Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontuzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontuzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2020

Moja pięta achillesowa czyli kontuzja przyczepu ścięgna do pięty - przyczyny, leczenie, aktywność w trakcie i powrót do zdrowia

Hm, myślałam że mój pierwszy wpis na blogu po kontuzji będzie o bieganiu, ale w sumie ludzkości (bynajmniej nie tej, która wkurwia, tylko tej biegowej) bardziej chyba się przyda garść informacji jak sobie poradzić z naderwaniem przyczepu ścięgna achillesa do guza piętowego. 

środa, 7 października 2015

sobota, 7 grudnia 2013

Obecna!

Tyle czasu nie pisałam, że aż mi Blogger wyparował z najczęściej odwiedzanych stron w przeglądarce. To chyba o czymś świadczy :)



poniedziałek, 18 listopada 2013

Kłamstwo ma krótkie nogi ...i otejpowane

Ha, oszukałam, że koniec roztrenowania! Roztrenowanie, a raczej nibytrenowanie trwa dalej. I co gorsza za chwilę zacznie się niebieganie.
W tym tygodniu będę jeszcze bardziej "niebiegać" niż ostatnio, bo wreszcie pojawił się ktoś, kto po prostu dał mi szlaban i już.


wtorek, 19 marca 2013

Moc żubra


Uwaga pierwsza ostatnia prosta! 
do Półmaratonu Warszawskiego - 6 dni
do Maratonu Orlen - (na szczęście aż) 34 dni

Co słychać u mnie? Ogólnie to BZ, biega się:

run-log.com

W tym tygodniu będzie się biegać oczywiście trochę mniej, bo ruszył pierwszy tapering przedstartowy przed niedzielnym mroźnym 21,1 km. Kicha z tym mrozem - na koniec marca to jakieś przyzwoite parę na plusie powinno chociaż być, a tu co? Nie dość, że minus to jeszcze wiatr. Będzie walka na moście i tam gdzie odsłonięte.
W sumie to całą zimę przebiegałam w mrozie, śniegu i wietrze, więc w panikę nie wpadam, ale jednak "Nie lubię" tego.  I nie wiem, jak się ubrać :) A może znów w sukienkę jak 2 lata temu?

W ostatni weekend pohasaliśmy za to po puszczy. Miał to być weekend z relaksem i SPA w  Białowieży, więc rozpoczęliśmy go z Wojtkiem od 19,5 km wybiegania po lesie ;-)


W sobotę rano ruszyliśmy w ostępy licząc, że wytropimy żubra. Białowieża to jednak nie preria, a my nie Apacze, więc nic nie wytropiliśmy. Jakiś miły pan powiedział, że obejrzeć go można sobie za 8 złotych w Rezerwacie Pokazowym czyli lokalnym zoo, ale czy my dzieci, żeby do zoo chodzić? Było za to pięknie - mróz, śnieg po kostki, słońce i majestatyczne drzewa. Zamiast żubra trafiliśmy w lesie na tabliczkę o takiej treści:




Żubry? Miejsce mocy? Znaczy się będzie z tego moc żubra - lecimy. Niestety w Miejscu Mocy napotkaliśmy tylko drewnianą budę, drewnianą tablicę z wyjaśnieniem, o co biega w tej mocy i nic poza tym. Napisali że jak się dobrze ustawić, to czuć wibracje i moc przybywa, ale jakoś mi nic nie wibrowało.


Zaczął mnie natomiast znów boleć dół brzucha i się ledwo dowlokłam do mety. Jak już pisałam wg USG mam przepuklinę. Ale.. wg lekarza od  przepuklin, do którego potem poszłam, nie mam żadnej przepukliny :) Pan doktor zasugerował, że to może jednak mięśnie i w ten sposób wróciłam do punktu wyjścia. Problem polega na tym, że cokolwiek by to nie było, boli podczas i po biegu i już.
Bardzo się nastawiłam na ten Półmaraton, więc go pobiegnę, ale przed Orlenem muszę ustalić o co tu chodzi, żeby mi na 30-tym kilometrze odwłok nie odpadł na przykład.  Cieszę się na tę Połówkę - to będzie moja druga prawdziwa (czyli biegnięta) po Tarczynie.  Planodawca zalecił biec szybciej o 15 sekund na kilometr niż na ostatniej we wrześniu, więc jeśli się uda, to wynik powinien być bardzo OK. A jak mnie łupnie w spojeniu, to znów przejdę do marszu :(  W każdym razie stanę za zającem (a może króliczkiem ;-) o imieniu Iza, która będzie prowadzić na 1:50. Mocy żubra - przybywaj!

A na koniec zagadka - czym się różni żubr od żubronia?

Stadko się grzeje w słońcu

Żubron jaki jest, każdy widzi 


Jak się łatwo domyślić ze zdjęć, jednak poszliśmy do Zoo za 8 złotych, bo bardzo chciałam zobaczyć jak żubr czeka na polanie :)

czwartek, 7 marca 2013

Górki i dołki


Uwaga! Komunikat Wawerskiego Centrum Odcinania Centymetra:
do Półmaratonu Warszawskiego - 17 dni
do Maratonu Orlen - 45 dni

Treningi robię grzecznie bez mrugnięcia, kilometry stukają, co widać na obrazku:

run-log.com

 * Te 29 km tygodniowo to uśredniony dystans za cały okres od kwietnia 2012. Teraz tygodniowo wychodzi mi koło 60 km.

