Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5 km. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5 km. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

wtorek, 16 września 2014

Kółko za piątkę, piątka na medal

W moim kieraciku na drodze do maratonu (yyy, to już tuż, tuż) nie planowałam ostatnio żadnych dodatkowych startów, ale tak jakoś wyszło, że dwa się napatoczyły dość spontanicznie i były naprawdę super.


wtorek, 20 maja 2014

Prace wysokościowo-szybkościowe

Nie ma to jak sobie wymyślić szybki start na piątkę i wolny start na 28,5 km w górach w odstępie tygodnia. Kierując się chyba bardziej fantazją niż rozumem tak właśnie zrobiłam i teraz nieźle się męczę ;-)



niedziela, 16 czerwca 2013

Lubię biegać po Ursynowie

Do Biegu Ursynowa mam sentyment od 2010 roku - w końcu to był mój pierwszy uliczny bieg z pomiarem czasu. Byłam wtedy takim zielonym ogórkiem, że nie wiedziałam nawet, czy wolno mi mieć na uszach słuchawki z muzyką :) Wtedy się to nazywało Interrun Warsaw, a ja zrobiłam swoją pierwszą życiówkę na 5 km czyli 25:08.

Rok temu znów zjawiłam się koło Multikina na Alei KEN, tym razem tworzącej dyszę, wzdłuż której występował mocny wmordewind na starcie. Było zimno, wietrznie, ale biegło się super. Znów założyłam zegarek pożyczony od syna - ten sam, który miałam na ręku na pierwszym Biegu Ursynowa, ale za często na niego nie patrzyłam, więc 23:21 na mecie powitałam z przyjemnym zdziwieniem.

W tym roku też zapisałam się na Bieg Ursynowa, bo uważam, że to jedna z fajniejszych warszawskich piątek:
- płaska
- jednopętlowa
- z atestem
- bez przesadnego tłumu (2500 zawodników vs. 5000 w Biegu Powstania)

I znów wzięłam zegarek Bartka - a co, niech tradycji stanie się zadość, a poza tym stwierdziłam, że  przynosi mi szczęście. No i faktycznie przynosi :)



Warunki były zupełnie inne niż rok temu - raczej gorąco i bez wiatru. Dzięki temu bez skrupułów  porzuciłam żarówiastą wielką koszulkę od orgów, bo po pierwsze,  jak odbierałam pakiet, to mogłam już tylko wybrać między męską L a XL, a po drugie wolałam mieć coś bez rękawów.


W spożywczaku zainwestowaliśmy w mrożoną marchewkę z groszkiem żeby schłodzić czerep i kark przed biegiem 

Ogólnie to szykowałam się na czas 22:35 - czemu taki - nie wiem, ale "porzucona" przez trenera sama musiałam sobie wymyślić, jak to 5 km pobiegnę i uznałam, że 4:30 będzie dobrym tempem na bieg. I takie też robiłam interwały na treningach: 400, 800, 1000, itp.  Szło różnie, bo w sumie biegania ostatnio za dużo nie było (więcej wspinania) więc nie byłam pewna, czy nie za ambitnie mierzę i nawet w dniu biegu stwierdziłam że jak zrobię 22:45, to też będzie cacy.

Garmina wziął Wojtek, który leciał na szybszy wynik, więc ja znów tylko z zegarkiem, ale w sumie tak chciałam. Oczywiście bez gps-a nie miałam pojęcia jakie mam tempo, aczkolwiek na pierwszym kilometrze mój czasomierz pokazał 4:12, a mi się biegło dobrze. Przestałam patrzeć na czas. Z fajną muzą na uszach starałam się biec równo, chociaż wiedziałam, że małe są szanse na to, żeby tak pociągnąć do końca. Goniłam Marcina z biegamblog.pl, i chociaż na czwartym byłam już blisko jego pleców, to zabrakło mi jaj albo pary w płucach do przyciśnięcia na końcówce :) Bo faktycznie po 4-tym byłam już na oparach. Usłyszałam doping Kasi, ale sił brakowało. Moje jedno ja szeptało "nie jest źle, życiówka pewnie będzie, więc możesz odpuścić". Moje drugie ja było na NIE "kobieto, przecież to wyścig, zaraz koniec, przyciśnij jeszcze trochę". Koniec końców wygrało moje trzecie ja, które kazało mi trzymać tempo zamiast dać z siebie wszystko na finiszu. Głupie trzecie ja :)

