Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieloetapówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieloetapówka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lipca 2023

Relacja z wyprawy solo w Pireneje Katalońskie: Parc Natural del Cadí – Moixeró

 


Zawsze to samo – na miesiąc przed wylotem radość i ekscytacja, a na tydzień przed nerwy, motyle w brzuchu, nie dam rady, ciche modlitwy, żeby mi nogę urwało albo chociaż samolot odwołali. A potem dojeżdżam na miejsce, zakładam plecak i zanurzam się w szlak. I jest pięknie i wspaniale. Znika strach, znika niepewność, jest tryb „zadanie” i niecierpliwość, chęć poznania nieznanego. Tak było i tym razem – na mojej czwartej już wyprawie solo.

Tym razem za cel wybrałam sobie Pireneje Katalońskie zwane też Pre-Pirineos – a konkretnie górski rejon zwany Parc Natural de Cadi –Moixero. Początkowo planowałam łatwy szlak w pobliżu Barcelony (GR 5 Sendero de los Miradores), ale jako górski freak i mistrzyni działań pod tytułem „wybieram to trudniejsze, może mnie nie zabije” zmieniłam tę trasę na szlak GR150 właśnie w Cadi i Moixero. To serducho mi podpowiedziało, żeby jechać tam, bo góry są wyższe (do 2600 m npm) leci przez nie trasa zawodów biegowych Ultra Pirineu i dlatego, że zobaczyłam tam pewien szczyt, który po prostu mnie zaczarował. Nazywa się Pedraforca.


Pominę już szczegóły perypetii z terminem wyprawy.  Napiszę tylko, że najpierw miał być czerwiec, ale ulewy w tym rejonie skłoniły mnie do przebukowania biletu na lipiec. Niestety (a może stety, o czym później) karma wróciła i w środku lata w Hiszpanii załapałam się wszystkie zjawiska pogodowe.

Napiszę trochę o przebiegu wyprawy i o tym, co zabrałam na nią, jak nawigowałam, gdzie spałam, itd.

Dojazd i powrót

W góry dotarłam przez Barcelonę. Najpierw lot Ryanairem, a następnego dnia 2,5-godzinny przejazd pociągiem linii R3 (za 12 EUR) z centrum Barcelony do miasteczka Utrx-Alp, skąd ruszyłam na szlak.  

Wracałam z kolei autobusem dalekobieżnym ALSA z miejscowości Baga. Kosztuje więcej – 20 EUR, ale jedzie do Barcelony 2 godziny.

Przebieg szlaku

Oficjalnie cały szlak GR 150 zwany Circuito del Cadi lub Volta de Cadi-Moixero ma kształ pętli i ok. 150 kilometrów długości oraz 6600 m w górę. W tym rejonie przebiega też znany szlak Cavalls de Vent który ma 87 km i z pewnymi modyfikacjami stanowi trasę ultramaratonu Salomon Ultra Pirineu.

Chociaż planowałam najpierw tylko GR 150 i odcinek górski GR 150.1, ostatecznie trasę trochę zmodyfikowałam, dołożyłam odcinki i wyszło 187 km i 8800 m w górę. W sumie teren Parku poznałam od podszewki z wyjątkiem fragmentu w pobliżu stacji narciarskiej La Molina (może wrócę tam w zimie). Pętli nie zamknęłam bo powrót autobusem był z innego miejsca niż start. Trochę biegłam, więcej szłam, mając na plecach początkowo około 8 kg, ale ogólnie było light & fast. Całość podzieliłam na 6 etapów.

Etap 1. (Utrx Alp – Refugi Prat d’Aguilo) 28,5 km / +2010 m

Etap 2. – Refugi Prat d’Aguilo – miasto La Seu d’Urgell 43 km / +1500 m

Etap 3. - La Seu d’Urgell – Camping Fornols 30 km / +1415 m

Etap 4. - Camping Fornols – Refugi Luis Estasen 25 km / +1317 m

Etap 5. - Refugi Luis Estasen – Refugi Casa Gresolet 33,5 km / +1920 m

Etap 6. - Refugi Casa Gresolet – Camping Bastareny 27 km / +860 m


Zaczęłam na małej stacji kolejowej w Utrx-Alp z której przejście na szlak prowadzi przez krzaki. Zadanie wstępne polegało na wbiciu się z miasteczka (1180 m) na grań (2100 m npm) i dalej w drogę. Tego dnia i w kolejne przemieszczałam się na zmianę przez lasy, góry i odkryte hale/łąki z widokami na piękne doliny i szczyty. Moimi znacznikami były biało czerwone kreski na drzewach, słupkach lub kamieniach, a gdzieniegdzie układane z kamieni kopczyki.