Nawet pierwsze w życiu wybieganie 28-kilometrowe było przyjemnym doświadczeniem. Przez 2h 45 min słuchałam sobie audiobooka. Ale, kurteczka, czas leci nieubłaganie.

Co gorsza, robiąc dzisiejsze bieganie w Wiewiórkowie czyli Parku Łazienkowskim okupowanym przez hordy rozleniwionych wiewiórek) żegnałam się w myślach z wiosną, bo oto proszę Państwa nadchodzi ZIMA :(  Ja wiem, że w marcu jak w garncu i te sprawy, ale są jakieś granice przyzwoitości. A tu prognoza mówi, że przed nami 5 dni śniegu i mróz. Oczywiście biegacz nie mazgaj i żadna zima go nie powstrzyma, ale dziś było już tak miło, bezczapkowo  i cienko-warstwowo. No cóż, uwaga, będę dosadna:



Tymczasem wracając do mojej niby-kontuzji przyczepów mięśnia prostego brzucha, o której pisałam,  już wiem, co mi jest. Bóle nie ustąpiły, więc zrobiłam wycieczkę na USG i wyszło szydło z worka, a właściwie to z nie szydło z worka tylko pętla jelitowa (co wrażliwszych przepraszam). Mam przepuklinę pachwinową skośną :(
   
Tego się nie leczy, to się operuje. Żadne masaże, lód, voltaren, modły, okłady z kapusty nie pomogą. Ewentualnie zamiast iść pod nóż, można po prostu z tym żyć, ale jak będzie w moim przypadku to się pewnie dowiem od chirurga, do którego mam się udać.
Skąd przepuklina, dlaczego teraz, czy mogę z tym biegać, czy mogę z tym wystartować na 42,2 km? Oto pytania, które sobie zadaję od wczoraj. Prawdopodobnie musiałam przeciążać się stopniowo od jakiegoś czasu, a jak dołożyłam długie biegi, to się lekko pogorszyło.  Zwiększone napięcie w jamie brzusznej to jeden z czynników wyzwalających przepuklinę, z tego co czytałam.

Naturalnie sprawdziłam już wszystkie fora biegowe i jest sporo biegaczy z takim problemem, ale temat zabiegu przewija się nieustannie. Jeśli jednak nie będzie poważnego zagrożenia, na razie pokroić się nie dam. Po operacji umiarkowane ćwiczenia fizyczne i średnio ciężka praca są bezpieczne po 2 - 4 tygodniach, a sport wyczynowy po 4 - 6 miesiącach. Czyli cała robota treningowa na śmietnik! :)

Co zatem wykombinowałam? Ano pojechałam dziś do sklepu ortopedycznego i zakupiłam sexy "pas przepuklinowy prawy" w ekscytującym kolorze majtkowego beżu i po zamaskowaniu go spodenkami biegowymi poszłam robić podbiegi na Agrykoli (12 x 150 m) plus rozbieganie w Łazienkach. Chyba działa, bo wydaje mi się że mniej boli, ale prawdziwy test sexy pasa czeka mnie w weekend podczas kolejnego 28-kilometrowego wybiegania.

Tak w ogóle to się zastanawiam, o co chodzi z tym "rollercoasterem" u mnie - rok 2011 był do bani (ciągle kontuzje), 2012 rewelacyjny (życiówki i te sprawy), 2013 niby wydaje się OK, ale już zdążyłam się dowiedzieć o anemii i przepuklinie. Ale NIE DAMY SIĘ! Ja i moja przepuklina przybiegniemy pod ten cholerny Wiklinowy Koszyk Narodowy 21 kwietnia!

środa, 27 lutego 2013

I na co Pani ten maraton?

.. zapytał mnie fizjoterapeuta diagnozujący ból, który mi się niedawno pojawił w okolicy spojenia czyli tzw. memłona. Trochę mnie zbiło z tropu to pytanie :) No bo co odpowiedzieć? Że to moje wyzwanie na ten rok, że prawie każdy ze znajomych biegaczy się z tym zmierzył i ja też chcę? Że to taka próba poznania swoich granic?
- Eeee, no po prostu chcę wreszcie spróbować - odparłam nie wykazując się raczej mistrzostwem ciętej riposty.
- Ok, ale zajedzie sobie Pani nieźle organizm.
- A co, Pan jest przeciwny maratonom? - zaatakowałam.
- No tak, bo zdrowe bieganie to tak do 20 kilometrów na raz, a potem to już dochodzą spore obciążenia, więc jak ktoś nie musi, to lepiej sobie tego nie fundować.
- Ale ja chyba muszę - zamknęłam temat.

W post scriptum dowiedziałam się, że chwilowo mam lekki stan zapalny przyczepów dolnych mięśnia prostego brzucha. Biegać mogę, ale mam pobrać leki przeciwzapalne, chłodzić, wzmacniać przywodziciele i brzuch.  I robić brzuszków mniej a mądrze, a nie tak jak dotychczas na wariata. I raczej nie biec teraz szybkiej dychy w lesie po nierównym bo może być gorzej. Okej, okej - pa pa GP Warszawy :(

Pan fizjoterapeuta (notabene, członek sztabu medycznego naszej kadry lekkoatletów na MŚ w Daegu) chyba jednak się trochę interesuje bieganiem, bo zaczął pytać o moje czasy na innych dystansach i plany tempowe na 42 km. Zagaił też, że ciekawe, kiedy ktoś zejdzie poniżej 2h w maratonie, bo podobno ludzki organizm jest przygotowany do tego, żeby przebiec ten dystans w 1:58 h.

