Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultramaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultramaraton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lutego 2022

Ultra-aqua-runmaggedon czyli zabawa dla leszczy - relacja z Ultra Śledzia 2022

Pełne zanurzenie. Jestem w trzewiach puszczy, słyszę ją i czuję każdą komórką ciała. Za mną i przede mną nikogo. Tylko ja i ona... Madame Knyszyńska. Testuje mnie na całego. Prowadzi przez moczary, kolczaste krzaki, wiatrołomy. Wysokie drzewa gną się, trzeszczą złowrogo, aż wreszcie tuż koło mnie z lewej strony rozlega się ogłuszający huk i dwa wielkie pnie walą się na ziemię, a ja czuję w oczach coś jakby opiłki. Pełne zanurzenie i teraz jeszcze strach... i pokora. To nie ja rozdaję tu karty. Co ja tu w ogóle robię?    



[kilka godzin wcześniej]

7:20 Supraśl. Zawodnicy szykują się do startu w Ultra Leszczu. To najkrótsza  trasa w ramach imprezy Ultra Śledź, podobno dla ... leszczy :) Miała mieć 64 km, ale w ciągu ostatniego tygodnia dowaliło na niej wody, więc żeby z ultramaratonu nie wyszedł ultra-aquathlon,  organizator musiał zrobić parę obejść i dystans poszybował do 69 kilometrów. W prognozie niezła wichura. Już wiadomo, że będzie się działo. 

Witam się z Karoliną, która też biegnie i zapewniam ją, że dziś obstawiam tyły. Przecież jestem po covidzie.  Przeszłam go dość lekko i czuję się nieźle, utrata smaku mnie ominęła, mgła mózgowa (jeszcze) nie nadeszła. Natomiast do skutków covida-19 zdecydowanie dodałabym spadek wiary we własne moce.  

Wypuszczona z izolacji na 2 tygodnie przed startem nie mam złudzeń, że w tym biegu będę o cokolwiek walczyć.  Najpierw chciałam się w ogóle wypisać z zabawy. No ale skoro pakiet już mam, to może zrobię sobie 64-kilometrowy spacer po Puszczy czyli pokonam to marszobiegiem. Z takim właśnie planem w towarzystwie  pięciu biegowych kumpli dotarłam do Supraśla. 

A więc mówię Karolinie, że tym razem ścigać się nie będę i ustawiam się bliżej końca grupki razem z Arturem. Ruszamy. Na razie pogoda bajeczka, słońce, pod nogami sucho, luz w dupie, nóżka o dziwo podaje, ot relaksujące weekendowe wybieganie. 

Biegniemy wyczekując zapowiadanego na 10-tym kilometrze mostu linowego nad rzeką Sokołdą.  Organizator szykował suspens już od paru dni. Wrzucał filmiki, w których trochu smieszno a trochu straszno. Wreszcie jest! Most wybudowany przez ekipę Szczyt za Szczytem - lina na dole i lina do złapania się na górze.  Przejdziesz suchą stopą, jeśli się nie skąpiesz puszczając linę lub jeśli nie musisz wcześniej przedrzeć się przez pastwisko, na którym jest woda do pół łydki. Nie pomaga płot na pastwisku, bo w płocie jest 3-metrowa wyrwa, więc wszyscy i tak muszą zrobić wstępne wodowanie. Co prawda niektórzy się na to przygotowali - profesjonalny sprzęt marki Jan Niezbędny na nogach. 







Przed mostem robi się oczywiście korek, bo wolno przechodzić pojedynczo, a minuty bezlitośnie uciekają. Niektórzy nie czekają na most, opcja nr 1 na gołka, opcja nr 2 w pełnym rynsztunku. Szacun dla nich! 





Po niecałym kwadransie i ja sunę po linie w podmuchach wiatru ciesząc się, że mam mokre tylko stopy. Stopy? Taki luksus tylko jeszcze przez chwilę, bo oto przed nami kolejna atrakcja - łąka z bagnistym rozlewiskiem.  Lewa noga wpada mi w to do pół łydki, przede mną chłopak traci równowagę i wpada po uda, więc kluczę. A nuż się uda trafić na płytsze miejsce. Niestety zamiast tego trafiam na jakiś dół, prawa noga ląduje w wodzie po pachwinę, a za chwilę jestem w wodzie po pas, bo tracę równowagę. Zanurzam ręce w wodzie łapiąc się traw. Majty i rękawiczki całe mokre. Tadaam!  Po wygrzebaniu się wreszcie z tego g... trzeba oczywiście biec dalej, a tymczasem stopy są jak z drewna. Temperatura wody w lutym absolutnie uprawnia do tego, żeby ten fragment trasy nazwać "morsowaniem". Wszyscy obok mnie zgłaszają problem pt. "Nie czuję nóg". Na szczęście nogi stopniowo rozgrzewają się w biegu, wyżymam rękawiczki, reszta ciuchów mokra na tyle, że nie ma sensu nic z tym robić. Może wyschną na mnie.    

No ale czas na lepsze wiadomości. Na pierwszym punkcie odżywczym dostaję info, że jestem trzecia wśród kobiet. Druga wbiega na punkt w zasadzie przede mną. O nie, a miało być tak luzacko, bez spiny! Ale jak tu biec bez spiny, jeśli w zasięgu jest pudło. Grzech odpuścić, tak się po prostu nie robi. Niby mnie to nie obchodzi, przecież przyjechałam na marszobieg, ale zaczynam nerwowo zagadywać Artura, czy może jest już gotowy, żeby wyjść z punktu. Ta druga już wyszła.   

Biegniemy dalej spokojnie, chociaż Artur wyczuwa że w mojej głowie już zapaliło się światełko i koniec wycieczki turystyczno-krajoznawczej. Proponuje, żebym cisnęła szybciej, a ja po analizie swojego stanu (niby po covidzie, ale dzień konia chyba się szykuje) zgadzam się i zaczynam zwiększać tempo.  Wkrótce przede mną widzę niebieską spódniczkę - to ta druga. Przechodzi chwilami do marszu, więc udaje mi się ją dogonić i wyprzedzić. Ciśnienie rośnie - teraz to ja jestem druga i zaczyna się tradycyjna walka głowy z ciałem. 