Ogólnie byłam w tych górach sama – pewnie też dlatego, że robiłam szlak w środku tygodnia, bo w sobotę trochę ludzi się pojawiło. Jednak sądząc po zarośnięciu jego fragmentów (pokrzywy, trawska, brak śladów ludzkich butów) nie jest to mega popularna marszruta. Zamiast ludzi za to często towarzyszyły mi krowy. Pierwszy raz mina zrzedła mi pod koniec pierwszego dnia, gdy na moim single tracku pojawiły się 3 wielkie krówska w kolorze cappuccino.  Ani to obejść ani przeskoczyć. No nie czułam się na tyle wyluzowaną pastuszką, żeby wkroczyć między nie dziarsko wymachując kijkami więc skończyło się na przedzieraniu się przez jakieś krzony z pajęczynami, żeby jednak zachować bezpieczny dystans. Ech miastowe ludzie, krowy się bojom! 


Potem spotykałam ogromne stada prawie każdego dnia i uwierzcie, że jeśli w dolinie jesteś tylko ty i 150 krów z cielaczkami oraz pasący się 10 m ode mnie wielki czarny byk z rogami, można poczuć się deczko niepewnie.

Co prawda lokalesi zapewniali mnie że krowy są przyjazne, jak podchodzą to dlatego, że liczą na to, że dam im lizawkę solną (WTF?!) ale starałam się nie robić zbliżeń. Moje spocone ciało było pod koniec dnia jedną wielką lizawką solną, ale jednak bardziej widział mi się prysznic w refugio niż bycie wylizaną przez wielkie szorstkie jęzory katalońskich krów.

Noclegi

Apropos prysznica i noclegu – plan był na 3x camping  i 3 x refugio, ale z powodu ulewy drugiego dnia skończyło się na dwóch campingach i 4 nocach pod dachem. Trochę powymyślałam sobie od miękiszonów a potem na szybko weszłam na booking i znalazłam blisko campingu hostel za 32 eur ze śniadaniem. Proszę Państwa, to był bardzo dobry ruch.  Po dotarciu do La Seu d’Urgell lunęło tak, że chyba by mnie zmyło z tym namiotem do rowu. Ogólnie campingi są fajne, ale górskie refugia to dopiero mają klimat.  Nawet jeśli kwaterują cię w 8 osobowej sali z 4 paniami i 3 dziadkami, którzy po zgaszeniu świateł zaczynają Chrapando w D-dur i C-moll. Od czego jednak ma się szczelne zatyczki do uszu.




Tak więc nocowało mi się bardzo przyjemnie w refugiach, mogłam tam pogadać z człowiekami swoją łamaną hiszpańszczyzną, mimo że to Katalonia. Wszystkie które odwiedziłam były wspaniałe, schowane w otoczeniu gór. Równie wspaniale smakowała w nich mała, zimna Estrella z widokiem na szczyty. Kiedy siedziałam sobie nad nią i nad mapą po całym dniu wędrówki czułam że robię to, co kocham (czyli walę browka z widokiem na góry :D).

Nawigacja na trasie

Miałam na każdy dzień track gpx w zegarku garmin 945 i jeszcze back-up czyli trasę wgraną do aplikacji Locus Maps w wersji offline. Mimo tego czasem musiałam robić mocne rozkminki, którędy się przedzierać. Szlak GR 150 nie zawsze jest dobrze oznakowany. Gdybym liczyła tylko na znaczki na drzewach, każdy dzień trwałby o wiele dłużej. Trasę przygotowałam sobie jak zwykle w aplikacji plotaroute.com którą uważam za genialną, a potem przerzuciłam pliki gpx do garmina i Locusa.   Ponieważ plotaroute mam i w kompie i w telefonie, podczas wyjazdu siedząc na skwerku byłam w stanie w 15 minut wyrysować sobie nową modyfikację, przegrać ją i podążać wg nowego tracka. Może puryści się oburzą – a gdzie tradycyjne mapy? Gdzie nawigacja wg słońca i mchu na drzewach?

Zostawiam ją dla purystów – zapewniam Was że mój system był niezawodny i bardzo go polecam. Aczkolwiek mapę papierową też miałam i parę razy pomogła, ale raczej przy planowaniu niż nawigowaniu. Zmiana jaką zrobiłam w stosunku do poprzednich wypraw, to ubieranie mojego telefonu w wodoodporne etui podczas deszczu. Dzięki temu dało się bez problemu operować na zabezpieczonym pod folią ekranie.


Ludzie

Kiedy decydujesz się na solo wyprawę, samotność na szlaku musisz wliczać w koszty. Jakoś tak zawsze wybieram niezatłoczone miejsca i tak było praktycznie na wszystkich wcześniejszych wycieczkach – i na Lofotach i w Kornwalii i w Szwajcarii. Tym razem chyba jednak przesadziłam – szlaki gór Cadi Moixero są prawie kompletnie wyludnione. Jeszcze bliżej punktów widokowych i parkingów albo w kluczowych miejscach parku kogoś tam się spotka, ale większość trasy przemierzyłam mając za towarzystwo samą siebie i wspomniane krowy.