Niedaleko przed metą na zegarku zobaczyłam 21:43 więc łaskawie zafiniszowałam, ale wtedy to sobie mogłam. Bramę przekroczyłam z czasem 22:07 i godzinę potem jadąc do domu marudziłam Wojtkowi, że o rany, dlaczego nie przyspieszyłam i co za nędza, i dawać mi tu następną piątkę, to ją pobiegnę na maksa. Na osłodę zapisano mi 7-me miejsce w kategorii wiekowej, ale tu akurat z każdą dekadą będzie coraz lepiej, więc nie ma się co podniecać ;-) Wojtek też zrobił życiówkę i zanotował na pulsometrze 194!






Ogólnie to rzadko biegam piątki, ale za rok jestem znów na Ursynowie, jeśli zdrowie pozwoli - może tradycyjnie uda się urwać po roku minutę z wyniku (żarty, żarty!)

PS. fajnie jest widzieć co roku coraz więcej znajomych twarzy - tym razem był Leszek, (plecy) Marcina, Kasia i podobno ... Emilia, której niestety nie zauważyłam, ale ona mnie tak. Pozdrówki dla Was wszystkich!

sobota, 25 maja 2013

Biegacze to twardziele - mali i duzi

Gdybyście widzieli te buzie pełne determinacji, ten wykrok i pochylenie na starcie, bieg ile sił w nogach, a potem dumnie wypiętą każdą małą pierś z medalem. Kurcze, dla takich widoków wiele warto zrobić! To tyle tytułem wstępu, a teraz trochę chronologii ...


  Wiecie co czuje organizator-debiutant, kiedy w przeddzień jego leśnej imprezy biegowej od rana leje deszcz? A po południu dalej leje. Wieczorem to nawet się wzmaga i dobowy opad osiąga przeciętny poziom miesięczny w naszym kraju. Organizator może tylko mieć nadzieję, że do rana przestanie, ale rano pierwsza rzecz, którą słyszy, to walenie kropel o parapet.
Rano to się już załamałam - czy ktokolwiek przyjdzie na bieg? co robić - przenosić na inny termin? Puścić tylko dorosłych, bo jak tu dzieci w tym błocie i po śliskim? Nie doceniłam biegaczy - to twardzi ludzie, i duzi i mali.
W lesie klimaty typu Dolina Pięciu Stawów - co skok to chlup. Po naradzie i wizji lokalnej decydujemy, że idziemy vabank, wszystko szykujemy i czekamy na zawodników. Udało się nawet znaleźć zastępczą 150-metrową leśną ścieżkę bez kałuż - idealną pod bieg dla dzieci. Najpierw nadciągają wolontariuszki i wolontariusze - chwała im - z nieba się leje, ale nikt nie nawala i zespół jest w komplecie oraz gotowy do swoich zadań. Niedługo potem... proszę, idzie pierwszy mały zawodnik z mamą. A potem następni, i następni. Dzieci i dorośli. Ostatecznie z zapisanych osób stawia się dokładnie połowa - 45 osób (21 dzieciaków i 24 dorosłych). Co ciekawe jest 14 kobiet i 10 mężczyzn czyli nasz bieg to zupełne zaprzeczenie statystyk. A może właśnie świadomość, że nie trzeba będzie gnać na złamanie karku, a z drugiej strony, że nie będzie szansy się atawistycznie pościgać, powoduje że taki jest akurat stosunek płci.

Dorośli deklarują w biurze zawodów czasy jak uzyskają na 5 km, wszyscy dostają numery startowe i zaczynamy imprezę rozgrzewką dla dzieciaków. Są nakręcone na bieg i wygląda na to że pogoda zupełnie im nie przeszkadza.