Wchodzę w tryb foksteriera w walce czyli nic mnie nie boli, nic mi nie przeszkadza, rany będę lizać na mecie. Zaczyna się mój samotny rajd, a do końca trasy został maraton z małym kawałkiem.  

W Puszczy Knyszyńskiej nie jest tak do końca płasko. Zawodnicy z Ultra Śledzia dostali taką trasę, że na 85 km robią ponad tysiąc metrów w górę, co widać na zdjęciach poniżej: 



U nas jest połowa tego, ale co jakiś czas pojawia się nieduży podbieg. Wiem, że jeśli mam utrzymać pozycję, to nie mogę sobie pozwolić na przejście do marszu nawet na podbiegach. I biegnę wszystko, powoli ale do przodu (i w górę) ;-). Jestem w szoku bo to nie wymaga ode mnie wielkiego wysiłku i myślę, że sekret tkwi w nowych, mocnych ćwiczeniach siłowych na nogi, które zaczęłam niedawno robić. Wreszcie czwóreczki pracują jak należy.  Oczywiście jak zwykle daje o sobie znać mięsień gruszkowaty, który ciągnie mnie pod tyłkiem i uprzykrza życie, ale umówmy się -  ja priwykła. I tak jestem poza strefą komfortu od kąpieli na 10-tym kilometrze. Za punktem w Lipowym Moście do atrakcji Ultra Leszcza dochodzi droga pełna błota, wiatr prosto w twarz i deszcz, a może raczej deszcz ze śniegiem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to scena z kultowego filmu i Pazura, który woła "Stary, ja tu na deszczu, wilki jakieś".  

Dwóch biegaczy przede mną chowa się pod wiatą, ja cisnę dalej. Ewidentny dzień konia. Znów zasysa mnie puszcza i jestem kompletnie sama - nikogo w zasięgu wzroku. To tu walą się te dwa wielkie drzewa. Tak sobie myślę, co by było gdyby..... No nic, trzeba przebierać nogami i jak najszybciej stąd spier...ać, jest dodatkowa motywacja.  Zmęczenie oczywiście i mnie dopada, przechodzenie nad i pod wiatrołomami wychodzi mi coraz bardziej niezdarnie, więc teraz jest czas, żeby słabnące nogi wesprzeć mocną głową. 


Kochana, 25 km do mety? To przecież jak weekendowe wybieganie w MPK. Dasz radę. Ciśnij, na pudło nie wskakuje się za marsz na trasie. I takie tam różne gadki z samą sobą.  

18 km do mety, 15, 6, wpadam na ostatni punkt odżywczy zorganizowany w busie. Zataczam się lekko, ale zostało tak niedużo - trzeba wykrzesać z siebie ostatnie siły. Szybki łyk herbaty, bimberku zwanego Chuchem Puszczy odmawiam i żegnam towarzystwo. Zaraz będzie koniec, zaraz będzie koniec! Na 2 km przed metą widzę ekipę Szczyt za Szczytem - dopingują, Anka potwierdza że będę druga i że super mi idzie. To dodaje mi sił, więc cisnę, już tylko most w Supraślu mi został i elegancki bulwar wzdłuż rzeki, na którym spotykam i zagaduję chłopaka z Ultra Bladziny 168 km.  Brawa dla niego! Ta trzecia trasa Ultra Śledzia to prawdziwy hardcor - dwie 85-kilometrowe pętle w tych warunkach wymagają prawdziwego hartu ducha, psychy i żelaznych nóg (na mecie dowiaduję się że Bladzinę ukończyło tylko 5 osób z 30 które startowały). 


Wreszcie ostatni podbieg pod metę i jestem! Udało się! Nie dość że przeżyłam nie zaliczając żadnego walącego się na mnie drzewa w tej wichurze, to jeszcze utrzymałam drugą pozycję. Całkiem udany post-covid run. Inna sprawa, że ten bieg powinien zostać moim zdaniem odwołany. Alerty RCB nie były przesadzone. 

Tymczasem ja w nagrodę dostaję pakiet na dowolny dystans Ultra Śledzia za rok, a więc będzie okazja, żeby przeżyć to jeszcze raz. Pytanie tylko co wybrać: Leszcza, Śledzia czy Bladzinę? :)   

  











 


 

czwartek, 14 października 2021

Relacja z Ultrakotliny 140 - czyli jak biegłam do UK, a wylądowałam w Szklarskiej

 


Na asfalcie widzę co raz nasprejowane wielkie "UK" i strzałkę. Tak, tak, biegnijmy tam - this way to "Ju-Kej"! Już widzę ten brytyjski pub, a w nim mnie z kuflem zimnego piwa, a obok słone i gorące fish&chips...mmm. Co prawda zamiast do oszronionego kufla dobiegam co kilkanaście kilometrów do plastikowych baniaków z ciepłą colą, wodą i izo, ale nie tracę nadziei. Po fakcie muszę napisać ze jestem trochę zawiedziona. Bardzo pilnowałam strzałek na trasie i miałam nadzieję że dobiegnę w końcu do UK, a wylądowałam z powrotem w Szklarskiej Porębie.

Nie ma jednak tego złego. Trasa Ultrakotliny jest niekiepska... Żartowałam. Jest przezajebista, szczególnie jak się ma takiego farta jak ja w tym roku i trafi się na taki warun: "Pogodę na przeważających obszarach kontynentu kształtuje wyż znad Rosji. Po nocnych spadkach temperatury, wzrośnie ona w dzień do 13-15℃ na południowym zachodzie, wiatr słaby lub umiarkowany, w górach porywisty. Na barometrach 1030-1036 hPa". Oznacza to jedno - ultrabieg przy ultralampie.

Ale wracając do zawodów....Bez kokieterii, wcale nie czułam się gotowa na te 140 kilometrów. Po sierpniowym Janosiku, gdzie stówkę rodziłam w bólach, pod koniec niemal ze łzami w oczach, lepiej pewnie byłoby zrobić jakieś relaksacyjne mini-ultra. Ultrakotlina oferuje kilka krótszych dystansów. 

Rozsądek: Zrób teraz 50-tkę. 

Ja: Ale tam nie ma Karkonoszy na trasie! 

Rozsądek: No dobra, niech będzie - zrób 80-tkę. 