Za to w schroniskach mogłam sobie pogadać. Poza jedną nieprzyjemną babą w Gresolet, która z miną jakby chciała mnie wykopać na dwór, odmówiła podania mi prostego dania z karty bo akurat gotowała dla grupy, wszędzie byli super mili i przyjaźni ludzie. W Prat d’Aguilo chłopak z obsługi wcisnął mi rano do ręki zawiniątko z suszonym mango. Energia! – powiedział, a potem pokazał dalszą drogę. W hostelu pogadałam przy śniadaniu z rowerzystą, który tak jak ja przemierzał Cadi Moixero tyle że na dwóch kółkach. Refugi Luis Estasen też prowadzą przemili ludzie – m.in. Jordi, który zrobił dla mnie mistrzowskie katalońskie kanapki z oliwą, pomidorem i serem. 


Z kolei właścicielem Refugi Gresolet jest Jessed Hernandez. Jak powiedziałam, że biegam po górach, to zaczęliśmy gadać i gadaliśmy godzinę. Okazało się że jest zwycięzcą jednej z edycji Ultra Pirineu i wielu innych biegów, ma tytuł mistrza świata w Skyrunningu, a dodatkowo jest kumplem Kiliana Jorneta od dzieciaka. Takiego to miałam rozmówcę.

Tak więc niby sama, a do kogo odezwać się było. Ale oczywiście wrażenia i zachwyty na trasie mogłam wymieniać tylko ze sobą.

TOP 6 widokowych miejsc w Cadi-Moixero:

  • widok ze szczytu Pedraforca i widok z dołu na tę górę
  • łąka Prat de Cadi
  • hala, na której stoi Refugi Prat d’Aguilo

  • droga na przełęcz Coll de Creus (ścieżka geologiczna z czerwonymi skałami)

  • droga na szczyt Comabona i płaskowyż na górze z pasącymi się tam kozicami i końmi

  • małe wioseczki z kamiennymi domami (Ansovell / Cava / Fornols)


Pogoda

Deszcz i burza dopadły mnie parę razy. Tym razem wzięłam ze sobą nie plastikową pelerynkę z kiosku tylko mega fajne poncho Ultra Sil Nano poncho Sea to Summit, które narzucałam na siebie i plecak oraz, co było kluczowe, wodoodporne etui na telefon. 


Gdy zaczynałam słyszeć grzmoty i błyskało się, robiłam hop do poncha, telefon do etui i szłam dalej. Raz tylko  postanowiłam przeczekać wypatrując miejsc, gdzie mogłabym się schować.  Niestety to nie był rejon wielkich drzew – kiedy zaczęło ostro padać, wlazłam pod niewielką choinkę.  Deszcz zamienił się w ulewę, szlak w rwący potok, grzmoty dudniły mi nad głową i nagle zerwała się wichura. No dobra  - bałam się. Pogoda postanowiła jednak powiedzieć jeszcze raz sprawdzam i po chwili na łeb zaczął mi lecieć konkretny grad. Spokojnie, to przejdzie – mówiłam sobie. I przeszło po 40 minutach. Poncho nie przemokło. Ostatnie dwa dni z kolei to był absolutny upał i gdybym miała tak przez cały pobyt to byłoby słabo. Już ten deszcz lepszy.

Jedzenie i picie

Mój zapas startowy na dzień  to było 1,4 litra w dwóch butelkach po 700 ml. Jestem w stanie pić bardzo mało na trasie, chociaż wiem, że to niezbyt zdrowo. Niestety w malutkich pueblach, przez które przechodziłam z reguły nie było ani sklepu, ani baru ani czynnego kranu z wodą. Pamiętam, że w jednym zobaczyłam restaurację, serce uradowało się, bo w butelkach zostało wody na dnie, a potem odczytałam notkę na kartce: Zamknięte na wakacje (WTF!). Udało się na szczęście kupić colę na końcu tej wsi w małym hotelu. Dwa razy taniej niż w schronisku!

Jadłam to co zabrałam z domu czyli liofilizaty a na śniadania owsiankę z bakaliami i orzechami,  zalewane wodą, raz nawet ciepłą z łazienkowego kranu. 2 x w refugio kupiłam bocadillos – kanapki z oliwą i pomidorem oraz serem a raz z tortillą. Pycha! W ciągu dnia wsuwałam batonika i trochę słonych orzeszków.

  Nuda? Samotność?

