które wybiegałam w lutym. Gdyby mi ktoś jesienią 2012 powiedział, że zrobię tyle w jeden i to skrócony miesiąc, uśmiałabym się szczerze. A tu proszę 217 km na liczniku, a Garmin podobno nie kłamie.  W każdym razie w 2013 roku przebiegłam do tej pory prawie połowę tego co w całym 2012!

Kolejne liczby magiczne to 5:10. Takie sobie uwidział tempo mojego półmaratonu Planodawca.
W nagrodę za to, że tak pilnie realizuję treningi i wychodzę z anemii wyśrubował właśnie mój Przeplan dowalając m.in. mocne tempówki np. 3 x 5 km oraz 4 x 4 km  w tempie 4:50. Może i to realne - wczoraj biegałam 5 x 2 km po 4:45-4:50 i żyję. Nawet nie chcę pisać, jakie tempo wymyślił mi na maraton :). W weekend za to zamiast szybkiej dyszki ma być wybieganie 28 km. Już mi normalnie tras w mieście zaczyna brakować na te wycieczki.

Na koniec posta, nadal poszukując sposobów na upchanie buraczków i innych zdrowotności w jadłospisie,  znów zapodaję 2 pomysły  -  jeden na potreningowe "conieco" czyli uzupełniamy glikogen bez sięgania do szafki po czekoladę :) i drugi na lekko kiczowate, ale zdrowe "Oreo"

1) Strzelający i zdrowy mus owocowy - miksujemy np. banana z pomarańczę i wsypujemy do niego ziarna granatu*. Super strzela w zębach :) A jak dodamy jakieś ziarna (np. chia albo orzechy lub słonecznika) to strzela jeszcze lepiej.



2) "Oreo" - podstawą są plasterki buraka, ale "Oreo" można zrobić z nich w dwóch wersjach czyli na słono (z kozim serkiem, albo zwykłym twarożkiem wymieszanym np. z ziołami) oraz na słodko (z mascarpone wymieszanym z posiekanymi orzechami włoskimi) - Pycha!

Burako-oreo
 

 


* Nigella Lawson podaje super sposób na wydłubanie pestek z owocu - trzeba przekroić dojrzały granat na pół i trzymając przekrojoną stroną w dół nad miską walić w skórkę drewnianą łyżką. Wypadają bez problemu, a co dziwniejsze granat nie wybucha ;-)

niedziela, 10 lutego 2013

Znów w Świętokrzyskim: zimowe zabawy biegowo-narciarskie

Nie dane nam było tej zimy wyjechać na porządne narty. Mówiąc porządne mam na myśli 6 dni jazdy, najlepiej z katującym nogi treningiem na stoku, w miejscu gdzie jest dużo fajnych tras. Ale jak się tak nie da, to może chociaż namiastka wystarczy. W ramach namiastki skoczyliśmy na 3 dni na narty do Szwajcarii. Tej oddalonej o 2,5 godz. od Warszawy. Szwajcarii Bałtowskiej :)

Rewelacyjne miejsce na krótki wypad i jeśli dopisze pogoda (a nam w większości dopisała), to można się wyszaleć nie gorzej niż w tej dalszej Szwajcarii. No dobra, może ciut przesadziłam.
Bałtów tak w ogóle jest fenomenem na mapie województwa świętokrzyskiego. Kiedyś biedna, szara wieś z ogromnym bezrobociem. Dziś największa atrakcja turystyczna regionu, a przy tym bogata gmina z praktycznie zerowym bezrobociem. Latem przyciąga turystów  "Parkiem Jurajskim", zimą - własnie "Szwajcarią Bałtowską". Właściciel terenów zaczął od orczyka i jednej trasy. Dziś są 2 orczyki, 4 -osobowa nowoczesna kanapa, 2 wyrwirączki, 4 nie za długie, ale fajne trasy pięknie przygotowane przez nowiutkie ratraki. Jak na krótki wypad z Warszawy  - super sprawa.  



Trafiliśmy tam w czwartek rano, więc przez 2 dni mieliśmy piękne niezatłoczone stoki - można się było wyjeździć i zostawić sporo kasy za wyciągi. Wojtek i Bartek (nasz starszy) wypożyczyli po snowboardzie i cały dzień obijali sobie tyłki próbując sił w nowym sporcie. Ja też na chwilkę się przesiadłam z boazerii na parapet.






A co z moim planem treningowym? Udało się nie przerwać, a co więcej, udało mi się go zrealizować prawie w 100%. 52,7 km w 4 wyjściach. 

Wtorek - 15,4 km -  bieg w tętnie narastającym, ostatnie 5 km = HR 170 a muerte!
Środa - 8,6 km - w tym 6 km rozbiegania + 5x100 przebieżki
Czwartek - 7,1 km  - luźny bieg
Sobota - 21,6 km wybieganie

To czwartkowe 7 km zrobiłam sobie w ramach przednarciarskiej rozgrzewki po szosie wiodącej z Wólki Bałtowskiej do Antoniowa i abarot. Jaki spokój, jaka cisza, jaka biel. Akurat zaczynało mocno sypać, ale jeszcze zdążyłam przez największym opadem i trening został wykonany.