Ja: Dorzucasz mi tylko Rudawy. Karkonoszy tam też nie ma

Jak mam ganiać po Kotlinie Jeleniogórskiej, to wchodzę w to tylko na zasadzie all-in. Oprócz Rudaw, Gór Kaczawskich i Izerskich, mają być Śnieżne Kotły, Śląskie Kamienie i Kocioł Łomniczki. Jednym słowem te piękne, magiczne Karkonosze. I ma być pełna pętla po Kotlinie. Bez kompromisów. 

Zatem, w całej swojej zachłanności kliknęłam "Zapisz się na 140 km". I tak już zostało. Ostatnie tak długie ultra biegłam w 2018 roku - Łemkowynę Ultra Trail. Wtedy miałam dzień konia i wspominam te zawody wspaniale. Czas jednak leci, peselek goni, a kolejne kontuzje wstawiają swoje pieczątki w mojej książeczce zdrowia. Czy dam radę znowu? Bardzo jednak chciałam podjąć wyzwanie i to sprawdzić. 

Przed startem wiedziałam, że mega kilometraży już treningowo nie nabiegam. Zrobiłam parę mocnych, fajnych treningów i uznałam, że bazą będzie niezły całkowity dystans z tego roku (2450 km), przebiegnięty Janosik w Tatrach, a wcześniej 3xUltrababia. Dobrze też przemyślałam błędy z wcześniejszych biegów i taktykę, która mogłaby mi pomóc. A zatem:   

  • Odrobiłam lekcję z Janosika, jeśli chodzi o pobór energii na trasie.  Tym razem, na Kotlinie raczyłam się smakołykami i piłam na wszystkich punktach. Postanowiłam nie wyjadać wszystkich ciastek i czekolad zostawiając trochę dla innych zawodników, ale na każdym punkcie kalorie uzupełniałam i brałam izotonik albo colę z wodą. Dawniej zdarzało mi się tylko odbić na macie pomiarowej i lecieć dalej, bo przecież szkoda czasu na gastro, to nie Marathon du Medoc, co nie? Kończyło się to dowozem prawie-zwłok do mety, owszem czasem na wysokiej pozycji, bo chyba mam w sobie trochę z wielbłąda, ale w stanie tak jakby agonalnym.
  • Zrobiłam sobie też "roadbooka". Uwaga, już można zacząć się śmiać i szerować dla beki.  Oto mój roadbook - a raczej roadbuczek. 


Pozwólcie,  że wyjaśnię, po co pracowicie wyprodukowałam takie śmieszne coś, jak dzieci z III klasy na plastyce. 

    1. Po pierwsze na numerze startowym z profilem trasy nie było podanych przewyższeń między punktami, a te są dla mnie istotne w chwilach zmęczenia. Lubię wiedzieć, ile giełgania pod górę przede mną, a ile w dół.
    2. Po drugie - dlaczego nie jest to po prostu mini-karteczka? Zauważcie czcionkę oscylującą w granicach 11-12 pt. No cóż, bez okularów mniejszych cyferek nie widzę, szczególnie przy złym oświetleniu, a na numerach startowych z reguły są właśnie takie wku....jące pisane maczkiem nazwy i odległości. 
    3. Po trzecie - tak, mogłam po prostu mieć tracka w garminie, ale... dla przedłużenia życia baterii zegarka jestem gotowa pójść w analog. Poza tym jak elektronika zawiedzie, to zostanę w dupie, a papier to papier. Nie zawsze do dupy. 

A zatem korzystałam aktywnie z mojego bardzo PRO roadbuczka po każdym wyjściu z punktu. Włączałam wtedy nowy lap i na tych odległościach bazowałam - między punktami. No kto mnie przekona, że głowa lepiej znosi sygnał "Przed tobą 104 km" niż "Przed tobą 12 km"? Nie myśl o całej trasie, traktuj ją jako sumę krótkich wycieczek. Zadziałało całkiem nieźle. Wyłączyłam umysł na dystans całkowity i myśl o tych dziesiątkach kilosów do mety przestała mnie przytłaczać. Głowa rządzi. 

Karkonosze 

O 5:30 rano, w zupełnych ciemnościach stajemy z Moniką na starcie w Szklarskiej Porębie. Obie lekko spietrane dystansem, obie nadrabiające miną. Nagroda za odważną decyzję o wyborze 140-tki przychodzi jednak szybko. Wystartowaliśmy o 6:00, a już godzinę później z opadniętą szczęką oglądam wschód słońca z drogi na Śnieżne Kotły.  Pogoda rewelacyjna, złota jesień w pełnej trasie. Za te widoki, które dodały mocy i radości, jestem teraz gotowa przyjąć z pokorą wszystko.  




Biegnie mi się świetnie. Słońce świeci, wiatr targa ciuchami zawodników, a ja mijam kolejne epickie punkty karkonoskiej grani ciesząc się, że jeszcze nie ma tam tłumów.  Pierwszym technicznie trudnym odcinkiem jest zbieg po kamieniach przez Kocioł Łomniczki, ale jakiś chłopak leci przede mną tak fajnie i luźno, że go naśladuję. Puszczam nogi i sru do przodu. Zatejpowane kolano, które w różnych dziwnych momentach zaczyna mnie boleć, siedzi cicho. 

Rudawy Janowickie

Mój komfort psychiczny kończy się gdzieś w okolicach 35 kilometra. Na ogonie siedzi mi jakaś zawodniczka. Już pisałam jak bardzo męczy mnie taka sytuacja, gdy muszę uciekać. A próbować uciekać przez 100 km? Hłe hłe, masakra. Kolano akurat dziwnie zakłuło, więc staję i wtedy ona mnie wyprzedza. Niby słabo, ale jakoś ulżyło mi. Wolę jednak gonić. Dziewczyna idzie i biegnie z dużą lekkością, ale mam ją ciągle w zasięgu. W Rudawach zaczynamy się tasować, znów ja z przodu, potem ona. A potem ja. Trochę uciekam na technicznym kamienistym zbiegu ze Skalnika. Jak się okazało dzieliło nas nie więcej niż 10 minut przez prawie całą trasę  - aż do ostatniego punktu na 126-tym kilometrze, za którym udało mi się bardziej zwiększyć przewagę. 