 Każdy dzień był inny i pełen wrażeń. Na przykład trzeciego  dnia najpierw wypadła mi z kieszeni czapka. Czapka i hiszpańskie lato (nawet chwilami deszczowe) to zestaw obowiązkowy, więc niewiele myśląc schowałam plecak w krzakach i popędziłam w jej poszukiwaniu. Niestety kiedy po 2 km jej nadal nie było, zawróciłam. I tu niespodzianeczka – a gdzie to mój plecak leży? W których krzaczkach? Ano nie wiem. Ej no bez jaj, czapkę mogę sobie darować, ale cały ekwipunek wyprawowy to przesada. Nie zamierzałam zostać pustelnikiem gór Cadi-Moixero żywiącym się korzonkami, więc było lekkie miotanie się ale w końcu zobaczyłam niebieski materiał schowany za krzakiem, uff!



Miałam też dużą dawka adrenaliny podczas wchodzenia na Pedraforcę, bo namówiona przez ludzi ze schroniska wybrałam trasę ze wspinaczką przez Col de Verdet (niby tylko scrambling, ale jak robisz to w samotności mając pod sobą kilkaset metrów skał, to ciśnienie lekko skacze). Warto było jednak dla widoków i tej radości, jaka mnie ogarnęła na szczycie.

**** 

Tak więc kolejna wyprawa w stylu light&fast zaliczona i kolejny raz mogę powiedzieć, że było super. 6 dni włóczenia się po górach – 187 kilometrów, prawie 9 tys. m w górę. To lubię i to mnie kręci! Tak sobie jednak myślę, że jeśli za rok pojawi się opcja zrobić coś takiego w duecie to chętnie. Bo coraz mniej mi chodzi o wyczyn, a coraz bardziej o wspólne doświadczanie i emocje. A w większym gronie zawsze jest to fajniejsze.

wtorek, 3 listopada 2020

Korona Beskidu Niskiego na biegowo - Dzień 3.

Niedziela, 25 października - (Baranie, Wysokie, Jaworzyna Konieczniańska, Rotunda, Kozie Żebro,  Ostry Wierch, Lackowa)

Dystans: 44 km    

Przewyższenie: 2310 m


Tego ranka czekał na nas prezent w postaci zmiany czasu na zimowy - czyli śpimy dłużej, hurra! Myślicie, że skorzystaliśmy z niego? Hehe, nic z tych rzeczy. Zegarki zostały nastawione na 5 rano nowego czasu czyli 6 starego i znów po porannym rytuale trochę na śpiocha jeszcze wyruszyliśmy w szarzejącym dniu po kolejne perły w Koronie. 

Żeby nie było za przyjemnie i za łatwo, na ostatni dzień zostawiliśmy sobie najwięcej, bo aż siedem szczytów i to z wyjątkiem jednego, najwyższych. Dodam, że nocleg planowany był już w Warszawie, więc jeszcze czekało nas po całej akcji 400 kilometrów do domu. 

Na początek pobiegaliśmy po... 

BARANIE (754 m npm) 

Start robimy z Olchowca żółtym szlakiem, więc przed nami 5 km do szczytu, ale łącznie 11,5 km bo chcemy dobiec górą do Przełęczy Mazgalica, a potem zbiec do Huty Polańskiej. Arek ma nas z tej Huty odebrać i szybciutko (podkreślam słowo: szybciutko!) przewieźć pod kolejny szczyt.  

Szczyt okazuje się całkiem ciekawy. Leży na nim przewrócona wieża widokowa i stoi absolutnie wypasiona wiata, a w zasadzie chatka dla turystów, w której można zabiwakować. Po obowiązkowej fotce dziarsko mkniemy w dół do miejsca spotkania z Arkiem mijając jeszcze po drodze kamienny kościół pw. św. Jana z Dukli i pasące się stado koni. 











A na dole, w umówionym miejscu Arka ani śladu. Podobnie jak zasięgu. Drepcząc asfaltem po płaskiej drodze do Polan próbujemy się z nim skontaktować, ale chociaż każdy z naszej czwórki ma innego operatora komórkowego, u nikogo telefon nie pokazuje ani jednej kreski. Pukamy nawet w desperacji do jakiejś agroturystyki prosząc o możliwość skorzystania ze stacjonarnego. Gospodarz telefonu nie ma, za to daje nam hasło do swojego wifi. Nic to jednak nie daje - zero kontaktu. W obecnych czasach to budzi oburzenie, a pomyśleć, że kiedyś gdy nie było komórek, taki brak komunikacji nikogo nie dziwił. 

W każdym razie czas na zdobycie kolejnych szczytów topnieje w oczach, a my błąkamy się po wiejskiej drodze.  W końcu Sebastian łapie zasięg (niech żyje Plus!). Okazało się, że Arek dysponujący mapą papierową ma zaznaczony inny punkt zbiórki niż my w naszych trackach! Jedna kropka w złym miejscu na mapie, a półtorej godziny w plecy! 