Bieg dla dzieci polega na przebiegnięciu 3x najbardziej suchej ścieżki w lesie i dopadnięciu na mecie do Czarodziejskiego Worka pod Czarodziejskim Drzewem pełnego paczek ze słodyczami i owocami.


Tu nie ma medali za pierwsze miejsce. Wszyscy stają na podium, dostają medal i dyplom. Może kiedyś będą odbierać takie medale po maratonach, może któreś z nich stanie kiedyś na najwyższym stopniu podium mistrzostw - one mogą wszystko!



Czas szybko leci, teraz kolej na rozgrzewkę dla dorosłych i przygotowanie do startu. Przypominamy im, żeby pozbyli się zegarków, wyłączyli telefony i inne radary, bo to bieg, w którym trzeba liczyć na własne wyczucie. Dziś zadanie to jest wyjątkowo utrudnione - to Bieg na Czuja z przeszkodami w postaci giga-kałuż zmuszających zawodników do zbiegania ze ścieżki i omijania jej fragmentów brzegiem lasu. Odliczamy od 10 i start - poszli!



 Rozpiętość deklarowanych czasów spora - od 21 do 40 minut.  Pierwszy zawodnik wpada metę już po niecałych 22 minutach. W takich warunkach! Pytam kolegę, jaki ma czas na asfalcie i słyszę: "Nie wiem, nie biegłem jeszcze". O niebiosa! Następna jest dziewczyna, Blogaczka Dota zresztą :) Jest nie tylko druga pod względem tempa, ale ma również drugi pod względem zgodności z deklaracją wynik. Potem przybiegają kolejni. Po 45 minutach wszyscy już są na mecie i zliczamy czasy. 


W międzyczasie podchodzi do mnie chłopak "Sorry, czy ja już mogę iść? Jakoś mailem może wynik przyślecie". Namawiam, żeby został, bo za 10 min. będzie wiadomo, ale mówi, że ma obiad. W końcu ogłoszenie wyników - wszyscy dostają medale, zdobywcy pierwszych trzech miejsc nagrody, brakuje tylko osoby na najwyższym stopniu podium. Okazuje się że poszła na obiad :) Nagrodę dostanie pocztą.



Podsumowując, nasz bieg będący jednym z 650 biegów w ramach akcji Polska Biega 2013 można chyba uznać za sukces. Duzi i mali biegacze nie przestraszyli się deszczu (przynajmniej połowa z nich) i stawili się żeby w trudnych warunkach sprawdzić swoje siły w imprezie "Wawer Biega od Dziecka". Dzięki moi drodzy - jesteście wielcy!


 Z mojej strony chciałam ogromnie podziękować też za całą, wielką robotę, jaką wykonała, mojej koleżance-współorganizatorce Ani. Ania przebojem wdarła się w łaski Urzędu Dzielnicy Wawer i pana naczelnika wydziału sportu i pozyskała go jako współorganizatora. Poza tym dziękuję właśnie panu naczelnikowi - Radosławowi Ziółkowskiemu, księdzu Konradowi z Zerzeńskiej Parafii, sklepowi biegowemu Sport-Guru za kupony i nagrodę, oraz oczywiście wolontariuszkom i wolontariuszom: Sylwii, Eli, Izie, Ani, Magdzie, Bożenie, Karolinie, Uli, Michałowi, Jerzykowi, Wojtkowi, Bartkowi i Andrzejowi za wielkie zaangażowanie i pomoc (byliście świetni, bez was by to nie wypaliło!).

Akcja Polska Biega jutro się kończy, ale wygląda na to że to chyba nie był ostatni Bieg na Czuja w Wawrze :)
Duża galeria z biegu dostępna TUTAJ

środa, 1 maja 2013

Wawer biega od dziecka


25 maja w wawerskim lesie robimy bieg dla dzieci i dorosłych! Trzeba ruszyć z kanap mieszkańców Wawra i oderwać dzieciaki od komputerów.