Mijam piękne ruiny Zamku Bolczów, który odwiedziłam przecież w marcu tego roku robiąc samotnie Szlak Zamków Piastowskich. Pamiętam jak zbiegając wtedy szlakiem obok Zamku, myślałam sobie, że fajnie byłoby, gdyby prowadziła tędy trasa jakiegoś biegu. Mówisz- masz! 

Przepak na 61-szym kilometrze ogarniam szybko - biorę ciepłe ciuchy na później, powerbank, batoniki. Chwilę siedzę pakując te klamoty, ale zaraz oddalam się w kierunku kolejnego pasma górskiego z dziarskim "no dobra, trzeba stąd spier...lać" (co wywołuje śmiech jakiegoś zawodnika obok). 

Góry Kaczawskie 

Góry Kaczawskie są piękne - niewysokie, ale puste, z fajnymi, łatwymi szlakami i super panoramą. Kilometry mijają gładko, a ja ciągle czuję moc. Ihaa! Może to znów dzień konia - myślę sobie kłusując przez łąki w zachodzącym powoli słońcu. Rozmyślać mogę sporo, bo oto zaczęła się samotność długodystansowca. Wystartowało tylko 120 osób. Po  pięknym zachodzie słońca na Górze Szybowcowej, kiedy nastaje zmrok i trzeba włączyć znów czołówkę, zostaję sama i zamieniam się w ultra-zwierzę. 




Tak nazywam ten stan, który bardzo lubię. Gdy lecisz z kimś na zawodach, jest fajnie, bo można pogadać i szybciej mija czas. Ale w samotności i po ciemku wyostrzają się wszystkie zmysły, szczególnie w lesie. Zaczynam odbierać wszystko inaczej, pełniej. Jestem gościem lasu, ale też jego częścią. Jestem zwierzem i nadal biegnę. 

Las, uliczki, miasteczka, drogi. Klimatyczny mostek przez Jezioro Modre. Już zaraz Goduszyn, w nogach 100 kilometrów. Nie wiem która jestem w klasyfikacji, ale spotykam na trasie Aśkę i Piotrka, którzy przyjechali specjalnie z Wrocławia, żeby pokibicować i wesprzeć, co jest absolutnie mega! Dzwonię też do Wojtka. Podobno jestem czwarta wśród kobiet. Trzecia poza zasięgiem. Mimo wszystko - fiu, fiu! 

Góry Izerskie

Za Górzyńcem na 115-tym kilometrze łączę siły z grupką chłopaków. Doganiają mnie i razem zbliżamy się do jebutnego, długiego na 8 kilometrów podejścia na Wysoki Kamień. Opowiadają, jakie będzie straszne. Wrzucam na uszy słuchawki z muzyką, żeby zagłuszyć własne sapanie, przyjmuję cukier i kofeinę, jednym słowem zbroję się na ten hardcor. Nogi jednak mają już dość, orientacja też trochę siada. Nagle gdzieś w jagodach omijając błoto zaliczam upadek, po którym niezdarnie jak żuczek, gramolę się do góry.  Dopiero czuję, jaka jestem zmęczona. Ale jakaś wewnętrzna siła dalej mnie napędza, więc znów biegnę. Bieg pomaga, bo jest już strasznie zimno, może kilka stopni powyżej zera, a ja w t-shircie i wiatrówce.  

Kiedy dobiegamy do ostatniego punktu wkładam ciepłą bluzę i rękawiczki. Boli mnie prawa noga nad kostką. Generuję świński trucht. O tym jak bardzo wolny on jest, niech świadczy to, że ledwo dotrzymuję kroku jednemu z chłopaków - Adamowi, który jest na przedzie naszej grupki i .... idzie.  Chyba nigdy nie widziałam nikogo, kto by tak szybko szedł na ultra. Pytam czy nie jest zawodowym nordic walkerem bo napiera naprawdę zdrowo, a za nim ja i jeszcze jeden chłopak podbiegujemy jak dzieci prowadzone do przedszkola przez spieszącego się do pracy tatusia. 

Czarne niebo z milionami gwiazd tworzy dla nas bajeczny spektakl. Chciałoby się wyłączyć światełko i pogapić na konstelacje, ale trzeba jakoś dotrzeć do tej mety.  Już wiem, że wyprzedzę założenia czasowe zrobienia tego w około 23 godziny. Owszem, teraz tempo mi spada, ale wcześniej wypracowałam niezły zapas. Do 100-ego kilometra dotarłam w 15 godzin z hakiem. Później w domu sprawdzam w wynikach, że na trasie przesunęłam się z 61. miejsca na 20-tym kilometrze na 25. miejsce w open na mecie.

Finisz

Organizatorzy nie ułatwiają końcówki prowadzącej do Szklarskiej. Ostatni zbieg to jakaś katastrofa - prowadzi po terenie ścinki/zrywki, czy co tam cholera wie. Grzęźniemy w kawałkach gałęzi, patyków, błocie, kałużach, do butów wlewa mi się lodowata woda. Tempo spada drastycznie. 

A kiedy to zło się kończy, wpadamy na kolejny koszmarny odcinek czyli najeżony kamieniami zbieg do Wodospadu Kamieńczyk. Ała, skatowane stopy dostają jeszcze w kość na tej dziwnej drodze, o zagadkowej dla mnie genezie myśli z branży inżynierii lądowej.  Kto wymyślił taki szlak?! 

No ale dobra, jest wreszcie las, ziemna ścieżka, i chociaż dalej czuję ból nogi nad kostką przy każdym kroku w dół, jestem jak w foksterier w walce. Nie ustaję, rany będę lizać później. Z absolutną radością, coś tam wywrzaskując entuzjastycznie wpadam na metę Ultrakotliny po 22 godzinach i 33 minutach. Może i lepiej, że to nie Londyn tylko Szklarska Poręba. 






 


 



środa, 1 września 2021

ULTRAJANOSIK LEGENDA 110 KM czyli jak jedna Maryna po Tatrach i Spiszu hasała

Jakie globalne ocieplenie, kurłaaaaa! Lewą ręką chwytam się kamieni, nogi ślizgają się po oblodzonej powierzchni gołoborza, którym biegniemy.  Vibram srybram, continental - nic tu nie trzyma. Z przodu i z tyłu dochodzą mnie bluzgi i okrzyki innych zawodników walczących o pion. Wreszcie i ja ląduję na tyłku, ale bez konsekwencji.