Na sobotę miałam w planie 24 km i tu już były wątpliwości, czy "koń pociągnie". Zmęczony po nartach, ale pociągnął prawie do końca. W dodatku zrobiła się z tego ciekawa wycieczka, żeby nie powiedzieć podróż do przeszłości. Spaliśmy w Ostrowcu Św. (bo mój luby z Ostrowca), więc Wojtek postanowił dołączyć do mojego wybiegania i oprowadzić mnie w biegu po strategicznych miejscach ze swojego dzieciństwa (O! A na tym trzepaku jaraliśmy szlugi na długiej przerwie).

Wycieczka była tak interesująca, że 21,5 km minęło jak z bicza strzelił.  Do 24-ech kaemów zabrakło trochę, bo jednak po nartach nogi już na starcie wysyłały sygnały, żeby dać im spokój, a Ostrowiec jest (w morde jeża) dość górzysty. Po drugie, nie jest to duże miasto, a i tak obiegliśmy całe po obrzeżach oraz przez środek, żeby wyrobić kilometry. Potem nie było już pomysłu, gdzie by się tu jeszcze kopnąć. Dodam, że niestety nie spotkaliśmy żadnego innego biegacza w weekendowy poranek, a jakieś dzieci pokazywały nas palcami. Biała plama na biegowej mapie Polski?

Ja jako świeżo upieczona anemiczka, czułam się na tym wybieganiu całkiem dobrze - nawet lepiej niż w czwartek na siedmiu. To pewnie kolejne pożerane codziennie 3 tabletki żelaza i pęczki pietruszki z każdym dniem przybliżają mnie do stanu, gdy znów będę mogła biegać bez zadyszki w płucach i mózgu. Autentycznie odkąd dostałam diagnozę, moja głowa mówi do mnie - no tak męczysz się, bo masz anemię, uważaj lepiej. A połówka warszawska coraz bliżej...

sobota, 26 stycznia 2013

Pierwsze koty za płoty

A w zasadzie pierwsze dwa (tzn. wróć - trzy!) tygodnie mojego maratońskiego planu, które są za mną. Jak jest?
a) jest ciekawie
b) jest więcej biegania, niż myślałam
c) jest ciężko, ale winę zwalam na zimę



Od rozpoczęcia treningów wg instrukcji Planodawcy przebiegłam 139 km (w sumie w styczniu już 170 km i na tym się nie skończy). Gołym okiem na statystykach mojego run-loga widać, że Planodawca prawie podwoił mój dotychczasowy dystans tygodniowy i chociaż nie wierzyłam, że znajdę czas, żeby od poniedziałku do niedzieli tyle przetuptać, jakoś się udaje. Prędkości zabójczych raczej nie osiągam, w zasadzie są to okolice 6 min/km (max. tempo 5:20 na dłuższym odcinku), ale też temperatury, w jakich przyszło mi się szykować do maratonu, to na zmianę - 5, -6, -9 itp.  Biegi progowe i interwały (czyt. FIRST) chyba by wykończyły moje gardło. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, co pod nogami. Zdarzał się w styczniu czarny asfalt, ale ogólnie przeważa breja śnieżna, w której grzęzną kopyta i człowiek - owszem - przebiera nogami, ale jak stara kobyła przesuwa się do przodu raczej powoli. Myśl, która wtedy ratuje przed porzuceniem treningu na najbliższym przystanku autobusowym to "walcz, później to zaprocentuje" - i tego się trzymam. W poszukiwaniu ułatwień doszłam już do takiej desperacji, że biegam normalnie po jezdni licząc na to, że mnie łaskawi kierowcy nie rozjadą. Do tej pory tylko jeden mnie obtrąbił - palant jeden. W Wawrze chodniki są odśnieżane dość umownie, a wzdłuż lasu w ogóle, więc bieganie tam to hardkor totalny.

Oprócz biegania oczywiście dalej ciągnę treningi ściankowe, czyli mam w zasadzie zero pola manewru do przesuwania biegania na inny dzień. Oprócz tego robię rozciąganie kamiennych łydek i stóp (czy was też łapią kurcze przy obciąganiu palców stóp w dół?), wzmacnianie korpusu i brzuchy. No i solankowe kąpiele - bardzo fajne, chociaż nie wiem czy coś dają, ale miło się leży w gorącej, słonej wodzie.

Zaliczyłam już dwa razy podbiegi w głębokim śniegu. Raz 12 x 100 m, a dziś w Falenicy 8 x 150 m  i muszę przyznać, że gdyby nie moje nowe Brooksy Cascadia pewnie bym się poddała. Wzorem Morta z Pingwinów z Madagaskaru wielbię jednak stopę obutą w Cascadię, gdyż tam gdzie ta stopa stanie, tam stoi i ni ma uślizgow.  Nawiasem mówiąc moje zachwyty nad tym butem spowodowały kolejną dziurę w naszym budżecie domowym, bo Wojtek pozazdrościł, pojechał do Ergo i wczoraj dołączył do klubu BwC czyli Biegaczy w Cascadiach - dziś z radością testowaliśmy je w Falenicy.