 Jaki bieg? Już wyjaśniam.

24-26 maja 2013 r. to weekend akcji Polska Biega. Co roku w taki weekend odbywa się w kraju mnóstwo biegów organizowanych przez małe kluby, samorządy albo nawet samych biegaczy. Zdarzyło mi się już kiedyś zorganizować bieg w ramach tej akcji – w zasadzie mikrobieg z udziałem 5 osób, co fotoreporter wysłany z Gazety przyjął z pewnym zawodem, ale i rzekłabym, rozbawieniem. W każdym razie na zdjęciu w Gazecie byliśmy, z podpisem „najmniejszy bieg akcji”.  Korciło mnie, żeby w tym roku znów zadziałać, bo lubię takie akcje – ale tym razem trochę zwiększyć skalę. Wydarzenia, jakie potem nastąpiły, przeszły moje oczekiwania, gdyż nastąpił efekt kuli śniegowej.

Pomyślałam że fajnie by było zrobić 2 biegi podczas jednej imprezy:

- dla dzieci - Bieg do Czarodziejskiego Drzewa na ok. 400 m polegający na dobiegnięciu do drzewa obwieszonego/obłożonego owocami i słodyczami oraz

- dla dorosłych – bieg na 5 km  - prawdopodobnie w formule Biegu Na Czuja, czyli nie wyścig, ale bieg na wyczucie tempa, gdzie wygrywa ten, kto będzie najbliżej deklarowanego czasu.

Wspomniałam o tym koleżance działającej w Stowarzyszeniu Otwarte Drzwi w Wawrze, a ona tak się zapaliła do pomysłu, że wkręciła w udział to Stowarzyszenie, działającego w nim księdza z lokalnej parafii, a potem jeszcze nawiązała kontakt z Urzędem Dzielnicy Wawer.  W efekcie robimy bieg na ponad 200 osób, z dofinansowaniem z Urzędu i parafii!

Urząd pożyczy bramę startową, nadleśnictwo otworzy szlabany na biegowej ścieżce, ksiądz z ambony wezwie wiernych do startu ;-), a sklep biegowy Sport-Guru, który przyjął ofertę współpracy, obiecał dać zawodnikom kupony rabatowe. Dofinansowanie przyda się na medale dla dzieci, słodycze i wodę dla zawodników. Jak się okazuje, chęci do zrobienia czegoś fajnego są o wiele większe niż parę lat temu i myślę, że możemy liczyć na naprawdę sporo zawodników. Niestety musimy ustalić limit biegaczy, bo w końcu nie jesteśmy agencją na miarę Sport Evolution, która robi imprezy na tysiące osób. Ogarnąć 150 dorosłych i setkę dzieci w lesie i tak może nie być łatwo, ale spróbować warto. Grupa znajomych zadeklarowała chęć pomocy przy obsłudze, więc musi się udać! 

Informacje o zapisach na bieg już w przyszłym tygodniu :)

poniedziałek, 30 lipca 2012

Między biegami

No to przede mną ponad miesiąc odpoczynku. To znaczy tylko od startów, bo raczej nie od biegania, wspinania i innych działań. Przedwczoraj pobiegliśmy z Wojtkiem na 5 km w Biegu Powstania Warszawskiego, a na 16 września zapisaliśmy się na Półmaraton w Tarczynie.
A w międzyczasie luzik ;-)  zaplanowane mam biegi spokojne, raczej długie i raczej pod górkę/z górki. Trzeba jakoś przygotować ciało i umysł na 21 km.
Mniej będzie treningów szybkościowych, chociaż przebieżek "nie rzucim", żeby nie zamulić nóg powolnym człapaniem.  Za to będzie gorąco, ponieważ od niedzieli biegać będziemy znów w Palekastro na Krecie, tam gdzie stacjonowaliśmy rok temu.