Biegnę ultra - Janosika Legendę 110 km przez Tatry Słowackie i Spisz. Mamy sierpień 2021 rok. Parę kilometrów wcześniej na starcie biegu w Strbskim Plesie organizator w krótkich żołnierskich słowach poinformował nas, że w tym roku trasa jest skrócona i nie biegniemy przez Rohatkę (Prielom) i Polski Hreben, bo leży tam świeży śnieg i jest lód. Moje myśli powędrowały wtedy hen wstecz, do dnia, w którym  zobaczyłam zdjęcia z tego biegu. Zdjęcia ludzi z numerami startowymi, którzy z pomocą łańcuchów wdrapywali się na skalistą tatrzańską przełęcz zwaną Rohatką. Ja też tak chciałam, pragnęłam wyzwania, serce zabiło wtedy mocniej, zapisałam się.... dla tej cholernej Rohatki. 


Jednak na tym śliskim od lodu fragmencie trasy, mijając chłopaka, który skontuzjowany czeka pod folią NRC na ratowników, przyznaję organizatorom Janosika rację za tę decyzję. Rohatka nie zając. 

Nie czuję się dobrze przygotowana na te zawody. Ostatnią stówkę biegłam w 2019 - to był BUT.  W tym roku zaliczyłam tylko Ultrababią 60 km, owszem konkret, ale jednak 40 kilometrów mniej. Żadnej długiej wyrypy nie zrobiłam, poza etapową Koroną Bieszczadów. Głowa też gdzie indziej, życie to nie tylko bieganie. Nie szaleję więc, nie staram się wyprzedzać i zakładam, że to będzie dla mnie bieg na ukończenie.  Grunt to dotrzeć do mety bezpiecznie, bo ten Janosik kruca fuks to jeden z trudniejszych górskich ultramaratonów, w jakich startowałam. 

Póki co z rana pogoda jest piękna, więc podziwiam widoki (ależ te Tatry cudne!), ale prognozy są na deszcz. Byle zdążyć się ewakuować z tych gór suchą stopą, bo na mokrej skale będzie walka. Niestety kilometry mijają mi bardzo powoli. Długie podejścia odsysają energię.  Na 30-tym kilometrze widoki się kończą i zaczyna padać coraz bardziej. Właśnie zaczyna się zabawa pod Janosikowym hasłem "Możesz więcej niż myślisz". Nagle ni stąd ni zowąd doganiam kolegę - Piotrka i zaczynamy biec w tym deszczu i tak bawić się razem.

Jeśli na podejściu między pierwszym a drugim punktem kontrolnym biegu było po prostu mozolnie, to teraz za przełęczą zwaną Sedlo pod Svistovkou (inaczej: Rakuski Przechód) robi się po prostu niebezpiecznie.  Do deszczu, całkiem już mocnego, dochodzi grad. Z jednej strony fajnie, że wreszcie można puścić się w dół, zamiast ciągle podchodzić, ale mokra skała i pośpiech nie ułatwiają sprawy.  Z ciekawszych miejsc zapamiętam fragment z łańcuchami. Leje, dołem płynie "rzeka", na łańcuchu tkwi spanikowana turystka, a za nią tłoczy się grupka niecierpliwych zawodników Janosika.  Uspakajam dziewczynę żeby schodziła pierwsza, a my poczekamy, ale część chłopaków gramoli się w dziwnych pozach bokiem i dziewczyna nie wytrzymuje presji, kuca obok łańcuchów łapiąc się skały i przepuszcza nas czyli "wariatów".   


Za Zelenym Plesem, gdzie mamy punkt odżywczy (rozmiękłe od deszczu ciastka, przemoknięci wolontariusze), zaczyna się kolejne podejście. Uff, teraz jest już bardziej ziemnie i trawiasto czyli myślę sobie - jakby co, to będzie miękkie lądowanie. Nic bardziej mylnego. Owszem na  przełęcz prowadzi miła ścieżka, ale oto właśnie zaczyna się zbieg przez Dolinę Mąkową do Zdiaru. Coś tam chłopaki wspominali że ostro w dół i będzie tam jazda, ale dopiero teraz kumam o co im chodziło. Zbiegam sama, bo Piotrek został po drodze na pitstop kanapkowy, a zawodników na trasie jest niecała setka.  Zbiegam i klnę. Jest stromo, z wielkimi głazami i błotem. I tak przez sześć kilometrów w dół aż na dno doliny.  Tylko się nie wywalić. Dopiero zapłaciłam parę stów za leczenie kanałowe, nie stać mnie na implant jedynki. 

Wreszcie pojawia się wypłaszczenie i cywilizacja - zupa brokułowa na punkcie, ciastka, cola. Nie rozsiadam się, chcę dalej, szybciej do tej mety. Mam świadomość upływającego czasu, a z mapki wynika, że po niedużym podejściu będzie to, co biegacze lubią najbardziej czyli bieganie.  Po tatrzańskich skałach zostało tylko wspomnienie, osiągam trawiasty szczyt Magurki i tam włączam piąty bieg. Nikogo przede mną, nikogo za mną, ściągam garmina do ładowania i biegnę drogą przez las, ile wlezie licząc, że nie dogoni mnie żadna zawodniczka. 

To uczucie gdy nagle dopada Cię z tyłu, a następnie mija z oburzającą lekkością rywalka jest okropne. No nie cierpię tego, a parę razy miałam okazję być tak mijaną. A więc walczę sobie samotnie mając za sobą już połowę trasy.   Jakiś tam ścigaczek obudził się wreszcie we mnie. Za kolejnym spojrzeniem w tył niestety dostrzegam dwie sylwetki. No ktoś leci i jest szybki. Oby nie babka, myślę sobie. Za chwilę doganiają mnie Ci co byli z tyłu. Na szczęście to mój kumpel Piotrek i inny biegacz. Mamy motywację do szybkiego biegu - mówią - bo właśnie widzieliśmy 15 metrów od nas niedźwiedzia. Tadaam! Ja też niedawno biegłam tamtędy.  