Ogólnie to plan zrealizowałam do tej pory prawie w 100%, chociaż z mocami przerobowymi bywa różnie. We wtorek ledwo urobiłam 14 km po śniegu i padłam w domu jak zombie, a w piątek zrobiłam 20 km z rana i byłam potem jak młody bóg. Na pewno wiele więc zależy od podłoża, ale też od tego co się działo dzień wcześniej (czyli trudne wspinanie = kiepskie bieganie). Dzięki planowi spręż jednak jest ogromny i pewnie, gdyby nie ta rozpiska, to bym poodpuszczała trochę, a tak to zaciskam zęby, chowam dzioba w buffa i napieram. Czego i Wam życzę :)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Leniwa gra wstępna

... właśnie się skończyła. Grudniowe bieganie było takie beztroskie i przyjemne. Niby z zegarkiem, ale bez ciśnienia, niby z planem, ale jakby bez planu. Leniwe robienie bazy i wdrażanie się w zimowe treningi. Że było leniwie, niech świadczy o tym ilość km-ów jaką nastukałam - tylko 116 przy 3-4 treningach tygodniowo. I dobrze, a co mi tam! Głównie pomykałam po lesie, patrzyłam jak natura przebiera się stopniowo za panią Zimę - chuchałam w buffa, ślizgałam się po lodzie, cieszyłam się slońcem i śniegiem.

Ale akurat jak już zaczynało się to powoli nudzić, mój plan treningowy pokazał że finito, koniec leniwej gry wstępnej, teraz bierzemy zegareczek, łapiemy satelity i jedziemy z konkretami. Do mojego pierwszego maratonu mam 16 tygodni i właśnie zaczynam plan treningowy FIRST.



Czas na zadumę albo audiobooka podczas biegu będę miała tylko w weekend (btw, właśnie dostałam od Mikołaja jedno z dzieł Stiega Larssona w wersji audio - 20 godzin do odsłuchania, pierwszy rozdział za mną :)))) W pozostałe dwa dni treningowe warunków na książkę nie będzie, no bo jak tu wejść spokojnie w świat fikcji literackiej, kiedy w najbliższej godzinie masz przez sobą zadanie typu


10-20 min rozgrzewka
1200, 1000, 800,
600, 400, 200 m
(każdorazowo 200 m PI) 
10 min schłodzenie

Krótkie raporty będą po każdym tygodniu planu przybliżającego mnie do Orlenowego maratonu - mam nadzieję że nie zanudzę. Dziś tylko wyjątkowo o pierwszym treningu ( interwały 3x1600 m) który podsumuję krótkim Le masakr! ;-) Odzwyczaiły się nóżki od szybkiego tempa, a jakże. W końcu przez cały miesiąc biegały o minutę na km wolniej, więc tempo interwałów lekko mnie zmechaciło, ale jestem dobrej myśli na przyszłość. Poza tym jestem dumna, bo cały plan z założonym tempem dziś zrobiłam (1600 m w tempie 4:55), chociaż chwile słabości były (eee, a może skrócić o 200 m) .

Celowo przeniosłam trening na 30.12 z 1.01.2013. Jak wiadomo noce sylwestrowe bywają nieprzewidywalne i wolę  sobie obiecać, że w noworoczne popołudnie będę się hiperwentylować robiąc spokojne 7 km, a nie jakieś wariackie gonitwy na milę.

UWAGA: Cały ten plan nie jest żadnym moim postanowieniem noworocznym :) więc jest szansa, że go zrealizuję, bo po prostu bardzo tego chcę - czego i Wam drodzy czytelnicy życzę na Nowy Rok 2013 - żeby Wam się chciało :)))

wtorek, 25 grudnia 2012

Z Buszmenami w lesie ;)

Tytuł nieco przewrotny, bo żadni czarnoskórzy mnie nie gonili, chociaż w sumie można powiedzieć, że trochę po lesie uciekałam. Tak naprawdę chodzi o nakładki na buty Bushmen JH-230 Trail, w które się właśnie wyposażyłam na zimę. Plan treningowy napięty, więc trzeba zadbać, żeby takie france jak gołoledź, czy inna ślizgawica mi go nie pokrzyżowały.
Nakładek na rynku jest sporo - wybrałam akurat te, bo wyglądały na solidne, z mocowaniem również z wierzchu buta, co zapobiega zsuwaniu i miały kilka dobrych recenzji w necie. Koszt 60 zł czyli nie za mało, ale też mniej niż ewentualny montaż gipsu i wizyta u ortopedy w razie pechowej gleby podczas biegania.

Noszę biegowe buty w rozmiarze 41 więc kupiłam sobie nakładki M (36-41), a Wojtek który ma but 45 kupił L-ki. Pasują. Zakłada się je w miarę wygodnie, chociaż troszkę napocić się trzeba, ale za to trzymają się potem niezawodnie.



Stopa jest lekko uciskana, jednak  nie powoduje to ani drętwienia ani dyskomfortu, raczej trzeba się do tego przyzwyczaić.