Organizm organizmowi nierówny. Mój na przykład jest podobno obecnie przygotowywany, żeby przebiec maraton w czasie mniej więcej 1:58 razy dwa. Czy się uda?



Magia liczb krążących wokół mojej głowy wskazuje na to, że tak, ale przecież to tylko liczby. Pierwsza liczba magiczna to dwieście. Dwie stówki kilometrów, które wybiegałam w lutym. Gdyby mi ktoś jesienią 2012 powiedział, że zrobię tyle w jeden i to skrócony miesiąc, uśmiałabym się szczerze. A tu proszę 217 km na liczniku, a Garmin podobno nie kłamie.  W każdym razie w 2013 roku przebiegłam do tej pory prawie połowę tego co w całym 2012!

Kolejne liczby magiczne to 5:10. Takie sobie uwidział tempo mojego półmaratonu Planodawca.
W nagrodę za to, że tak pilnie realizuję treningi i wychodzę z anemii wyśrubował właśnie mój Przeplan dowalając m.in. mocne tempówki np. 3 x 5 km oraz 4 x 4 km  w tempie 4:50. Może i to realne - wczoraj biegałam 5 x 2 km po 4:45-4:50 i żyję. Nawet nie chcę pisać, jakie tempo wymyślił mi na maraton :). W weekend za to zamiast szybkiej dyszki ma być wybieganie 28 km. Już mi normalnie tras w mieście zaczyna brakować na te wycieczki.

Na koniec posta, nadal poszukując sposobów na upchanie buraczków i innych zdrowotności w jadłospisie,  znów zapodaję 2 pomysły  -  jeden na potreningowe "conieco" czyli uzupełniamy glikogen bez sięgania do szafki po czekoladę :) i drugi na lekko kiczowate, ale zdrowe "Oreo"

1) Strzelający i zdrowy mus owocowy - miksujemy np. banana z pomarańczę i wsypujemy do niego ziarna granatu*. Super strzela w zębach :) A jak dodamy jakieś ziarna (np. chia albo orzechy lub słonecznika) to strzela jeszcze lepiej.



2) "Oreo" - podstawą są plasterki buraka, ale "Oreo" można zrobić z nich w dwóch wersjach czyli na słono (z kozim serkiem, albo zwykłym twarożkiem wymieszanym np. z ziołami) oraz na słodko (z mascarpone wymieszanym z posiekanymi orzechami włoskimi) - Pycha!

Burako-oreo
 

 


* Nigella Lawson podaje super sposób na wydłubanie pestek z owocu - trzeba przekroić dojrzały granat na pół i trzymając przekrojoną stroną w dół nad miską walić w skórkę drewnianą łyżką. Wypadają bez problemu, a co dziwniejsze granat nie wybucha ;-)

środa, 13 lutego 2013

Na pomoc biegaczowi - czyli mazideł moc


Mazidło dobre jest na wszystko. Mieszkałam kiedyś u starych górali we wsi Sól koło Żywca. Na półce w kuchni trzymali butelkę – taką po śmietanie z okresu PRL-u. A w butelce coś, co wyglądało jak białawy smalec. Okazało się, że to była „Gapa” – ich pies, który dożył sędziwego wieku, a następnie został przetopiony na sadło i dalej służył jako lekarstwo na różne bóle, np. polecali mi na nereczki.
Pewnie dary natury, nawet jeśli szokujące, są bardzo skuteczne, ale jak ktoś nie ma Gapy albo nie zamierza stosować pupila w jego drugim wcieleniu to pozostaje mu farmacja.

Walają się u mnie różne tubki tu i tam. Niby każda na coś konkretnego, ale kiedy za którą się złapać? Postanowiłam zrobić z nimi porządek. Przy okazji zrobiłam sieciowy przegląd większej ilości mazideł dla zbolałych (spoko, w domu mam tylko kilka z nich i to, jak się okazuje, częściowo przeterminowanych).  Zatem biegaczowi przydadzą się:

MAŚCI/ŻELE PRZECIWBÓLOWE
Półki aptek uginają się pod maściami na różne bóle. W rzeczywistości najpopularniejszych czynnych substancji przeciwbólowych jest kilka. A te setki tubek różnią się między sobą nazwą i… ceną. Mamy więc na przykład:

1) NAPROXEN*, przeciwbólowy i przeciwzapalny lek stosowany w bólach mięśni i stawów, urazach i zwichnięciach. (Naproxen 10% żel 6-10 zł, Aleve żel 8-21 zł )

2) KETOPROFEN - do stosowania miejscowego w bólach mięśniowo-szkieletowych spowodowanych urazami, np. kontuzjami sportowymi, uszkodzeniami ścięgien i mięśni, urazami stawów z naderwaniem więzadeł bez zwichnięcia (Fastum żel od 13,5 zł,  Ketonal Lek żel od 17 zł, Profenid od 13zł)


2) DIKLOFENAK – mocny lek stosowany w leczeniu pourazowych stanów zapalnych ścięgien, więzadeł, mięśni i stawów (np. powstałych wskutek skręceń, nadwyrężeń lub stłuczeń) (Voltaren Emulgel 12-20 zł, Voltaren Max 14-23 zł,  Naklofen Gel 7-17 zł)