WYSOKIE (657 m npm)

Wreszcie nasz bolid po nas zajeżdża i ruszamy zdobywać Wysokie od strony wsi Żydowskie. Dwa kilometry do szczytu z przewyższeniem ok. 200 metrów. W sumie to się dziwiliśmy, dlaczego do Korony został wybrany szczyt o wysokości tylko 657 m skoro jest tyle od niego wyższych, których w Koronie nie ma. Jeśli jednak Korona Beskidu ma uwzględniać też walory widokowe, to po pierwszych dwustu metrach jest jasne, skąd ta decyzja. 

Na Wysokie prowadzi ścieżka przez łąkę skrajem lasu i jest tam przepięknie, bo po lewej stronie rozciąga się panorama gór, a widok ze szczytu jest po prostu super de luxe. 








Szkoda że musimy szybko wziąć d... w troki i stamtąd spadać. Jeszcze nie jesteśmy do końca świadomi, że prawdziwa wyrypa zaczyna się dopiero teraz i przed nami pięć mocnych konkretów. Żeby dotrzeć tam jak najszybciej, VW Sharan zamienia się nawet na chwilę w terenówkę i forsuje bród z kołami do połowy w wodzie, bo to jest najszybsza trasa. 


JAWORZYNA KONIECZNIAŃSKA (881 m npm)

Tymczasem zaczyna lać, a przed nami wyrasta pierwszy z konkretnych konkretów. Jest mokro, zimno, błotniście, cienko z czasem i stromo pod górę - Beskid Niski mówi Sprawdzam! My natomiast robimy poker face i bez wahania wdrapujemy się na szczyt... ci co bez kijków chwilami nawet używając wszystkich kończyn (Kasia! Seba idzie na czterech!). 






Ostatni odcinek na tę Jaworzynę jest naprawdę totalnym pionem. Szczyt jest raczej z tych nieciekawych, zalesiony, więc dalej w deszczu biegniemy do Regietowa. 

ROTUNDA (771 m npm)

Ach jak miło wrócić na GSB. Rotunda i Kozie Żebro to dwa szczyty leżące na czerwonym szlaku a zarazem na trasie Łemkowyny Ultra Trail. Co ciekawe, chociaż biegłam tamtędy prawie w ogóle ich nie pamiętam. Co te zawody robią z człowiekiem, że leci jak w amoku po górach. A zatem hajda w piątkę na Rotundę. Na szczycie znów oglądamy robiący duże wrażenie cmentarz wojenny z charakterystycznymi krzyżami. Mgła dodaje aury nostalgii i tajemniczości.








Po drodze na dole mijamy za to grupkę ludzi piekących sobie kiełbaski pod wiatą, ale chociaż głód ściska nam już trochę brzuchy i strasznie im zazdrościmy (no my dwie z Kasią reprezentujące opcję wege - trochę mniej) to jesteśmy skazani na batony i kanapki, bo tempo, tempo, tempo..... 

 KOZIE ŻEBRO (847 m npm)

Z tego samego punktu startu czyli Regietowa ruszamy tym razem na Kozie Żebro. Coś tam pamiętam z zawodów, że jest stromo. Hehe, ano jest. Niezły test dla łydek i reszty mięśni nóg, nie mówiąc o płucach. Na górze oprócz tabliczki z nazwą szczytu wisi jeszcze przyczepiona do drzewa taka kartka: 



Zbieganie z Koziego naprawdę wymaga czujności, szczególnie po mokrych liściach. Padać w zasadzie przestało, ale marzymy o czymś ciepłym do jedzenia, bo batoniki straciły swoją atrakcyjność. Okazuje się, że niedaleko jest zajazd, gdzie można nabyć na szybko zupę. Co prawda nie zjesz jej jak człowiek przy stoliku, bo są covidowe obostrzenia, ale istnieje opcja na wynos. I tak to siedząc w samochodzie udaje nam się wreszcie wciągnąć po miseczce czegoś rozgrzewającego przed ostatnimi dwoma szczytami. W planie jest zrobienie ich za jednym zamachem, bez zbiegania do auta. 

OSTRY WIERCH (938 m npm) 

Pod Ostry zajeżdżamy jeszcze za dnia, chociaż coraz bardziej szarego, więc czołówki w gotowości. Wiadomo, że niestety oba szczyty będziemy robić po ciemku. I faktycznie, po mniej więcej 30 minutach już trzeba świecić. Sprawy nie ułatwia totalna mgła, a rozpraszające ją światełka czołówek powodują, że poruszamy się momentami po omacku. Dowodem na to niech będzie fakt, że Artur i Seba przebiegają przez szczyt w ogóle go nie zauważając, ale na szczęście Kasia zauważa i robimy 17-te zdjęcie szczytowe. 