Zmierzamy szybko do Kacwina, gdzie będą takie dobra jak przepak i worek z suchymi butami. Te buty to był mega pomysł, bo 2 kilometry przed punktem jest przeprawa przez rzekę, w którą wpadamy z pluskiem, jak nie przymierzając zziajane mustangi z prerii. Obsługa punktu w Kacwinie przemiła - każą mi jeść (pyyyyszna pomidorówka!), dają wodę, worek przepakowy, obsługa królewska. Czas jednak leci, więc po wypitej duszkiem zupie, zmieniam buty na takie z agresywnym bieżnikiem na błoto, oddaję worek i zmykam cała zadowolona, że tak szybko się uwinęłam. Jest dobrze. Piotrek i kolega jeszcze zostają żeby odsapnąć i zjeść. 

Nastaje czas błota. I czas ciemności. 

Szybko dociera do mnie jednak, że wcale nie jest dobrze i nie powinnam być bardzo zadowolona. Po pierwsze, Kalenji XT7, mimo że drapieżne od spodu, nie działają w tym błocie i rozjeżdżam się co krok ratując sprawę kijkami. Ach, dlaczego nie wzięłam Inov8 Mudclawów?! 

Po drugie .... ty tępa, roztargniona dzido! Nie wyjęłaś z worka zapasowych baterii do czołówki!  Jak mam przebiec około 6-7, a może więcej godzin na jednej czołówce? Dramat. Od tej pory nie myślę o niczym innym tylko o tym jak tu skołować zapasowe bateryjki, bo wracać na punkt przecież nie będę. Może jakiś sklep, jakaś stacja będzie.  Z mapy jednak wynika, że nie będzie. Może telefonikiem sobie poświecę. No w ciemnościach tego nie urobię. Wrzucam na głowę czołówkę, ustawiam tryb oszczędny i biegnę, póki widzę coś pod nogami. 

Po trzecie (najgorsze!), przyplątuje się do mnie piosenka i nie chce się dać zapomnieć. Pamiętacie film "Czekając na Joe", jak główny bohater nie mógł wyrzucić z głowy Brown girl in the ring śpiewanej przez Boney M. U mnie jest znacznie znacznie gorzej.  Absolutnie kuriozalnie siedzi mi w głowie fragment piosenki Mandalay śpiewanej przez ... Michała Bajora 20 lat temu. 

Uwaga leci to tak (jak ktoś chce posłuchać i zrozumieć mój problem): 

Szopa starej Godam w Mandalay / Siedem desek u zielonych mórz

To jest dopiero burdel, że aż hej/W kolejce pode drzwiami piętnastu czeka już

Na zegarek patrz, i raz, i wiej/Czy to jeden chłop jest w Mandalay

Dziwki są najlepsze, psia ich mać/ Grosz ostatni warto za nie dać 

Także tak to.

Niebawem dogania mnie Piotrek wraz z trzema innymi chłopakami. Sępię o chociaż jedną bateryjkę na zaś. Piotrek, dusza człowiek oddaje mi jedną swoją , a potem... zostaje ze mną, chociaż moc w nogach ma 10 razy większą niż ja. Mówi, że słabo, żebym sama gdzieś tu zaliczyła spotkanie z kolejnym niedźwiedziem, no i jak stracę oświetlenie to też będzie kiepsko, a tak to mogę się podczepić po jego światełko. Co za dobry chłop z niego. Od tej pory lecimy już do mety razem.  

Przed nami jeszcze jakieś 30 kilometrów drogi w błocie, deszczu i  ciemnościach. I legendarny Żar czyli super pionowe podejście, na które podobno w błocie prawie nie da się wejść. Rozwieszona jest tam nawet lina poręczowa do pomocy.  

Ja czuję że słabnę. Płacę właśnie za brak bardzo długich wybiegań i za być może za szybkie tempo przed Kacwinem. Gallołejuję czyli na zmianę marsz i bieg. Czasem biec się zresztą nie da, bo błoto ma konsystencję budyniu. Na punkcie w Łapszance wraca mi jednak doskonały humor, gdyż chłopak z obsługi pożycza mi swoją czołówkę!!! Złoty człowiek. Będę widzieć aż do mety, a na mecie będziemy gdzieś na 3 rano. 

Mijamy kolejne punkty - Trybsz, Dursztyn. Czekamy na Żar, a właściwie to on czeka na nas. Mocy u mnie coraz mniej, ale oto właśnie mijamy dziewczynę z naszego dystansu. Próbuje zrobić sobie wdzianko z folii NRC, bo mówi że strasznie zmarzła i przemokła. No nie wierzę, serio dogoniłam jakąś rywalkę? Teraz mam oczywiście spinkę, żeby to ona nie wyprzedziła mnie i mówiąc szczerze dodaje mi to sił. Staram się wykrzesać ze zmęczonych nóg, ile się da.

Żar jest faktycznie masakrycznie stromy, 150 metrów w pionie na 500 metrów trasy, ale o dziwo wcale nie śliski od błota i na kijkach idzie się całkiem stabilnie.  Co nie znaczy że lekko. Może lepiej, że jest ciemno i nie widzimy tego podejścia, bo mogłoby nam zryć psychę. 

Zostało już kilkanaście kilometrów do mety. Jestem na oparach, zmuszam się do biegu siłą woli. Jest mi głupio, że tak zamulam, bo widzę że Piotrek ma moc na konkretny bieg. Proponuję mu, żeby leciał i nie czekał na mnie, ale odmawia. Razem to razem, bezpieczniej.  No nie powiem - czuję się o wiele lepiej z nim, bo zawodników wokół nas nie ma żadnych - puchy na trasie. No i w biegu można pogadać, a wtedy czas leci znacznie szybciej. Kiedy biegnę, odliczam kroki, każdy zrobiony lewą nogą - do 200. Potem trochę marszu. I znów 200 kroków na lewą, czyli łącznie 400 na obie. Potem chwila marszu.

Pod koniec organizator Sławek zabawia się brzydko z nami zostawiając na drzewach śmieszno-kłamliwe tabliczki.  "Do mety ino 2 km".  A ponad kilometr dalej tabliczka "Do mety bliziutko - 1,5 km". Mija kilometr i trzecia tabliczka: "Do mety 1 km". Albo żartowniś z niego, albo działamy w jakimś innym systemie metrycznym.  

No ale dobra, oto jesteśmy na zapowiadanym ostatnim zbiegu do mety. Moc karmiona adrenaliną wróciła, tniemy, słychać i widać już miasto. I nagle ... skręcik w bok i pod górę. Jakie było to motto Janosika? Możesz więcej niż myślisz? Mogie, ale nie chce. Co z tego jednak, że nie chcę. Teraz to już muszę.  