3) IBUPROFEN - niesteroidowy lek przeciwzapalny i przeciwbólowy. Zmniejsza stan zapalny w miejscu zmienionym chorobowo i zmniejsza obrzęk. (Dip Rilif 14-18 zł, Dolgit 13-16 zł, Ibum 7-14 zł, Ibalgin Sport 13-16 zł)


4) POLISIARCZAN MUKOPOLISACHARYDOWY - stosowany w leczeniu urazowych zmian stawowych i krwiaków, stanów przeciążeniowych mięśni i ścięgien oraz bólów występujących podczas ruchu. Żel można również stosować w połączeniu z fizykoterapią - fonoforeza i jonoforeza. (Mobilat 14-21 zł, Hirudoid (40 g) 16-21 zł)

MAŚCI ROZGRZEWAJĄCE
Fani medycyny z zagrody i pola mają spory wybór, jeśli chodzi o maści rozgrzewające. Takie specyfiki niosą pomoc w nerwobólach (zapalenie korzonków nerwowych, rwa kulszowa), bolesnych skurczach mięśni albo bólach przy stanach zapalnych stawów. Zatem jest m.in.:

Maść końska (rozgrzewająca) 250 ml 14-28 zł
wbrew pozorom nie z konia, bo nie zmieściłby się do butelki. Ten medykament ma w sobie ekstrakty z 30 ziół: m.in. świetlik lekarski, nagietek lekarski, ślaz maurytański, babka lancetowata, lipa krymska, lawenda wąskolistna, bez czarny, arnika górska, mięta zielona, stokrotka pospolita, jasnota biała, mniszek lekarski, pięciornik gęsi, wyciąg z owoców winorośli winnej, bazylia, eukaliptus, sosna zwyczajna, chili, chmiel, ostropest plamisty, szałwia, rozmaryn, tymianek, itd.



 Alpejski balsam z sadła świstaka 50 ml 16-24 zł
Olej z tłuszczu świstaka alpejskiego – stosowany przez mieszkańców Alp, którzy od stuleci wykorzystywali go do łagodzenia dolegliwości bólowych. Balsam rozgrzewający, który też nawilża i uelastycznia skórę.

Neo-Capsiderm 30 g 9-12 zł
Maść – hardkor, z wyciągiem z papryczek czyli z kapsacyiną. Preparat wtarty w skórę wywiera działanie drażniące na skórę, wywołując jej przekrwienie i zaczerwienienie, działa rozgrzewająco (widziałam na własne oczy, bo posmarowałam kiedyś nią męża za mocno wcierając i wyglądał jak po oparzeniu). Rozszerzenie naczyń krwionośnych powoduje lepsze ukrwienie obolałego miejsca i szybsze ustępowanie obrzęków i stanów zapalnych.

Kto woli czystą żywą farmację, może do rozgrzania ciała użyć np.
Dip Hot 67 g z salicylanem metylu, mentolem, olejkiem, eukaliptusowym i terpentynowym (12-18 zł)



MAŚCI NA OPUCHLIZNĘ I OBRZĘKI 
Siegnij  po lód i na przykład:

Altacet żel 75 g. Lek stosuje się miejscowo na skórę w stłuczeniach, obrzękach stawowych i pourazowych oraz obrzękach spowodowanych oparzeniami I stopnia. (9-15 zł)



Arcalen 30 g - ułatwia i przyspiesza resorpcję krwiaków, wylewów podskórnych oraz wysięków stawowych i nacieków okołostawowych po urazach i złamaniach. Preparat poprawia krążenie obwodowe w obrębie miejsca użycia. Podnosi efektywność masażu sportowego i leczniczego (9-12 zł).

Reparil Gel N 40 g - z wyciągiem m.in. z kasztanowca. Do stosowania zewnętrznego w celu zapobiegania i leczenia obrzęków, krwiaków pourazowych, krwiaków pooperacyjnych, stłuczeń, skręceń, zaburzeń krążenia żylnego w kończynach dolnych, żylaków kończyn dolnych. (21-23 zł

* Tam gdzie nie podałam objętości leku, chodzi o tubkę 50 g.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Weekend z motywacją

Przy takiej pogodzie najlepszym pomysłem bywa nadrabianie zaległości filmowych - szczególnie jeśli uda się zobaczyć coś wartościowego. Wstyd się przyznać, ale dopiero wczoraj po raz pierwszy obejrzałam "Rydwany ognia" - piękny film z piękną muzyką i  bieganiem jako głównym tematem. Nie będę streszczać, ale naprawdę warto to zobaczyć, jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie widział. Stary ale jary. I jakaś taka jasność i niewinność bije z niego, że po obejrzeniu robi się lepiej. I chce się biegać :)
Dla kontrastu drugi film ze sportem w tle, który obejrzałam to "Senna" - historia genialnego kierowcy F1, która pokazuje jego pasję, niezłomność, a jednocześnie układy, układziki, kasę i politykę Formuły 1. No i niestety tragiczny koniec Ayrtona. Również polecam gorąco.
Chociaż są tak różne, oba bardzo pozytywnie motywują do tego, żeby w sporcie dawać z siebie wszystko. Nawet jeśli jesteśmy tylko amatorami.