Użyłam ich pierwszy raz na leśnych ścieżkach, w mroźny dzień, kiedy podłoże było miejscami wyślizgane, miejscami zlodzone.  Nie mają kolców, tylko coś jakby metalowe kołeczki, ale spełniają swoją funkcję - buty trzymały się nawierzchni i przy odbiciu stopy od ziemi po przetoczeniu nie było poślizgu. Poślizg był potem, jak je zdjęłam. Myślę że w zimowych warunkach biegnie się w nich szybciej niż bez, jeśli jest ślisko.

Na bieg po miękkim raczej nie ma sensu ich brać, w Wigilię wybraliśmy się znów na trening do lasu. Śnieg się zapadał pod nogami, bo w nocy padało, więc Buszmeni stracili rację bytu. Zakopaliśmy ich pod drzewem w zaspie śniegu, żeby biec z wolnymi rękami i kieszeniami i wykopaliśmy na koniec treningu.

Podsumowując - jeśli będzie twardo i ślisko na bank się przydadzą. Oczywiście nie wiem jak z ich trwałością - to się dopiero okaże, ale chyba warto było zainwestować. Po asfalcie w nich biegać nie będę, ale na zimowy cross jak znalazł. Przede mną w końcu Choszczówka 12 stycznia i własne osobiste treningi, a z Buszmenami będę czuć się jak w reklamie. Biel staje się jeszcze bielsza?.. a nie sorki nie ta taśma... zawsze sucho, zawsze pewnie. O!  

PS. Nie sponsoruje tego wpisu ani sklep, w którym je kupiłam ani producent (zresztą nawet nie wiem jaki).

 

niedziela, 9 grudnia 2012

Zimowe patenty

Hu hu ha!  Hu hu ha! A zatem mamy zimę - na treningu dziurki w nosie mi zamarzają, paluchy sztywnieją, a nos czerwony jak pomidor. Ale piknie jest, bo świat biały jak z bajki i widok lasu w zimowy poranek jest po prostu bezcenny.  Rok temu zimę przebiegałam, dwa lata temu też i w tym roku też jej pokażę kto to rządzi, szczególnie, że teraz przede mną projekt przez duże M ;-)

Ponoć nie ma złej pogody jest tylko złe ubranie, więc na takie czasy wypracowałam sobie różne zimowe patenty na bieganie.
Oczywiście zobaczymy co powiem pod koniec grudnia, jak się zaczną interwały, ale póki co robię bazę. Plan maratoński, który sobie wybrałam to połączenie dwóch planów czyli baza Danielsa i część właściwa wzięta z 16-tygodniowego First Marathon Program for Novice. Ten FIRST rusza z kopyta już w pierwszym tygodniu, więc muszę zrobić podkład, żeby nie skonać po drugim treningu albo nie rzucić butów w kąt krzycząc że ja p.. i mam dość, bo to jest jakiś p.. program dla p... twardzieli z amerykańskiego college'u.

No ale miało być o patentach, a więc proszę - oto Ava w zimowym rynsztunku (wersja -10 C do 0 C) z opisem od stóp do głów:


Stopy: trailówki z cholewką "prawie" wodoodporną  (Pumy Nightfoxy TR)

Kostki i łydki: robię dobrze mojemu Achillesowi otulając go ciepłymi getrami rodem z aerobiku z Jane Fondą, sprawdza się szczególnie na początku treningu, gdy łydy jeszcze zimne

Nogi: leginsy zimowe

4 litery: dodatkowe spodenki  - dla koloru i żeby wilka nie złapać

Góra: ciepły softshell z systemem aquatex

Szyja: wyrób buffopodobny (za 19 zł robi "buffy" firma K2 Krzysztof Wielicki, jakością nie ustępują tym oryginalnym a cena 3x niższa)

Głowa: kominiarka z mikropolaru załatwia sprawę grzania makówki i szyi. Na głowie czołówka na zimowe popołudnia i wieczory.

Ręce: rękawiczki (za cienkie niestety na duże mrozy i muszę pomysleć nad lepszym rozwiązaniem, może 2 pary i potem jedną zdejmować)

Cały ten zestaw zapewnia bardzo komfortowe bieganie.


A tu zupełnie na marginesie dwie fotki zamrożonego ogródka:






Krzaczki w super czapeczkach :)

Co do planu maratońskiego, będę podsumowywać go co tydzień dopiero jak zacznę treningi właściwe  - póki co o bazie nie ma co pisać. Powiem tylko, że zaczęłam od przeziębienia, ale dzielnie wyszłam biegać 2 razy z katarem i nawet mi się nie pogorszyło :).  W każdym razie zamiast zamierzonych 21 km w pierwszym tygodniu po roztrenowaniu zrobiłam 18,5.  Od poniedziałku większy przebieg i krótkie sprinty na koniec każdego treningu.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Nakręcona czyli potęga inspiracji

Wiecie dlaczego nie  mogę się doczekać Gwiazdki? ...Nie, tym razem nie chodzi o prezenty, śnieg, ani o smakołyki na stole. Chodzi o to, że po Wigilii ruszam z konkretnym planem treningowym pod swój pierwszy maraton. Do tej pory będę (a w zasadzie już zaczęłam) budować bazę czyli uskuteczniać nudnawe człapanie w niedużych ilościach, za to pod koniec roku się zacznie. Ihaaa!