Pierwszą konkretną duchotę podczas biegu mieliśmy już przedwczoraj. Niestety jak słupek termometru wspiął się na ponad 30 stopni rano, to jakoś do późna skubany nie chciał opaść i po raz pierwszy biegłam ten "powstańczy" bieg w upale. Jak zwykle było jednak bardzo fajnie pod względem oprawy, mimo że biegnąc nie zwracałam uwagi na żadne inscenizacje ani małych powstańców, więc to raczej były atrakcje dla kibiców. Odśpiewałam za to ze wzruszeniem Rotę (bardzo lubię ten moment przed Biegiem Powstania W.)

Co do samego biegu, na życiówkę raczej nie liczyłam - nogi były cały dzień ołowiane i nawet siedzenie w wannie z zimną wodą przed wyjściem na bieg nie pomogło :)  Ciągle było mi gorąco. Z lekkim wyrzutem sumienia zrezygnowałam nawet z zielonej koszulki przydzielonej przez orgów - sorry, ale to nie na takie temperatury ten Crafcik.



W końcu Wojtek mnie ochrzanił, że jak mówię, że nie zrobię życiówki to pewnie jej nie zrobię i co to w ogóle za podejście, przecież trzeba walczyć. No dobra, to zebrałam się w sobie i powalczyłam. Stanęliśmy w miarę blisko startu, bo późno skończyliśmy rozgrzewkę na Bonifraterskiej i weszliśmy do kolumny startowej od frontu. Po strzale oczywiście przepychanka, ja wyprzedzam, mnie wyprzedzają, ale potem się ustabilizowało. Moje tempo też było w miarę stabilne. Wykończył mnie czwarty kilometr na Wisłostradzie i jednak górka przed metą, gdzie musiałam odpędzać myśli typu "a może by się na sekundkę zatrzymać".  O tu widać jak biegłam:


Normalnie nie biorę na zawody pulsometru, ale tym razem chciałam sprawdzić swój HRmax. Oficjalny czas netto wyszedł ciut lepiej niż z Garmina, bo 23:55, co dało mi 15-te miejsce ogółem wśród kobiet (tu szok!) i 6. miejsce w kategorii wiekowej K-30. Natomiast max mojej pikawki to 187 uderzeń. Jest wreszcie punkt odniesienia.
Rewelacyjnie pobiegł mój utalentowany biegowo mąż. Znów zrobił życiówkę i tym razem walnął 21:51! O 10 sek. lepiej niż na Biegu Ursynowa - szacun, respekt i "szapo-ba". Muszę przyznać, że jego wyniki mocno mnie samą motywują do tego, żeby się nie opierniczać tylko tyrać na treningach :)

Nasz kochany kibic, ja i Wojtek, który dał z siebie wszystko  
No dobra, ale "piątki" za nami -  co tu zrobić, żeby wrześniowy Tarczyn nie zakończył się na tarczy? :) W końcu to ponad 21 km. Nie biegam nic powyżej 13 km ostatnio, więc chyba czas na longi i to częściowo w zakładanym tempie ok. 5:30. Marzy mi się czas 1:50, ale czy się uda? W każdym razie życiówkę chyba zrobię, bo w mojej jedynej dotychczasowej połówce uskuteczniałam marszobieg pokontuzyjny, więc czas miałam 2:27. Treningi w Grecji na pewno się przydadzą, gdyż będzie hardcorowo pod względem pofałdowania terenu i temperatur, a podobno, im więcej potu na treningu, tym lepsze wyniki na zawodach. Co prawda nasz cel wyjazdu to windsurfing i tego biegania tak strasznie dużo nie będzie, chyba że (cholera) nie powieje. Jedno jest pewne, coraz więcej tego sportu na wakacjach, więc coraz mniej można pić wieczorami, jeśli jakaś forma ma być. A retsina albo piwko Mythos tak dobrze wchodzi, ech.. ;-)

sobota, 2 czerwca 2012

To nie miało prawa się udać :)