***

Udało mi się już wrócić do treningów po chwilowym "połamaniu" powyjazdowym i idąc za radą m.in. znajomych blogerów oraz męża, ktory podczas mojego pobytu w Hiszpanii pochłonął całego Jacka Danielsa ;-)  postanowiłam wejść w rytm treningów wg jego zaleceń. Co prawda nie będę biegać więcej niż 3x w tygodniu, ale postaram się przynajmniej częściowo iść wg planu.
A tak na marginesie, szok co w tydzień może stać się z facetem jak go spuścić z oczu - mąż zaczął systematycznie trenować, zwiększył kilometraż, odstawił wieczorne piwko i snacki i od razu zrzucił półtora. Tak mną tym wstrząsnął, że już sama nie wiem, czy jestem bardziej zmotywowana pozytywnie czy zazdrosna, w każdym razie grzecznie wysłuchałam jego uwag do naszych wcześniejszych treningów i wniosków z lektury Danielsa (np. "nie no, to wcześniejsze bieganie to było zupełnie bez sensu").   No więc ok, skoro "bez sęsu", to niech zacznie się "z sęsem".

W piątkowy poranek o 6:20 biegało mi się świetnie - 40 min spokojnie plus przebieżki, więc uznałam że w sobotę po południu będzie jeszcze lepiej. I tu niestety się grubo pomyliłam.
Po pierwsze - porażką było wyjście na trening 2 godziny po rodzinnym sutym obiedzie. Czułam się, jakby mi ktoś przywiesił w okolicach kostek 100 kotletów i 2 worki z ziemniakami.
Po drugie - po przerwie w treningach spowodowanej wyjazdem wspinaczkowym rzuciłam się na bieganie 5 x 4 min. (5:00-5:05) z przerwą 1 min.  No cóż - pierwsze dwa interwały jakoś poszły, ale kolejne 3 to było dyszenie, oczy wychodzące z orbit i poczucie że jestem czołgiem.   
Po trzecie - szalejący garmin nie ułatwiał zadania - raz pokazywał 5:45 a za chwile bez zmiany tempa 4:55. Rwałam więc zadaną prędkość, zwalniałam, przyspieszałam i ogólnie rzecz ujmując wykończyłam się kompletnie.

Nauczka płynie z tego taka, że skoro jestem rannym ptaszkiem biegowym, to niech tak zostanie - nie będę biegać po południu, a szczególnie po konkretnym obiadku. No i muszę mierzyć siły na zamiary. Jutro zapisujemy się oboje na Bieg Konstytucji więc 3 maja pierwszy sprawdzian obecnej formy, którą może uda się choć trochę do tego czasu poprawić :) Mam na to 7 treningów.

niedziela, 5 lutego 2012

Pochwała rozwagi

Z piątkowego USG wynika że ścięgno piętowe w porzo, ale... "występuje nieregularny przebieg włókien mięśnia płaszczkowatego w ich części dystalnej w miejscu przejścia w ściegno Achillesa. Nie można wykluczyć przebytego naderwania" (!)


Ha!  Czyli było coś jednak (podobno mogło to być naderwanie przeciążeniowe) i dobrze zrobiłam, że jak nigdy podeszłam do tematu zdroworozsądkowo i przestałam biegać. Obecnie podobno stanu zapalnego nie ma czyli zagoiło się i mogę sobie powoli zacząć wracać do treningów. Hurra! Po raz pierwszy wyszłam z gabinetu USG z uśmiechem.

ps. Niestety nie oznacza to, że mogę zacząć łykać długie kilometry od razu - w sobotę na siłowni zrobiłam 20 min na orbitreku a chwilę potem pobiegałam 20 min na bieżni i jednak noga dała o sobie znać, czyli powrót emerytalny mnie czeka, marszobiegi i te sprawy :)

środa, 28 grudnia 2011

No i gdzie tu sprawiedliwość?

Mikołaj przyniósł mi pod choinkę fantastyczną książkę Murakamiego "O bieganiu..." i nowiutkiego Garmina 305! Pogoda do biegania jest genialna. I co?
Zawieszam buty na kołku, bo nowa franca się przyplątała, a mianowicie prawdopodobnie coś z moim achillesem. Niby nie boli, ale jakoś tak trochę ściska w okolicach pięty i nad nią, więc chyba jednak coś tam się dzieje. Fakt że ostatnio, mea culpa, zaniedbałam trochę rozciąganie "po", no i może to w połączeniu z dłuższymi i szybszymi treningami dało właśnie taki efekt.
Poczytawszy na forach i blogach (w tym znajomych - Midi, Mauser) ile się można bujać z achillesem i czym kończy się zlekceważenie pierwszych objawów, że coś jest nie halo, postanowiłam tym razem grzecznie schować buty do szafy na 10 dni (na razie) i dać nodze odpocząć.  Tym bardziej, że 14 stycznia wyjazd na narty. Trochę więc nogę rozciągam, chłodzę, smaruję Mobilatem i klnę pod nosem.  Aha i zaczynam basen - zgodnie z radą Mausera porzuciłam wstępne plany rowerowe i zostawiłam pływanie (oraz, oczywiście wspinanie). Dziś zameldowałam się o 7:50 na OSiR Polna, gdzie do znudzenia pływałam na grzbiecie na zmianę z kraulem na samych rękach :(  
Do lekarza jednak jeszcze nie idę - popróbuję sama z tego wyjść i bardzo proszę o trzymanie kciuków, żeby się udało :)


sobota, 24 września 2011

w 7 dni od zera do bohatera

Na to chyba nawet Runners nie ma przepisu - chodzi mi mianowicie o zrobienie w tydzień formy do biegu na 10 km po kontuzji.