Moje skojarzenia z horrorem, które miałam na Kamieniu nad Jaśliskami nie są wcale takie bezpodstawne. Po powrocie dokopuję się do informacji, że z Ostrym Wierchem wiąże się historia o samobójcy: "Powiesił się pewnego razu syn właściciela huty szkła. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem pochowano go nie na cmentarzu, lecz w miejscu gdzie granice Bielicznej i Huty Wysowskiej zbiegały się z granicą węgierską, czyli właśnie na Ostrym Wierchu. Wkrótce nieboszczyk zaczął pokazywać się kobietom zbierającym w lesie grzyby. Mieszkańcy wsi złożyli się po dwie korony i sprowadzili z Tatr bacę - czarodzieja. Dopiero jego magiczne praktyki sprawiły, że zmarły przestał prześladować żywych"

Dobrze, że biegnąc tamtędy po ciemku, jeszcze nie wiedziałam że w Beskidzie Niskim miejscami straszy :). 




LACKOWA (997 m npm)

Czas na ostatni akord! Lackowa - najwyższa w całym Beskidzie Niskim. Z najstromszym zejściem. I na największym zmęczeniu. Szlak każe nam niestety zbiec 300 m w dół, a potem znów prowadzi ostro w górę. Już nam wszystko jedno czy wbiegamy prosto w błotniste kałuże czy też obok. Czuję się dość abstrakcyjnie, jak sobie pomyślę, że oto właśnie jest niedziela, godzina 18. Większość ludzi siedzi w ciepłych domkach spokojnie kończąc weekend, a tymczasem my miotamy się w ciemnościach po mokrym, kamienistym szlaku gdzieś w dzikim Beskidzie Niskim, 400 km od domu.  Ale w sumie... tak trzeba żyć! Żeby się działo. Ja przynajmniej to uwielbiam.   


Wreszcie w okrzykach radości witamy tabliczkę z napisem Lackowa. Mamy to! 18 z 18 szczytów zdobyte! Teraz tylko trzeba zbiec do Izb. Żebyśmy dobrze zapamiętali tę wycieczkę ostatni fragment szlaku prowadzi nas tzw. ścianą płaczu. To jedno z najstromszych podejść (w naszym przypadku zejść) w Beskidzie i w dodatku usiane kamieniami, płytami skalnymi i korzeniami. Na szczęście radość z ukończenia Korony dodaje nam energii i robimy to w dobrych humorach.  

I wreszcie finisz. W oddali majaczą światełka naszego support-busa i słychać już Arka. 


Link do filmu: https://youtu.be/Bbgt7ZZMJog

Udało się! Koronę Beskidu Niskiego zrobiliśmy w czasie 2,5 dnia pokonując ok. 120 km i 6000 m przewyższenia. To był piękny projekt. Zapuściliśmy w absolutnie dzikie i odludne ścieżki, spotkaliśmy mnóstwo zwierzyny i tropów (w tym niedźwiedzi) za to prawie zero ludzi. Nie pogardziłabym odrobiną słońca, które dodałoby uroku jesiennym zboczom, ale zamglony Beskid też ma swoją magię.  

NA KOŃCU CHCIAŁAM TEŻ PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM UCZESTNIKOM NASZEJ WYPRAWY - Kasia, Artur, Seba, Arek! Stworzyliśmy razem super zgrany team i realizacja tego  projektu w Waszym towarzystwie była czystą przyjemnością. Mam nadzieję, że zrobimy też w przyszłym roku jakąś fajną biegową akcję w takim składzie! 
 

A teraz trzeba zgłosić się po odznakę do PTTK Jasło i... planować kolejne wyrypy.

Korona Beskidu Niskiego - Dzień 1. relacja TUTAJ  
Korona Beskidu Niskiego - Dzień 2. relacja TUTAJ





niedziela, 1 listopada 2020

Korona Beskidu Niskiego na biegowo - Dzień 2.



 Sobota 24 października - (Cergowa, Piotruś, Góra Polańska, Tokarnia, Kanasiówka, Kamień nad Jaśliskami)

Dystans: 50,2 km 

Przewyższenie: 2190 m

O 6 rano w sobotę Nowy Żmigród tonął jeszcze w ciemnościach i oddychał spokojnym snem jego mieszkańców. Tylko na kwaterze przy ulicy Piaskowej grupka wariatów piła kawę, naciągała leginsy i pakowała do plecaków batoniki, żeby zaraz ruszyć na kolejne szczyty Korony Beskidu Niskiego. Było jasne, że jeśli chcemy się wyrobić z dzisiejszym zestawem górek, to trzeba zrobić szybki wypad z ciepłych wyrek. Jak się okazało, to był dobry pomysł, bo jak to zwykle bywa, nawet na najlepiej zaplanowanych wyprawach  następują zdarzenia całkiem nieplanowane. Tak było i tym razem.