Po górce jest już wreszcie ostatni zbieg - po błocie przez las, a jakże. Widzimy już metę, a mnie radość przepełnia od stóp do głów. 

Jest trzecia nad ranem. Zrobiliśmy 102,5 kilometra w 19 godzin i 58 min! Udało się złamać 20. Udało się nie złamać nogi. Zgodnie z tradycją obsługa mety nalewa nam po kielonku śliwowicy, a następnie łoi pasem po dupie. I wręcza ten pas na pamiątkę. Tak się zostaje Legendą (chociaż bez Rohatki ta legenda jest niepełna, ale wtedy o tym nie myślę). 


Ku swojemu zaskoczeniu jestem czwartą kobietą na mecie - kilka dziewczyn nie ukończyło, z powodu rezygnacji z biegu lub kontuzji. Wiem, że to nie był Janosik pełną gębą przez skrócenie trasy z powodu śniegu, ale niedosytu jakoś nie odczuwam. Jak ktoś chce się fajnie upodlić w klimatach tatrzańsko-błotnistych to polecam.  Widoki na pierwszej części trasy wynagradzają wszystko! 

ps. Moja czołówka Black Diamond Storm 300 wytrzymała w trybie oszczędnym 7 godzin. Black Diamond nie jest moim sponsorem.













   

   


   


 




piątek, 16 października 2020

Ultramaraton Bieszczadzki 2020 - między sportowym wkur..em a poezją



Do udziału w biegu górskim po Bieszczadach można podejść na kilka sposobów. Można zaplanować sobie wymarzony wynik i zasuwać patrząc uważnie pod nogi (bo korzenie, kamienie, błoto), żeby ten wynik osiągnąć. 

Można też pozostać w klimacie pewnej poetyckiej piosenki: 


Anioły są wiecznie ulotne, zwłaszcza te w Bieszczadach  

Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach 

One nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę 

I wtedy w nas się zapala wieczny bieszczadzki ogień.


Moje podejście do tegorocznego Ultramaratonu Bieszczadzkiego 52 km uplasowało się gdzieś pośrodku - pomiędzy sportowym wkurwem a poezją. 

Najpierw była poezja.... 

Próbując nie wykopyrtnąć się na kamienistych zbiegach i błotnistych ścieżkach kręciłam głową jak peryskopem łodzi podwodnej na wszystkie strony. No bo jak nie kręcić, skoro tu mgły wstające w dolinie, tam już przebarwiające się jesiennie niekończące zbocza gór i połoniny. Nawet zrobiłam zdjęcie, co mi się w zasadzie na zawodach nie zdarza, bo przecież szkoda czasu. Zachwycona gapiłam się wszędzie tylko nie za siebie, bo  bardzo nie lubię patrzeć na zawodach za siebie. A nuż zobaczę tam jakąś biegaczkę, która mnie dogania i się ciężko zdenerwuję. Lepiej już biec swoje bez stresu. 


Co ciekawe, krzywa sportowej motywacji rosła wprost proporcjonalnie do wzrostu zmęczenia. Zaczęłam bez przekonania. Bez wielkich oczekiwań. Wynik będzie jaki będzie, bez mocy jakaś taka jestem, Bizona w Supraślu przed chwilą biegłam, to sobie Bieszczady w truchcie pooglądam i będzie dobrze. Tylko tą koszmarną Hyrlatą trzeba urobić na 30-tym, a poza tym zapowiada się całkiem miła wycieczka. Tak to sobie wizualizowałam stając na starcie o 6:30 w Cisnej razem z Kasią i Arkiem.




Śmieszny był ten start covidowy. Wszyscy zamaskowani, a w ogóle to większość zawodników już pobiegła. W czasach pandemii nie może stać na linii startu więcej niż 250 osób, więc organizatorzy dzielą ludzi na fale, żeby tylko móc rozegrać zawody.  A zatem kupa luda była już na trasie Bieszczadzkiego, ale nic to, bo przecież mamy na nogach chipy. A chip to czas netto, więc może cię nie obchodzić, że ktoś zaczął ten bieg godzinę wcześniej, skoro i tak na wynik końcowy składa się czas między pierwszym piknięciem twojego chipa na macie startowej a ostatnim na macie mety. 

Smaczku tylko nabiera wyprzedzanie się na trasie, bo w sumie nie wiesz czy osoba, która cię dogania wystartowała równo z tobą (ok, jest trochę szybsza) czy może pół godziny po tobie (Oł noł, serio się tak guzdram tutaj?!). 

Co do covidowych zasad biegu muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy, która być może zaważyła na moim wyniku. Chodzi o żarcie. Parę dni przed biegiem psioczyłam na organizatorów, że na punktach przewidują tylko picie i całe jedzenie trzeba mieć ze sobą, a na innych biegach to punkty na wypasie. Co prawda w pakietach startowych miał być drobny prowiant, ale wyobrażałam sobie, że będzie to jeden batonik i może izo.

Ha! Odebrawszy pakiet w biurze ugięłam się pod jego ciężarem, a kiedy na kwaterze wyciągnęłam zawartość, okazało się, że mam na łóżku niezłe weekendowe zakupy jak z Biedry. Trzy batony, żelki, kabanosy, cukierki, krakersy, paluszki, 1,5 l wody, colę, izotonik i witaminę C. Pozostało odszczekać wszystkie złe słowa pod adresem  fundacji OTK Rzeźnik. Efekt oczywiście był taki, że zamiast skitrać połowę w plecaczku na bieg, sporą część pożarłam od razu w ramach carboloadingu. Na starcie stanęłam więc w stanie "glikogen wypełnia mnie" z plecakiem, w którym tkwił 1 baton i 2 izożele. W bukłaku miałam litr wody, a we flasku 0,5 litra Mountain Fuel. 

Strategia zła się nie okazała, bo pierwszy punkt żywieniowy minęłam lotnie, nawet nie myśląc o jedzeniu czy piciu. W sumie nieźle się biegło, bo brzuch był lekki, a jednocześnie nie czułam głodu. Początkowe poczucie zmęczenia powoli ustępowało i z każdą wyprzedzoną osobą coraz bardziej zaczynało mi się na tym biegu podobać. No ale 52 kilometry to kawał drogi. Wiedziałam, że spacerek to to nie będzie. 