To że nadszedł mój czas na maraton, wymyśliłam sobie w październiku. Biegam już tyle czasu i w zasadzie nie ma co zwlekać,  chcę spróbować  - powiedziałam sobie. Ale myśl ta była w mojej głowie jak ledwo zasadzona roślinka - delikatna i niepewna. Teraz ... teraz ma korzenie jak dąb :)

1. Najpierw przeczytałam "Urodzonych Biegaczy" - ta książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. I nie chodzi o bieganie boso czy w sandałach, czy w starych zdartych butach, ani o żadne ideologie. Zachwyciła mnie harmonia z naturą, radość biegania, lekkość i wiara w możliwości człowieka,  jaką ta książka ze sobą niesie. Po jej zakończeniu pierwszy raz uwierzyłam, że dam radę przebiec ten maraton.

2. Drugą fantastycznie motywującą pozycją jest Haruki Murakami - "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Pisałam już zresztą kiedyś o tej książce, ale ostatnio do niej wróciłam.

3. Trafiłam też na portalu bieganie.pl na artykuł napisany przez chłopaka, który wykonał wielką pracę nad sobą i przeszedł od grubego pączka do sportowca-amatora i sieknął maraton w bodajże 3:40. Naprawdę inspirująca historia.

4. No i dzisiejszy akcent na koniec, który mnie powalił swoją mocą motywacji, był po prostu jak głos który powiedział - ZROBISZ TO! Chodzi mi o film "The Spirit of Marathon", który miał swoj pokaz w Kinotece w ramach festiwalu filmów sportowych 360stopni.org. Tak jak pisali na FB ci znajomi, co już go widzieli, jest naprawdę super. Pokazuje różne drogi do maratonu 6 osób i różne sposoby zmierzenia się z tym wyzwaniem. Jednak przede wszystkim uświadomił mi, że maraton może dać o wiele więcej niż radość z medalu na szyi - może zmienić mnie samą w środku, nawet jeśli po drodze na 30-tym się rozpłaczę, nawet jeśli stanę. Cały okres przygotowań się liczy, a ten ostatni odcinek o długości 42,2 km to tylko ukoronowanie paru miesięcy pracy nad sobą i swoimi słabościami. "When you cross the finish line, no matter how slow, no matter how fast, it will change your life forever".
Oczywiście na koniec miałam w oczach łzy jak groch.



No ale, żeby nie było zbyt patetycznie, zapodam teraz masakrycznie rymowany "przedszkolny" wierszyk, który mi przyszedł do głowy wczoraj między czwartym a szóstym kilometrem budowania bazy ;-)


2013 to będzie ten rok właśnie,
gdy Ewka swój pierwszy maraton trzaśnie
Uć to będzie czy Wawa – niepewna to sprawa,
Jakości ponoć broni tu Orzeł, ale ostatnio chyba nie może,
milczy i nie chce potwierdzić  terminu, lecz nic to Ewo,
przechodź do czynu. Masz 4 miechy do trenowania
więc łap się po prostu za swój plan biegania

Ha! 

wtorek, 21 grudnia 2010

Wawer powder fun!

Nie oddalając się zbytnio od domu doświadczyłam dziś po 18-tej bardzo przyjemnego freeridu w puchu, a nawet można powiedzieć wrażeń off-piste, chociaż bez desek/-ski na nogach. I to wszystko w Wawrze, gdzie sypało, sypało i powoli zasypywało wszystkie ścieżki tak, że do biegania nie został mi praktycznie żaden odśnieżony kawałek.

A o mały włos do zaplanowanego na dziś treningu by nie doszło, bo najpierw zaczęłam się czaić i martwić - że przemoczę jednak nogi, że się poślizgnę, że będzie mi sypało w oczy.
Weź w garść kobieto! - powiedziałam sobie jednak, bo jutro na bieganie czasu ni ma. Nowa, klimatyczna płyta Skunk Anansie "Wonderlustre" zapodana dousznie pomogła w mobilizacji i wypełzłam na dwór. Okazało się, że jest super i z każdą minutą coraz fajniej. Na kawałku zrobiłam nawet małą przebieżkę. A jak stabilizację kostek i kolan dało się poćwiczyć :-) pelna koncentracja na stawianych krokach.
Ogólnie bieg był w świeżutkim puchu, z góry też padało, ale było ciepło, ciemno, cicho i daleko od wypchanych ludźmi galerii handlowych. Jakoś tak świątecznie. Dzyń dzyń dzyń!

Aha, apropos dzyń dzyń dzyń to PALEC POD BUDKĘ!! Ktoś ma ochotę w drugi dzień świąt (niedziela) pobiegać w Warszawie przed południem, zaczynając ok. 9:30 - 10:00, zanim znowu zajmie przydzielone miejsce za stołem?
Ja planuje zrobić ok. 12-13 km - miejsce do ustalenia byle w granicach południowo-centralnej części miasta:
1. ścieżka do Powsina
2. Łazienki + Agrykola (bez bieżni ;-)
3. Kabaty
4. Pola Mokotowskie
5. inna miejscówka ...