CERGOWA (716 m npm)

Zaczynamy zgodnie z rozpiską od Cergowej znanym większości biegaczy górskich z zawodów Łemkowyna Ultra Trail.  Cergowa, ty suko! Tak pisałam w relacji z ŁUT 150, bo ta góra dała mi wtedy popalić jak cholera. Nastawiamy się wszyscy na krew, pot i łzy, tymczasem Cergowa wchodzi całkiem gładko, bo na świeżo i w chłodku, a nie upale, jak było podczas zawodów w 2018 roku. Na górze fota i pakujemy się jeszcze na szczyt drewnianej wieży, na co nie ma nigdy czasu na zawodach (co za widoki stamtąd, ulalala!) 








po czym spadamy żółtym szlakiem na Piotrusia. Tym razem towarzyszy nam jeszcze Ilona, która przyjechała z Leszkiem i ich synkiem wspierać nas w projekcie Korona BN i też się trochę poszwendać po tych górach. Jak się okazuje ich obecność ratuje nam w pewnym momencie projekt. 


PIOTRUŚ (727 m npm)

Dla mnie góra Piotruś to mistrz i odkrycie wyjazdu! Piękny, techniczny szlak prowadzi na ten szczyt i z niego, a na górze biegnie się trochę fajną grańką. Nie wiem przypadkiem, czy nie występuje tu jakieś promieniowanie, bo po drodze mijamy takiego kalibru grzybki. 


Jedyny minus to cholerne strzyżaki jelenie czyli gryzące, latające robactwo, które atakuje nas po drodze przez wilgotny, zacieniony las. Włażą niestety we włosy, albo pod koszulkę i musimy się od nich ciągle oganiać. Ohyda! 




Kiedy zbiegamy ze szczytu Piotrusia na spotkanie z naszym driverem Arkiem, dostajemy od niego telefon, że jest zonk. Jadąc po nas trafił na ruch wahadłowy, a że było pod górkę, to włączył ręczny, który mu się właśnie zablokował. Nasz support stoi więc uziemiony na drodze (dodam, że to VW Sharan, więc nie ma opcji przenioski) i blokuje ruch, a za nim wściekle trąbią i wygrażają kierowcy tirów. 


Artur, który jest właścicielem tego auta, szybko zaczyna telefoniczne konsultacje z mechanikiem, ale zdalnie nie da się nic zrobić. Projekt wisi na włosku - od kolejnych szczytów dzielą nas długie kilometry. I wtedy na pomoc przybywają Leszek i Ilona, którzy swoją furą przewożą nas najpierw do Arka, gdzie zostawiamy właściciela samochodu Artura, a potem resztę ekipy na kolejny szczyt z listy.   

GÓRA POLAŃSKA (737 m npm)

Mamy z godzinkę w plecy przez awarię wozu, więc bez zamulania zasuwamy na kolejny szczyt. To jedyny z Korony Beskidu Niskiego, na który nie prowadzi znakowany szlak turystyczny. Owszem jest tam szlak Kurierów Beskidzkich Jaga-Kora, ale typowych paseczków, żółtych czy też zielonych po drodze nie ma. Biegniemy więc sobie najpierw drogą do miejsca zwanego Polany Surowiczne, a stamtąd zaczynamy wspinaczkę łąką i przez las na szczyt. Na dzień dobry wita nas na dole ścieżki taka karteczka: 


No cóż, zaciągam suwaczek mojej czerwonej jak płachta torreadora kurtki i dziarsko idę pod górę. W błocie widzimy nagle gigantyczne ślady kopyt, a trochę ponad nami na skraju lasu stoi.... 

- Buhaj! - krzyczy Seba. 

Ewakuujemy się na drugą stronę wąwozu, zastanawiając się na ile zdeterminowany może być buhaj przy przepędzaniu intruzów zakłócających spokój jego i jego krowiego haremu. Na szczęście okazuje się nie być bardzo zdeterminowany. Za chwilę mijamy jeszcze jedną powodującą głębsze przełknięcie śliny tabliczkę







ale bez przeszkód docieramy na szczyt Góry Polańskiej, skąd rozciąga się piękny widok. Szkoda że jest pochmurno, bo ponoć można stamtąd zobaczyć Tatry przy dobrej pogodzie. Zbiegamy w dół przez łąkę, lukając na boki, czy nie spotkamy kolegi buhaja, bądź rzeczonych drapieżników, aż do drogi przy Chacie Elektryków, skąd ściąga nas Ilona i zawozi szybko (bo przez obsuwę czasową pojawia się już pewna presja) na kolejną górę, którą jest...  