Drugi punkt żywieniowy zrobiłam sobie również lotny jedząc 1/3 własnego batonika na 20-tym kilometrze raczej z czystego rozsądku niż głodu. W związku z tym w Roztokach na 28-mym km również nie skorzystałam z cateringu dochodząc do wniosku, że punkty żywieniowe są przereklamowane. Nogi już trochę czuły podejścia więc alternatywnie postanowiłam tam dostarczyć sobie energii muzyką. 

Nie wiem jak na Was, ale na mnie dobra muza działa jak EPO, jak żel z podwójną kofeiną albo świeżutkie bateryjki - po prostu daje mi kopa. Z punktu gdzie wsadziłam w uszy słuchawki wybiegłam więc w podskokach podśpiewując sobie "Give me fuel, give me fire" Metalliki. Było dobrze. Poczułam przypływ mocy i chociaż wymarzone średnie tempo poniżej 8:00 min/km jakoś nie chciało się pokazać na zegarku, coraz bardziej czułam, że mam niezły dzień na bieganie. Sporo osób już tutaj szło, a ja w truchcie czekałam spokojnie na pion Hyrlatej. 500 metrów w górę na 2,5 kilometra. Konkret. Ten konkret zniszczył mnie 5 lat wcześniej  na UMB w 2015 roku. Pamiętam że stawałam wtedy parę razy, żeby złapać oddech, miałam mroczki i totalny kryzys. Tym razem poszło znacznie lepiej - bez zatrzymania i wsłuchiwania się (dzięki głośnej muzyce) w swoje sapanie, dotarłam na szczyt i cisnęłam dalej.   

A teraz sportowy wkurw...

Z początkowego "niechcemisię" moje podejście do tego biegu przeszło bardziej w kierunku "cała naprzód" i coraz bardziej skupiałam się na tym co pod nogami i kto przede mną, a nie na widokach. Wyprzedzałam kolejne zawodniczki świadoma, że zaraz one mogą przycisnąć i wyprzedzić mnie, ale jakoś żadna spódniczka  się przede mną nie pojawiała. 


Znów poszła kolejna 1/3 batonika, ale czułam, że po żel trzeba będzie też sięgnąć, bo kalorie spalały się jak dzikie z każdą minutą. Wreszcie dotarłam na ostatni punkt odżywczy w Roztokach, gdzie zatankowałam tylko trochę wody i ruszyłam pod górę. Uch, wiedziałam, że podejście na Okrąglik może zniszczyć, szczególnie stroma w pieron końcówka i tu faktycznie poczułam słabość w nogach i płucach, ale heloł! na kogo się nie spojrzało dookoła - wszyscy emanowali słabością w nogach i płucach. Jedziemy na jednym wózku. 

Trochę mnie zmartwiła tabliczka informująca, że z Roztok do mety jest 11, a nie 9 km jak sądziłam i żadnym sposobem nie byłam w stanie wykoncypować dlaczego, skoro bieg ma mieć 52 km.  Jak się poźniej okazało miał mieć 52 km, ale Szefu Mirek dorzucił gratisowe 2 i zrobiło się 54 km. Oraz dodatkowe 300  metrów w pionie, senkju wery mać

No nic, gdy od mety w Cisnej dzieliły mnie już wartości jednocyfrowe poczułam się mentalnie lepiej - To już końcówka, daj z siebie ile możesz - mówiłam sobie. Zjadłam ostatnią 1/3 batonika, ale organizm domagał się jeszcze. Żołądek natomiast protestował. Ostatecznie wcisnęłam w siebie za Okrąglikiem jeszcze pół żela i to było wszystko, co mogłam mu zaoferować - zrobiło mi się niedobrze i nawet pojawiła się myśl o krzaczkach.  Na szczęście jakoś się obyło bez tego pitstopa. Zaczął się długi zbieg zakończony szaleńczym, stromym zlotem do Cisnej. Nigdy nie byłam gazelą w zbieganiu, raczej solidnym ruskim czołgiem na podejściach, ale czy to w efekcie dodatkowych ćwiczeń wzmacniających w Zdroficie czy po prostu silnej motywacji, czułam, że frunę w dół po tych korzeniach i kamieniach. 

Znów wyprzedzałam, ale jednocześnie modliłam się już o metę, bo jednak wskazówka zapasu energii nieuchronnie zbliżała się do zera. Oczywiście bałam się spojrzeć za siebie, żeby nie zobaczyć przypadkiem jakiejś goniącej mnie w podskokach osóbki, więc tylko zacisnęłam zęby i profilaktycznie leciałam, jak mogłam najszybciej do mety. Jeszcze tylko rzeczka na końcówce oferująca mycie butów z błota i wpadłam na boisko, a po chwili na metę, za którą zwaliłam się na ziemię jak przysłowiowa kłoda próbując złapać oddech.  

Uff, koniec zabawy, która trwała u mnie 7 h i 48 min. Porządnie pościgane, teraz można odpocząć i wreszcie coś zjeść konkretnego. Czas co prawda był daleki od wymarzonych 7 godzin, ale jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że jestem trzecia w kategorii wiekowej K40. To była prawdziwa nagroda za zmuszenie się do napierania.  Ostatecznie wręczyli mi statuetkę za drugie w wiekowej, bo nagrody się nie dublują, ale fakty są takie, że przybiegły przede mną dwie szybsze czterdziestki, a nie jedna.    




Trauma po UMB z 2015 roku została przełamana - tam byłam wrakiem od startu do mety. Tu czułam, że na trasie leciutko unoszą mnie w górę i kopią w tyłek dla rozpędu Bieszczadzkie Anioły. 


tekst piosenki: zespół "Stare Dobre Małżeństwo"





 




  





środa, 2 października 2019

Je-BUT-na ultra przygoda czyli relacja z Beskidy Ultra Trail 100 km




17 dużych zębów na profilu  grzebieniu. Kamienie, kamory, kamloty i kamyczki - duże, małe, wbite w szlak i luźne. Piony i mało poziomów. 100 kilometrów. I na to wszystko 25 godzin. Dlaczego ja się w ogóle na to zapisałam?