niedziela, 19 grudnia 2010

Moje Pumy lubią śnieg - test butów trailowych Puma Havasu XC

Kiedy spadł pierwszy śnieg i zaległ - najpierw w postaci puchu a potem ubitej i śliskiej warstwy - pomyślałam, że czas się uzbroić na bieganie w coś, co przywróci mi tarcie.  Chciałam radykalnie - buty z kolcami albo coś w tym stylu, ale po namyśle i analizie mojej trasy biegowej stwierdziłam, że nawet zimą trafiam na goły asfalt i wtedy co? W kolcach stukać będę jak Frank Sinatra na parkiecie albo co gorsza je stępię - i to w piorunującym tempie ;-)

No więc pozostały trailówki.  Założyłam na nogi swoje nowe Pumy Havasu (sprzedawane też pod nazwą Rodalban XC) przeznaczone do biegów w terenie i dziś, po zrobieniu w nich około 100 km mogę śmiało powiedzieć, że te Pumy lubią śnieg.


Wrażenia ogólne
Pierwsze wrażenia po przesiadce z Nike'ów Pegasus to "och, jaki wąski but". Cholewka nie rozszerza się w przedniej części i uszyta jest w ten sposób, że stopa wygląda smukło.  Mimo tego but nie uciska mnie w palcach, chociaż lubię mieć tu luz.  No cóż trzeba przyznać, że Puma Rodalban wygląda bardzo zgrabnie.
Kolorystyka mi akurat przypadła do gustu - grafitowa cholewka z błękitnymi detalami przezentuje się naprawdę dobrze.

Budowa buta
Cholewka uszyta jest z materiału syntetycznego, ktory sprawia wrażenie grubego, ale taki nie jest, bo Puma Rodalban to but zaskakująco lekki. Cholewka jest odporna na przemoczenie przy biegu po mokrej lub zaśnieżonej nawierzchni.
Sznurówki są grube, ale trochę śliskie i parę razy mi się rozwiązały podczas biegu, więc teraz robię dwa supły i jest OK.
Okolica kostki otoczona jest miękim kołnierzem, który zapobiega otarciom, nawet przy niezbyt grubej skarpecie.  Oczywiście naszło mi tam trochę śniegu przy wdepnięciu w zaspę w parku, ale na to radą są chyba tylko stuptuty.



Amortyzacja
Pierwszy bieg w Pumach zaliczyłam jeszcze jesienią kiedy śniegu nie było. Wtedy tak ich nie doceniłam - amortyzacji nie miały w nadmiarze i po asfalcie biegło się dość twardo. Po 12 km trochę bolały stopy. Jednak nie są to buty na asfalt tylko na miękkie podłoże, więc w sumie nie mogę mieć pretensji.

Dynamika
Dynamika nie jest najmocniejszym atutem tego modelu - biegnie się, ale bez wrażenia, że buty dają kopa i chcesz w nich frunąć. Natomiast są lekkie i to bardzo pomaga przy przebieraniu nogami na przykład na 10-tym już kilometrze.

Właściwości termiczne i wododporność
To co nie było ważne jesienią, stało się kluczowe zimą czyli odporność cholewki na śnieg i mróz. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że ani razu nie miałam po bieganiu mokrych skarpetek, a wpadłam w śnieg po kostki nie raz i zdarzył mi się też bieg w kopnym. Mokre były tylko okolice kostek, ale niżej sucho.  Było mi też ciepło w nogi nawet podczas biegu przy minus 9 stopniach.  Rok temu biegałam w zimie w siatkowych treningówkach i wracałam wtedy do domu  z przemoczonymi nogami.  Może być tak, że w Pumach Rodalban latem będzie za ciepło ze względu na mniejszą wentylację niż w butach siatkowych, ale w zimne dni sprawdzają się bez zarzutu.


Przyczepność
I tu dochodzimy do kolejnego bardzo ważnego zimą elementu.  Już nie chcę kolców - Pumy trzymają na śniegu świetnie. Miałam w nich poślizg po wbiegnięciu na lód, ale chyba mało kto regularnie biega po lodzie.  W warunkach:
- świeży śnieg
- ubity śnieg
- błoto pośniegowe
- nie do końca odsnieżony asfalt
nie sprawiły mi zawodu, czyli jednym słowem udało mi się wrócić do domu za każdym razem bez kontuzji. Ich bieżnik to poprzeczne beleczki i małe gwiazdki, które tworzą antypoślizgową kombinację. Odstępy między wypustkami są na tyle duże, że po tupnięciu nadmiar śniegu z nich wypada.

Podsumowanie
Pumy Havasu XC to chyba rozwiązanie mojego problemu biegania zimą.  Nie są to buty do trenowania na asfalcie ani do bicia życiówek w zawodach, ale jesli chodzi o treningi na śniegu, to nadają się do tego bardzo dobrze. Po ponad godzinnym treningu na miękkim podłożu stopy nie bolą i nic nie uciska. No i, co najważniejsze - zawsze sucho, zawsze pewnie ;-)

(Wkrótce test wraz z dodatkowymi infomacjami o konstrukcji buta ukaże się też na stronie etrampki.pl)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Zimowy trening z Barbie-kulturystką

W sobotę bieg rozpoczełam w towarzystwie wielkiej czerwono-złotej kuli, która podnosiła się leniwie znad horyzontu. Godzina 7:20 rano, warunki idealne czyli lekki mróz, sucho i raczej bezwietrznie. Taka pogoda musiała dać kopa i kop był, bo przebiegłam sobie z radością 8,5 km w tempie średnim 5:36 min/km po wawerskich chodnikach i drogach.
Może też ta energia poranna podyktowana była lekkim wstydem za piątek, kiedy to miałam plan pobiegać, ale nic z niego nie wyszło. Wymiękłam mówiąc najkrócej po wystawieniu nosa za firankę.