a jednak się udało - zrobiłam życiówkę na Biegu Ursynowa!
Ale po kolei: Tydzień temu pobiegłam piątkę w Ekidenie. Bardzo się starałam i motywacja była, że hoho, jednak wynik tylko o 9 sekund lepszy niż rok wcześniej czyli 24:50.  Może to ten upał, może podbiegi na Kępie Potockiej, a może po prostu to jest moje tempo i wyżej ... nie podskoczysz - o, tak sobie myslałam.
Tydzień później czyli właśnie na 2 czerwca radośnie zaplanowałam sobie kolejny start na 5km, więc miałam cichą nadzieję że tu lekko się poprawię - może do 24:30, albo nawet (tak marzyłam) do 24:15. Pobicia życiówki (23:57) nie brałam nawet pod uwagę.

We wtorek porobiłam interwały 6 x 3 minuty w tempie 5:00, w czwartek wypluwając płuca ganiałam z Wojtkiem po górkach w Falenicy i tyle by było trenowania przed Ursynowem. Za to doładowałam sobie na ściance - niedługo wypad w skałki i mam tam coś zawalczyć, więc konkretnie męczyłam bicepsik, przedramię i paluchy.  Ostatni trening wypadł wczoraj i przez ponad godzinę wymyślałam sobie różne buldery - głównie na siłę palców, bo jak wiadomo nasza Jura to drogi głównie po dziurkach i bez "szpona" nie porządzisz ;-) Wyszłam jak już nie miałam siły utrzymać w rękach nawet butelki z Nałęczowianką.
 
Zmęczenie rozjechało mnie jak walec pod wieczór, a w planach były jeszcze Ursynalia! Slayer, Chassis i przede wszystkim Limp Bizkit, ktory był naszym głównym celem. Niestety, line-up festiwalu bezlitośnie wskazywał że na Limpa poczekamy sobie do godz. 23:30. Jak podsumowałam zmęczenie po wspinaniu, godzinę koncertu i zaplanowany na sobotę Bieg Ursynowa to stało się jasne, że umieszczając w moim kalendarzu wszystkie te 3 wydarzenia obok siebie w odstępach kilkunastu godzin musiałam być chyba w innym wymiarze, albo doznałam zwarcia na łączach.  

Koncerty były za to super. Przyszliśmy jak grął Slayer, trzęsąc wszystkimi oknami w akademiku i okolicznych blokach. Po wstępnych przesłuchaniach na Youtube stwierdziłam niedawno, że chyba nie wyrobię na Slayerze i schowam się gdzieś w kiblu albo bufecie, ale atmosfera koncertu live mi się udzieliła i ogólnie uznałam, że ... coś w tej muzyce jest ;) SLAYER KURCZE!  ((sic!) takie grafitti pojawiło się wczoraj koło nocnego na bloku na przeciwko SGGW gdzie był koncert.)
Potem zagrał Chassis - polski zespół hm... rockowo-metalowy, zwycięzcy konkursy kapel. Też dawali radę. A przed północą na scenie pojawił się wreszcie Limp Bizkit i zapodali takie granie, że już nawet przez chwilę nie żałowałam, że tam jestem.

Fot. SoWwa

  Do domu dotarłam o 2 w nocy po paru godzinach stania, podrygiwania i machania łapami, a rano stwierdziłam, że ledwo trzymam się na nogach. Niewyspana, zmęczona. I ten wiatr! Pogoda na deskę a nie bieganie. Marudzeniom nie było końca.

Przed 12-tą na miejscu biegu piździawica jak w kieleckim. Rozgrzaliśmy się jednak na tyle, że się rozebrałam do t-shirtu, chociaż wstępnie miałam biec w 2 warstwach. Spotkałam jeszcze na krótko przed startem Emilię, a potem Marcina, no i ciach - poszło! Tym razem zaczęłam dość wolno. Było pod wiatr. Wojtek-torpeda poleciał do przodu, Pawła plecy też oglądałam przed pierwsze 1,5 km i miałam już myśli, żeby odpuścić tę nierówną walkę i toczyć się statecznie do mety. Ale nóżki zaczęły się kręcić i jakoś to szło. Ciekawe, że nie miałam Garmina, bo Wojtek zabrał, a nie widziałam oznaczeń kilometrowych aż do 4-tego km. A zatem był to trochę bieg na czuja.