TOKARNIA (778 m npm)

Bleeee, wybraliśmy sobie chyba najgorszy szlak na Tokarnię - z Wisłoka Wielkiego.  Przed nami parę kilometrów wijącego się w górę asfaltu i szutrówki. Nuda byłaby totalna, gdyby nie to, że u wylotu szlaku znów wisi tabliczka z informacją, że w pobliżu są miśki, a my w połowie drogi słyszymy w lesie po lewej niepokojąco głośny szelest. Jakby jakieś DUŻE zwierzę się przemieszczało. Czas zacząć głośno śpiewać - to działa podobno najlepiej. Chwilę potem przez drogę przebiega nam stado - jeleń i banda łań. 

Dobra, łanie przebiegły, znów nuda, koniec asfaltu, początek zrywki i zwózki drewna, więc teraz dla odmiany pod nogami mamy klejące się błoto, aż wreszcie wchodzimy na łąkę prowadzącą na szczyt Tokarni z wieżą nadajnikową. Znamy te rejony - leci tędy szlak GSB i w związku z tym trasa Łemkowyny. Szczyt jest widokowy, ale nadal nie mamy farta do pogody i panorama jest zamglona. 

Zbieg w dół po asfalcie w moich Inov8 Mudclaw nie grzeszących amortyzacją to najmniej przyjazny moment tej wycieczki. Na szczęście okazuje się, że nasze auto, które w końcu pojechało do Krosna na lawecie, jest już sprawne i Artur z Arkiem zaraz do nas dołączą. Hurra i wielkie uff! 




KANASIÓWKA (823 m npm) 

Spokojna, nietrudna wędrówka z Wisłoka Górnego doprowadza nas żółtym szlakiem na szczyt, na którym... nie ma szczytu.  To znaczy według Locus Maps i inych apek właśnie na nim stoimy, ale tabliczki ani śladu. Już chcemy robić sobie zdjęcie po prostu na rozwidleniu szlaków, ale w końcu wbiegamy jeszcze w płaską ścieżkę prowadzącą na południe i po 300 metrach, nie wznosząc się ani o metr, docieramy do tabliczki "Kanasiówka". Mamy to! 





Ściemnia się powoli, więc teraz dzida w dół i przed nami ostatni akord dnia (już wiadomo, że znów będzie robiony po ciemku) czyli ...


KAMIEŃ NAD JAŚLISKAMI (857 m npm) 

Na Kamień prowadzi świeżutko wytyczony zielony szlak z okolic Gutkowej Koliby. Czołóweczki i w drogę. Na pierwszych metrach mijamy się z parką, która schodzi z Kamienia i zapewnia nas, że ścieżka na sam szczyt jest doskonale oznaczona niebieskimi trójkątami. Idziemy, biegniemy, skaczemy przez błoto, dochodzi 19 i to jest nasza dwunasta godzina w trasie. Ech, nikt nie mówił, że będzie lekko. 

Nagle zaczynam dziwnie się czuć, nogi jakby odmawiają posłuszeństwa, mówiąc szczerze, trochę się słaniam. Nawet pojawia się myśl, że może ja odpuszczę ten szczyt i sobie po drodze na resztę poczekam. Dociera jednak do mnie, że jestem mega głodna i po prostu brak mi paliwa. Połówka batonika od Kaśki stawia mnie na nogi i radość życia oraz moc jako tako wraca. Tymczasem niebieskich trójkątów nie widać, chociaż szlak już opada w dół. Decydujemy się iść na dziko, na azymut w kierunku szczytu. Nagle docieramy do ścieżki z trójkątami i stamtąd już jak po sznurku wdrapujemy się na stos kamieni ułożony na szczycie Kamień :) 

Uff, ostatnia góra tego dnia za nami, teraz tylko zbiec. Biegnę ostatnia i nagle, po raz pierwszy w życiu odkąd biegam po górach łapie mnie schiza i umysł podpowiada tylko jedno - film Blair Witch Project. No żesz! Co mi odbiło, żeby o tym myśleć. Ciągle mam wrażenie, że ktoś biegnie za mną i na pewno zaraz zarzuci na mnie siatkę albo wciągnie w las. To chyba z tego głodu mam omamy. Próbuję za wszelką cenę odpędzić bzdurne myśli, ale przynajmniej moc w nogach zdecydowanie wraca i na wszelki wypadek trzymam się blizutko Kasi i chłopaków. 


Wreszcie po 20-tej, zrypani i ubłoceni docieramy na kwaterę w Jaśliskach. 11 szczytów z 18 za nami. Budziki ustawione na piątą nowego czasu. 

Korona Beskidu Niskiego - Dzień 1. - relacja TUTAJ

Korona Beskidu Niskiego - Dzień 3. - relacja TUTAJ