O godzinie 11, na ktorą zaplanowałam bieganie, za oknem wiało, sypało i nie było nawet psów z kulawą nogą w zasięgu wzroku.
Po godzinie, kiedy to obiecałam sobie, że jednak wyjdę, było dokładnie tak samo. Status-do bani-quo. Rozpoczęłam dialog z samą sobą zakończony wielkim uff, bo w ostatniej chwili przyszło mi do głowy, że dawno nie ćwiczyłam brzuszków, wykroków, wymachów itp. Byłam uratowana - nie musiałam już wychodzić.

Zaczęłam od skakanki (na szczęście mam wysokie mieszkanie) ale potem postanowiłam znaleźć w necie jakieś fajne ćwiczenia bo mi sie nie chciało wymyślać. No to Youtube ... i jedziemy.
Jest! "Zuzanna's Workout". Być może Zuzanna o buzi aniołka znana jest niektórym panom, bo przyciąga wzrok nie tylko bicepsem, ale ja widzialam ją pierwszy raz. A kiedy ruszyła do swoich ćwiczeń zatytułowanych "550 Killer Reps" zrozumiałam, że to Barbie-cyborg-kulturystka, w dodatku ze sporą porcją silikonu z przodu. I z jakimś chyba wschodniosłowiańskim akcentem. Nie ma sie jednak co śmiać, Barbie naprawdę ma potencjał fitnesowy, a nawet przyrównałabym niektóre jej filmy do treningów z obozu dla rekrutów.




Ha, ha no więc postanowiłam poćwiczyć z Barbie. 550 powtórzeń "najszybciej jak się da" było poza zasięgiem, ale robienie ćwiczeń w 3 seriach po 15 uznałam za wykonalne. Oczywiście nie dałam rady dotrzymać Barbie cały czas kroku - szczególnie przy pierwszych wymachach ze względu na kontuzję pośladka (myślalam że mi wyrwie nogę z tyłka przy pierwszym wymachu). Po ostatniej pompce wgryzłam się w dywan, ale w sumie tętno uzyskałam zacniejsze niż po biegu, czas ćwiczeń również rekompensujący moje wymiganie się od biegania. Mam więc nową koleżankę od ćwiczeń na sieci. Następnym razem wypróbuję jej zestaw specjalny pod nazwą "Szybka śmierć" chociaż ćwiczonko pliometryczne z wyskokiem do góry i zaraz po tym pistoletem na jednej nodze to raczej sobie tylko obejrzę bo od samego patrzenia mnie bolą stawy, ewentualnie je zmodyfikuje na "dla ludzi".

piątek, 10 grudnia 2010

Czas na sport czyli sport na czas

Nawet nie wiem, jak mi się w ogóle udało znaleźć czas, żeby napisać tego posta :-)
Tak sobie czytam, jak niektórzy trenują po 5-6x w tygodniu i zastanawiam się, jak im się udaje to godzić z życiem codziennym i z ilu rzeczy rezygnują, żeby móc tyle trenować.
U mnie wychodzi ostatnio 2 treningi ściankowe i 2-3 biegowe i powiem szczerze, że milion rzeczy leży przez to odłogiem. Ostatnio jakoś mniej sprzątam, mniej oglądam telewizję, mniej zastanawiam się nad tym, co na siebie założyć, mniej robię zakupów. No i jakby pracuję mniej niż bym mogła/powinnam. Aha, są jeszcze dzieci, w przypadku których akurat nie za bardzo mogę "mniej".

Treningi moje jednak nie idą na marne, a nawet powiedziałabym, że regularnie poprawiam życiówki - na przykład jestem już mistrzynią w docieraniu z dzielnicy Wawer do dzielnicy Wola (Koło) w godzinach porannych - robię to coraz szybciej, coraz płynniej wciskam się na pasy do skrętu  i wynajduję coraz więcej tajemniczych uliczek, którymi można ominąć kory.

Stale widzę też progres w trenowaniu zmieszczenia w jak najkrótszym czasie godzinnego biegu z przebraniem, rozgrzewką i rozciąganiem oraz prysznicem "po". Szczególnie jesli w połowie treningu ktoś właśnie obdarzy mnie pilnym tłumaczeniem. Każda minuta się liczy. Prysznic to np. 2 minuty - bez oszukiwania.

Nie mówię już o samodoskonaleniu się w jednoczesnym szykowaniu 3 dań dla rodziny - jedną ręką mieszam coś tam w garze, w międzyczasie przewracam na patelni naleśniki a w wolnych kilkusekundowych interwałach ciacham warzywka do sałatki. Oczywiście rodzinę zaprzęgam do pomocy, ale ponieważ jest to trzech facetów, to jakby to rzec... nie garną się.