Zdawało mi się że znów jakieś 25 min mnie czeka w tabelce wyników, ale kiedy zobaczyłam że na 4-tym jestem przed 19-tą minutą, dotarło do łepetyny, że nie jest źle - "postaraj się jeszcze tylko 5 minut", powiedziałam sobie. No i jakoś dociągnęłam, a stoper pokazał .... nie wierzyłam w to... pokazał 23:22. Jak się okazało oficjalnie wyszło 23:21 netto czyli poprawa życiówki o 36 sekund, ale moich czasów z ostatniego roku o 1,5 minuty. Lalalala! Normalnie nie piję, ale dziś to po prostu własnie raczymy się czerwonym Bordeaux, bo jest co świętować. Wojtek na przykład pobiegł piątkę w 22 minuty czyli o 2 minuty !!! lepiej niż Bieg Konstytucji. Zdrowie wszystkich tu obecnych!

ps. Zapomniałam dodać że zarąbali mi koszulkę z długim rękawem Biegnij Warszawo po biegu :( Kibicująca koleżanka mi ją oddała, położyłam ją na trawie i odeszłam robić poniższą fotkę - po paru minutach jak wróciłam już jej nie było :(  Sorry że tak podsumuję ale "oto Polska właśnie"
 

wtorek, 29 maja 2012

Sztafeta - to lubię !

OK, to jeszcze ja od siebie parę słów o Ekidenie. Co Blogacz to inna relacja, ale każda pełna entuzjazmu dla imprezy i nie może być inaczej, bo było naprawdę super. Znowu!

Jesli o mnie chodzi to było zmiennie - najpierw chciałam biec, więc się zgłosiłam do Bartka - Kapitana.

Nasz Skipper z Emilią i Michałem

Potem wyszły na jaw jakieś moje cholerne problemy zdrowotne nr 1500-100-900 czyli tyłozmyk, zrotowane kręgi i coś tam. W związku z powyższym się wypisałam, bo Blogacze się szykowali na bicie trójki, a ja co najwyżej na wizytę u osteopaty. W końcu jednak na Biegu Konstytucji okazało się, że mogę biegać, co prawda nie za szybko :), ale wyrozumiały team Blogaczy przyjął mnie z powrotem, mimo moich ostrzeżeń, że mogę zamulać na trasie.

Pozostało przygotować HR-maxowe koszulki i trenować. Oba te działania szły opornie, ale jakoś dało radę i zameldowałam się 27 maja rano na Kępie Potockiej. Miejsce też było dla mnie zaskoczeniem, bo byłam wcześniej pewna, że znów bieg odbędzie się na Polach Mokotowskich, co wiązało się z nadzieją na płaską trasę i lepszy wynik niż rok temu (24:59). Tu jednak okazało się się, że trasa jest ciekawa, ale nie płaska. To znaczy niezupełnie płaska, więc i wynik był niezupełnie lepszy (24:50).  Może byłoby lepiej gdybym:

-   lepiej się rozgrzała (Hanka przybiegła tak szybko ze swojej zmiany, że się zestresowałam brakiem czasu i zamiast zrobić na rozgrzewce planowy kilometr wolno, a potem z pół kilometra przebieżek polatałam całe 7 min wokół niebieskich tojtojek,  nie chcąc się oddalać od strefy zmian, a moje przebieżki były znikome. Potem zaś tkwiłam w boksie zmian czekając na pałeczkę od Krzyśka i podskakując z nogi na nogę, żeby chociaż trochę rozruszać mięśnie :)

Ewa i Emilia w boksie :)

- nie biegła na ssaniu (no cóż, pożywne śniadanko zjedzone o 7 rano nie wystarczyło na bieg koło południa, ale z drugiej strony byłam tak nabuzowana i rozgadana, że nie przyszła mi do głowy nawet wycieczka do baru po batona. Zamiast tego piłam izotonik i wodę, więc przynajmniej byłam jako tako "nasączona")