Po dzisiejszym treningu przejrzałam rozpaczliwie wszystkie archiwalne numery i niestety cudownego programu "w tydzień od zera do bohatera - zrób życiówkę ze świeżą blizną na więzadle" nie znalazłam :))
No ale pakiet odebrany (SUPER KOSZULKA!!!!), więc wystartować trzeba. Czy dotrę do mety to już inna sprawa...

Trening w terenie zaczęłam 2 dni temu od marszobiegu: 3 min biegu + 2 min marszu. I tak pięć razy.  W sumie wyszło tylko 3,5 km, z biegiem w tempie średnim 6:40. Oddech ciężki, chociaż biegło się w sumie nieźle. Zaskoczyła mnie natomiast niestabilność kolana (być może pozorna). Po prostu cały czas patrzyłam, gdzie stawiam nogi, bo miałam wrażenie, że mi gdzieś to kolano ucieknie, jak na przykład wpadnę w dołek. Po biegu, podczas rozciągania doszłam też do wniosku, że mam maksymalnie pościągane pachwiny, no po prostu przykurcze przez ich nieruszanie w ciągu ostatnich 6 tygodni. Trzeba nad tym popracować.

Dziś rankiem ruszyłam na drugi trening - już konkretniejszy: 5 min biegu  + 2 minuty marszu - i też pięć serii. Razem 6,1 km, a tempo biegu około 6:00-6:10, chociaż biegłam i 5:40 chwilami. Ze stabilnością ciut lepiej, ale pod koniec noga zaczęła trochę boleć.

Naprawdę zastanawiam się czy ja dam radę tę dychę zrobić. To w końcu kawał drogi, w tym część pod górkę, a u mnie z wydolnością i siłą mięśni krucho.

No cóż został tydzień, więc plan mam na jeszcze 3 treningi, w trakcie których chciałabym dojść do biegu 15 min +  2-minutowe przerwy w marszu. Wiem, że to dziwne iść na dyszce i może nawet ktoś powie: "Ej, trasa maszeruję kibicuje biegnie w przeciwną stronę" ale co mi tam. Ustawię się gdzieś z tyłu za 9-cioma tysiącami biegaczy i spróbuję. Najwyżej będzie DNF.

PS. U nas jutro biegowe święto czyli Maraton :) trzymam kciuki za wszystkich biegnących - może mi się uda dotrzeć na 40-ty kilometr podopingować ich na końcowce :)

wtorek, 20 września 2011

Swim, bike and run ;)

Na triathlon się zapisała ?
Hahaha, nie zapisała się, ale takie sporty może już wreszcie zacząć uprawiać po kontuzji, w związku z tym że więzadło dostało odpowiednio dużo wolnego i się ponoć zagoiło.
Niestety pobolewa trochę po intensywniejszym wysiłku oraz po dłuższym siedzeniu, ale mam się tym nie martwić, bo to podobno normalne.

Najgorzej było jak dostałam tydzień temu "przepustkę" na basen. Zrobiłam na pierwszy raz 30 basenów 25-metrowych (kraul i grzbiet oraz "strzałka" z deską w rękach) i to był średni pomysł. Zamiast spokojnie i nie nerwowo rozpocząć powrót do aktywności rzuciłam się do wody jak dzika i efekt by taki, że mnie zaczęło potem nieźle zasuwać kolano. Rehabilitant nie pochwalił, oj nie, więc na kolejnym basenie ograniczyłam się już do 26-ciu:). Muszę przy okazji przyznać, że nowy basen w Aninie jest bardzo fajny i niezatłoczony póki co.


Rower był nawet wcześniej dozwolony i powiem szczerze, że nie mogłam powstrzymać radości na twarzy podczas pierwszej przejażdzki wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego  - publiczne uśmiechy do siebie na całą szerokość nie są chyba w Polsce jeszcze na porządku dziennym więc pewnie ludzie, których mijałam zastanawiali się, o co mi chodzi. Obecnie mogę już robić 45 minutowe wycieczki ale bez premii górskich.


No i wreszcie dziś nadejszła (z akcentem na "ejszła") wiekopomna chwila kiedy z kolankiem ubranym w niebieską taśmę wykonałam pierwszy bieg na bieżni w AVI. I przebiegłam bez bólu całe 10 minut w tempie 7 km/h :)))))))
Za 2 tygodnie Biegnij Warszawo, a więc biegnij Avo, żeby nie paść 2 października w połowie podbiegu Belwederską. Na szczęście mam mieć support czyli męża który może się zlituje i będzie obok mnie przebierał nogami, chyba że zapragnie pójść na wynik.

A czego mi jeszcze do szczęścia brakuje?  Oczywiście - wspinania. Teoretycznie powinnam poczekać do początku października, ale spróbuje delikatnego wspinania na wędkę już w poniedziałek. Jak zaboli to poczekam, szkoda by było zniweczyć całą rehabilitację razem z jej kosztami i poświęconym czasem, ale ścianka (nie mówiąc o skale) kusi mnie jak diabli :)

środa, 7 września 2011

Uwolnić nogę

Do uwolnienia nogi 1 (słownie: jeden!!!) dzień, bo właśnie jutro miną 4 tygodnie od naderwania więzadła.
Tak naprawdę to już śpię bez ortezy i po domu pomykam też bez, bo mam już jej dość, ale jak za dużo pochodzę to jednak kolanko daje o sobie znać.