Sytuacja nie jest nowa, tylko że jakoś ostatnio mnie to wyjątkowo zmęczyło. Może dlatego, że faktycznie zwaliło mi się sporo roboty. Odpuszczenie treningów to jednak ostatnia rzecz jaką bym zrobiła, bo doprowadziłoby do mojej "zguby" a może nawet - nie bójmy się tych słów - utraty radości życia ;-) Ech, mógłby już przyjść ten Nowy Rok, kiedy znów zacznie przybywać dnia i wreszcie nie będzie tak cholernie ciemno o 7 rano. Mimo szczerych chęci, nie jestem w stanie się zmobilizować do wyjścia i pobiegania zimą przed świtem. A dałoby mi to bonus w postaci dodatkowego czasu.

I tylko ostatnio jadąc sobie własnie na ściankę pomyślałam, że ja stoję w korku, żeby dojechać na godzinkę przyjemności, a masa ludzi wokół stoi w korku, żeby za chwilę dać się zapuszkować za biurowca szklanymi drzwiami i tam spędzić cały dzień. Więc w sumie nie mam co narzekać. Bo gdybym jeszcze pracowała na etacie, to nie mam pojęcia jak bym znalazła czas na sport.


 

niedziela, 5 grudnia 2010

Tryb zimowy

W sobotę wybrałam się spróbować porannego biegania, żeby przekonać się, czy jestem ofiarą poważnej kontuzji mięśnia pośladkowego, ale okazało się, że nie - nie będę miała wymówki w mroźne dni :)

Z nadszarpniętą „szanowną” można biegać – gorzej z wiązaniem buta, skłonami i siadem prostym. Na ostatnim treningu wspinaczkowym zadanie na bulderze chyba przerosło moje mięśnie i po dość karkołomnym zadarciu nogi do dynamicznego ruchu poczułam coś jakby pyk w … mówiąc najkrócej - w tyłku. Najpierw myslałam, że naderwałam mięsień pośladkowy, ale chyba tylko go naciągnęłam solidnie. Boli przy siadaniu, schylaniu się, podnoszeniu prostej nogi do góry i machaniu nią w tył. Za to truchtać się da bez problemu. Tak nawiasem mówiąc chyba nie wystarczająco się rozciągam po bieganiu i po wspinaniu i to jest smutny efekt.

Powiem szczerze, że bieganie po warszawskich ulicach po opadach śniegu nie jest takie proste, nawet w trailówkach.

Rondo de Gaula – chodnik zawalony śniegiem po kostki, nie ubitym, o konsystencji lekko plastelinowej – masakra. Nogi się rozjeżdzają. Zrobiłam wycof na Nowy Świat.

Nowy Świat – tu nadziałam się prawie na rogi reniferów, które wprowadzano do zagrody w związku z wieczorną imprezą, czyli uroczystym pstryknięciem tysięcy lampek sponsored by Wedel. Dalej poszło gładko – biegłam sobie środkiem wyłączonej z ruchu jezdni i było komfortowo.

Zdjęcie © Radek Pietruszka/PAP
Krakowskie Przedmieście – zaczęłam jezdnią, ale widząc, że idę na czołowe z autobusem zwiałam na chodnik. Tu slalom między ludźmi, znowu błoto śniegowe.

Plac przed Grobem Nieznanego Żołnierza - ło matko, lodowisko na granitowych płytach. Bieganie przez skradanie – odetchnęłam wreszcie, gdy dotarłam do (zgodnie z przypuszczeniami) odśnieżonego Ogrodu Saskiego. W końcu to reprezentacyjny park w centrum stolicy. To znaczy nie był oczywiście odśnieżony do czarnego, ale śnieg był tak fajnie ubity na ścieżkach, że biegło się świetnie.

W parku spotkała mnie dodatkowa niespodzianka… nagle okazało się że znów biegnę na czołowe, ale tym razem nie z autobusem tylko z Hankąskakanką. Odbyliśmy we trójkę –  Hanka, jej mąż i ja - kółeczko czy też dwa pogrążeni w miłej konwersacji i każdy pobiegł w swoją stronę.

Mam jednak ostatnio niedosyt biegania, biegam mniej niż w ciepłe dni, bo i ciemność szybko zapada i jakoś czasu na to mniej. Skutkiem tego zdecydowane wrażenie przybycia na wadze :-( wolę nawet na wagę nie wchodzić, żeby się nie zestresować, tylko po prostu wrócić do systematycznego ruszania się, no i jednak mniej kalorycznych dań wsuwać. Szczególnie po wczorajszych „plenerowych” urodzinach mojego męża spędzanych przy minus 15 stopniach, gdzie w menu były kiełbaski z ogniska, żurek, tort i morze procentów :-)

Ale jak tu przy minus 10C jeść surowe marchewki i popijać wodą;-) ? No dobra  – wiem, że można zrobić pyszne ciepłe dietetyczne dania i zamierzam sporządzić sobie w przyszłym tygodniu gar na przykład szpinakowej, albo "ratatuję" żeby nie wrzucać w siebie grzanek z serem jak zmarznę tylko chude, delikatne i zbilansowane do bólu posiłki, chlip chlip… ;-)