- nie wystartowała za szybko (Wiem, na co mnie stać obecnie i jest to raczej 4:50-55 na odcinku 5 km. Pierwwszy kilometr poszedł w 4:45 i biegło się fajnie, ale koło trzeciego zaczęło być nerwowo - trasa zaczęła się dłużyć, oddech robić coraz głośniejszy,  bidon Bartka coraz cięższy, a co gorsza nie za bardzo mogłam się napić, bo co go otworzyłam zębami, to przy zbliżaniu do ust się zamykał - normalnie chińska tortura)

- gdyby było trochę zimniej :)

Ogólnie jednak nie ma co marudzić, biegło się super, dzięki imiennej koszulce dostałam fajny doping od nieznajomych na trasie: "Ewa dawaj , jest moc!" i czułam że biegnę po coś, że jest coś zupełnie innego w tej walce niż podczas pozostałych imprez biegowych. Ściskałam pałeczkę, która musiała jak najszybciej znaleźć się przy mojej pomocy za metą i wiedziałam, że aż 5 osób pracowało na wynik i dawało z siebie wszystko, więc i ja nie mogę zamulać. Na ostatniej prostej wyciągnęłam rękę tak daleko, jak się da zyskując cenne tysięczne sekundy ;-)

Dalej dalej ręko Gadżeta!

i prawie skonałam za metą.

I'm dying!

Trójki nie pobiliśmy, ale z pewnością każdy nas przyłożył się na tyle, ile mógł do wspólnego zadania i to było piękne.  I przede wszystkim poznałam sporą grupę pozytywnie zakręconych nowych biegaczy-Blogaczy, z krwi i kości, co jest dowodem na to, że jednak istniejemy naprawdę :)





fotoserwis: Blogacz - mąż - Wojtek Siwoń

piątek, 4 maja 2012

Bieg był krótki....

więc relacja też będzie krótka. "Zaszalałam" i na mój pierwszy start w tym roku wybrałam dystans Biegu Konstytucji czyli 5 km - mając w głowie wszystkie cholerne kontuzje, które mnie po kolei dopadały. Powiem tak, szykowałam się trochę, ale nie liczyłam na wiele. Treningi były 3x w tyg. - z nowości, biegi w tempie okołoprogowym czyli jak dla mnie 4:55-5:05 przez 4 min z 1 min przerwy, poza tym trochę spokojnych, trochę rytmów. Ogólnie po zobaczeniu trasy pogodziłam się z tym, że na zegarze może być >26 min. Temperatura w dzień startu utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Jak widać jednak adrenalina startowa dodaje skrzydeł i udało się trochę szybciej czyli 25:08.



Grubym błędem było nie zabranie na trasę wody, chociaż wczesniej miałam taki plan. Usychałam od pierwszego do ostatniego kilometra. W gębie uczucie jakby mi ktoś język wytalkował albo nalał kleju. Ile bym dała chociaż za mokrą gąbkę do wyssania. Myślałam podczas biegu o Maratonie Piasków - że oni tam mają milion razy gorzej ;-) ale susza mnie pokonała. Na szczęście tuż za metą wlałam w siebie pół litra Powerade'a.

A takie miałam wizje na trasie :)


Co do reszty ekipy - bo startowaliśmy w trójkę - ja, mąż i kumpel debiutant, to panowie spisali się super. Wojtek wpadł na metę z czasem 24:09 czyli życiówka, a kolega 26:08 czyli też świetnie jak na debiut i bieganie od paru miesięcy zaledwie.  W sumie to na mecie pojawialiśmy się regularnie co minutę (24:09, 25:08 i 26:08) :)))



Nie wiem co na to mój kręgosłup, ale ciii.... na kolejnej piątce koniecznie muszę trochę urwać :)

ps. podziękowania dla Hanki z rodziną, która mignęła mi w Ujazdowskich, za doping dla biegaczy :)