Tak właśnie wygląda mój gustowny stabilizator

Póki co są intensywne ćwiczenia w domu i zagrodzie czyli w AVI-med,  a poza tym wynalazłam sobie basen i siłownię 500 m od domu, więc w przyszłym tygodniu zaczynam pluskanie - dozwolone kraulem i na grzbiecie, natomiast żabka wykluczona. Kto wie, może się wreszcie podszkolę i jakiś mini-triatlon z tego kiedyś wyjdzie :)

Na mojej ściance byłam towarzysko, niestety tylko pomacać brudne chwyty i powchłaniać atmosferę wraz z wszechobecnym pyłem z magnezji. Myślę jednak, że w ostatnim tygodniu września już zacznę się wspinać - przynajmniej rehabilitant pociesza, że jest to możliwe (chyba że mnie tak zwodzi).

Mój start w Biegnij Warszawo nadal jest aktualny, aczkolwiek właśnie uprzytomniłam sobie, że końcówka trasy to jeden wielki zbieg, a na zbiegu co pracuje? Kolanka oczywiście. Wniosek taki, że mam zadanie wzmocnienia solidnie czworogłowych do tego czasu. Póki co w sobotę będę kibicem na Frog Race. Ale o tym napiszę w niedzielę :)

środa, 24 sierpnia 2011

jeszcze ciut o różnicach

... rozwodzić się nad tematem nie będę, ale naprawdę zastanawia mnie, jak można do tak typowego urazu, jakim jest naderwanie więzadła pobocznego w kolanie wydać tak odmienne zalecenia rehabilitacyjne i komu ma wierzyć biedny pacjent:

Zalecenie nr 1 (Lekarz z Kliniki Ruchu)  - od razu rehabilitacja (tydzień po urazie), zero fizykoterapii (prądów, lasera i tym podobnych brzęczyków, których nawiasem mówiąc w tej Klinice nie ma)

Zalecenie nr 2 (rehabilitant z Ortoreh) - intensywne ćwiczenia chorej nogi (2 tyg. po urazie, na siłę prostowanie, zginanie, wciskanie piłki w podłogę, itd.), masaż poprzeczny okolic więzadła, fizykoterapia: prądy

Zalecenie nr 3 (rehabilitant ze szpitala w Otwocku) - przez trzy tyg. od urazu zero ruchu nogi, zero ćwiczeń, ale za to intensywna fizykoterapia - codziennie !

Zalecenie nr 4 (rehabilitant z AVI) - przez trzy tyg. od urazu prawie całkowity spokój dla nogi, ćwiczenia tylko izometryczne, fizykoterapia (laser, magnetronik i prądy) 3x tyg.

Uff, wybrałam w końcu AVI, w związku z czym niniejszym zrywam swój zażyły związek z Ortorehem :)

Przekonały mnie argumenty dwóch doświadczonych rehabilitantów, że więzadłu trzeba dać te 3 tyg. na zagojenie, a nie od razu na siłę forsować. Nie wiem, czy ta klinika sportowa nie zagalopowała się trochę w usportawianiu ofiar kontuzji zbyt szybko.
W każdym razie, ponieważ poprzednia terapia innego naderwanego mięśnia nie przyniosła spektakularnych efektów, mówię "Adios" i przechodzę do p. Sebastiana Zduńskiego w AVI. Dziś po pierwszej wizycie i zabiegach mam jak najlepsze wrażenia.

z poważaniem
Ewa z recydywy rehabilitacyjnej :)




czwartek, 18 sierpnia 2011

Trzasło i zgasło

Ostatnio pisałam jak to fantastycznie jest mi na wakacjach i w sumie nadal uważam, że wyjazd był super, gdyby nie moja ...głupota?... pech?... adrenalinowe niewyżycie?

W każdym razie 2 dni przed wyjazdem z Krety udało mi się rozwalić kolano próbując czegoś nowego w repertuarze czyli jazdy na crossie. Zatoczyłam kółeczko, nie opanowałam maszyny (Yamaha YZ 250) w zakręcie, bo jak z reguły każdemu laikowi, moja ręka się uwiesiła za mocno na manetce gazu i po efektownym piruecie wywaliło mnie z siodła.




tuż przed kontuzją o zachodzie słońca - jak się rozwalić to w romantycznych okolicznościach
Poczułam nagły silny ból wygiętego do środka kolana i to był koniec. Miałam na sobie buty motorowe, spodnie, kask, buzer, ale zrezygnowałam z upierdliwych w zakładaniu ochraniaczy na kolana, bo ... miało być tylko 1 kółko. Ech!  

Na szczęście mieliśmy na wyjeździe ortezę i lodówkę w pokoju, więc mogłam od razu zapakować nogę w usztywniacz i chłodzić ją czym się dało - głównie puszką greckich sardynek oraz piwem prosto z lodówki.

Dziś natomiast pokuśtykałam do ortopedy, który kiedyś skutecznie zrekonstruował więzadła mojego męża i usłyszałam, że nie jest źle bo mam tylko uszkodzenie więzadła pobocznego piszczelowego II stopnia (dobra dwójka, jak to określił pan doktor).

Zrobiłam jeszcze USG łąkotki u mojej ulubionej dr Król, żeby wykluczyć pęknięcie. Pani doktor naszkicowała "krajobraz po bitwie" na 15 linijek (m.in. częściowe zerwanie więzadła pobocznego piszczelowego, zerwanie torebki stawowej w paśmie przednim, częściowe odwarstwienie łąkotki na 1/3 jej grubości, częściowe uszkodzenie więzadła łąkotkowo-udowego i łąkotkowo-piszczelowego).

Jakimś cudem uraz nie kwalifikuje się operacji tylko wygojenia i rehabilitacji. W każdym razie czeka mnie 6-8 tygodni przerwy w sportach (witaj dniu 2 października, od jutra odcinam centymetr).

Jedna uwaga odnośnie tych dwóch wizyt lekarskich - u Luboińskiego w Klinice Ruchu (15 min za 200 zł)  miałam wrażenie, że każde dodatkowe pytanie do lekarza jest nie na miejscu, bo zegar tyka, doktor się spieszy, a pod drzwiami następny pacjent, za to u dr Król (30 min USG za 200 zł) spotkałam się z dokładnym omówieniem problemu, spokojną odpowiedzią na wszystkie moje pytania i pełnym komfortem. Taka drobna różnica w świadczonej usłudze :)
Najbardziej, przeogromnie, przestrasznie mi szkoda wspinania :(((( Wiem że to będzie ciężkie 8 tygodni czekania.  Na szczęście mam nosić tylko ortezę bez gipsu i zacząć zaraz rehabilitację.

Muszę zatem się wypisać z Frog Race, na który się wpisałam razem z całą rodziną i będę tylko kibicować moim chłopakom (Wojtek 5K, Bartek 1K, Tomek 0,1K), ale "zostawiam się" na liście startowej Biegnij Warszawo. Już drugi raz nie dam się wkręcić w Maszeruję-Kibicuję, a poza tym musi być motywacja, żeby pilnie robić nudne ćwiczenia rehabilitacyjne.

Tymczasem jeszcze link do paru fotek wspomnieniowych z Krety - naprawdę były to mega fajne wakacje:

Foty Kreta_Palekastro



PS. Przy okazji chciałam podziękować jeszcze raz Tete za wspólny Bieg Powstania - było naprawdę super przebiec razem tę piątkę i poznać się poza światem wirtualnym :)W ogóle bieg i panująca atmosfera była bardzo przyjemna, trochę ciasnawo na trasie, ale nie biegłam na wynik więc nie przeszkadzało mi to.


wtorek, 7 czerwca 2011

Plany, plany

Tak się ucieszyłam z dobrej formy (czyt. braku bólu) po Ekidenie, że radośnie wybralam się do nowej stołecznej bulderowni czyli Bloco, żeby trochę poładować i powyginać ciało. Było super, powyginałam aż miło i niestety godzinkę później stwierdziłam, że chyba mam nawrót kontuzji - ból wrócił do stanu sprzed miesiąca czyli jakieś kolejne mikronaderwanie się pojawiło. Czyżby szlag trafił rehabilitację :( Jak widać mięsień goleniowo-kulszowy faktycznie jest trudny do wyleczenia, a ja naiwnie pomyślałam, że już jest wszystko z nim OK i trzyma się moich kości jak na Kropelkę. Nic z tego.

Co więc robię? Biegam (ale powoli raczej), podciągam się na drążku i robię pompki oraz inne ćwiczonka, siedzę tyłkiem na lodzie, aha i głośno przeklinam swój stan. Jutro spróbuje się powspinać, ale już bez takich wygibasów nogami i zobaczymy jak sytuacja będzie wyglądać. W najgorszym razie będę musiała zrobić przerwę we wspinaczce bo jak widać wpływa ona o wiele gorzej niż biegi na stan mięśnia.

Tymczasem postanowiłam zadbać o swoje dalsze cele biegowe, bo grunt to mieć w perspektywie jakiś start, o którym możesz myśleć tłukąc piętami o asfalt na treningach.

Na pierwszy ogień, bez wstępnych ceregieli wpisałam się na listę Półmaratonu w Pile 4 września 2011. Dobry termin, blisko w miarę (chociaż marzył mi się ten dystans w Budapeszcie) no i może już będę bardziej w formie za te kilka miesięcy.  

Drugim biegiem, na który na pewno się zgłoszę, jak zaczną się zapisy będzie bardzo fajny Bieg Powstania Warszawskiego 30 lipca 2011. I tu mam duży dylemat - rok temu pobiegłam na 5K (była życiówka) i mam ochotę ją poprawić tym razem. Z drugiej strony zastanawiam się, czy nie pobiec pętli x2 czyli zrobić dyszki. Sama nie wiem. Trasa w sumie nie zachęca do powtórzenia (Sanguszki ;-) no i wiadomo że jak pobiegnę na dychę to tak rozłożę siły, że życiówki na 5K nie będzie. Do przemyślenia - zapisy ruszają w lipcu :)

Aha, przełożyłam stare wkładki z rozpadających się Pegasusów do nowych Stratusów i zadziałało. Bóle kolan podczas biegania zniknęły. Jest to dość niesamowite bo obie wkładki wyglądają prawie tak samo, a jednak "prawie" czyni wielką różnicę!