Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspinaczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspinaczka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 października 2013

Tu otwarcie, tam zamknięcie

Blog mam biegowo-wspinaczkowy (przynajmniej z założenia), więc i o wspinaniu czasem coś skrobnę. Szczególnie na świeżo po zamknięciu sezonu skalnego 2013, bo pewnie taki dar losu jak 20 stopni i słoneczko na koniec października już się nie powtórzy w listopadzie. 



piątek, 27 września 2013

Biegaczka na wieszaku

Na wieszak się odwiesiłam - jak letnią sukienkę po sezonie, jak słomkowy kapelusz po upalnym sierpniu. Wiszę tam sobie i wisieć będę do połowy października, dyndając radośnie nogami w jesiennym słońcu.



piątek, 14 czerwca 2013

No wreszcie czyli o życiówce niebiegowej

Mało na tym blogu o moim wspinaniu, chociaż w założeniu miał być "duathlonowy", ale jakoś tak wyszło że piszę głównie o bieganiu.  Czy porzuciłam element "w górę"? O wcale nie - nawet go ostatnio zintensyfikowałam zgodnie z moim planem, że po maratonie przesuwam priorytet z biegania właśnie na wspinanie.

No i w ostatni weekend pojawił się tego mały efekt czyli moja życiówka w skałach - VI.2. Dla mocnych łojantów to pewnie śmichy chichy, ale ja już od długiego długiego czasu się przymierzałam do trudniejszych dróg i nijak nie szło. A to palce za słabe, a to nędzna praca nóg, dupa za ciężka albo psycha za słaba. Aż tu nagle na drodze o wdzięcznej nazwie "Sedymentacja muflonów" w skałach Birowa - poszło.

Muflon :)

Co prawda nie tak łatwo i nie od razu. Prób było kilka - droga ma tą specyfikę, że jest trudna na starcie, a łatwiejsza dalej, więc przynajmniej miałam blisko do ziemi po każdej nieudanej próbie. Na początku trzeba stanąć nogami w dwóch dziureczkach a lewą i prawą rękę również umieścić w dziurkach (czyli lewym ścisku i prawej dwójce) - i z tej oto jakże komfortowej pozycji rozpoczynamy pokonywanie drogi.

W każdym razie w końcu odpaliłam i doszłam do tzw. topu, za co zgodnie z własną obietnicą należało mi się czarne Magnum Espresso :) Normalnie nie faszeruję się takim kalibrem lodów, a w zasadzie prawie w ogóle ich nie jadam, żeby się jakoś dopinać w leginsach biegowych, ale uznałam, że za VI.2 nagroda musi być (BTW, Magnum Espresso trochę blee, bo ma tylko takie kawowe "zawirowania", a ogólnie to jest lodem śmietankowym w grubej warstwie czekolady. Ja naiwna spodziewałam się że będzie kawowy po całości.)


Teraz przede mną kolejne sześć-dwójki, czyli trzeba utwierdzić się w przekonaniu, że to nie był przypadek, w międzyczasie jednak, a konkretnie już jutro Bieg Ursynowa czyli szybka piątka. Czy będzie szybka, to się okaże. Z przesuniętym na wspinanie priorytetem może się okazać, że będzie raczej wolna, chociaż oczywiście się postaram znów zasłużyć na jakąś nagrodę za życiówkę - może tym razem Magnum miętowe :)




wtorek, 21 maja 2013

Chaos lekko kontrolowany

Był kiedyś plan. Był porządek i systematyczna praca. I mimo że ciężko, to jakoś tak łatwiej było, bo teraz w to sumie zrobił się chaos.
To nie tak, że dopadła mnie pustka pomaratońska. Cele mam, ale planu to sumie nie za bardzo. Nie mówię już nawet o spersonalizowanej rozpisce od Planodawcy, ale po prostu o takim tabelkowym z książki, jak plan Danielsa czy FIRST. No bo sama nie wiem, co tu biegać, skoro w połowie czerwca chcę zmierzyć się z trasą na 5 km, a zaledwie 3 tygodnie później wystartować w półmaratonie. Nawet przez chwilę siłą rozpędu rozważałam pobranie od Planodawcy kolejnych 30 stron z rozpiską pod półmaraton, ale po przemyśleniach zrezygnowałam. Bieganie ma być przyjemnością, a trwanie w ostrym rygorze treningowym od stycznia tego roku mogłoby nagle zamienić przyjemność w nieznośny obowiązek i spowodować odruch wymiotny przy zakładaniu butów na trening. No a poza tym postanowiłam zaktywizować działania wspinaczkowe, czyli pojeździć na weekendy w skały albo przynajmniej pocisnąć więcej na sztucznym. W końcu w październiku czeka mnie tydzień ostrego wspinania w tureckich skałach i jak już tam jechać, to z "bickiem i szponem" a nie z galaretą.

A zatem zapadła decyzja, że na razie zluzuję z ilością biegania - przygotuję się w miarę możliwości do Biegu Ursynowa, a wakacyjny półmaraton potraktuję jako mocny bieg, ale bez załamki, jeśli życiówki nie będzie. Ta jest mile widziana w moim drugim priorytetowym biegu w tym roku, czyli półmaratonie w Tarczynie we wrześniu. I dlatego wrócę do Planodawcy w połowie lipca po plan pod Tarczyn - ach, te zaciśnięte zęby przy 14-tej kilometrówce, I miss you ;-)




W każdym razie skutek moich przemyśleń i decyzji jest taki, że obecnie kilometraż mi spadł do 20-30 tygodniowo w maksymalnie trzech wyjściach. Czyli nędza. Co prawda zaliczyłam już 3 mocne treningi interwałowe czyli 400-metrówki i 600-metrówki w planowanym na 5-tkę tempie 4:30, ale wybiegań to za bardzo nie robię i takie to bieganie całe jakieś bezładne. Trenera mi brakuje :) Sama nie wiem, czy dam radę pociągnąć 5 km w 4:30 i mogę tylko zgadywać, czynić uroki i ... szybko biegać, żeby się udało.

Z drugiej dużo się dzieje okołobiegowo - jak już pisałam 25 maja organizujemy Bieg "Wawer biega od dziecka" pod patronatem organizowanej przez Gazetę Wyborczą akcji "Polska Biega" i ..UWAGA! mamy zapisanych 90 zawodników (49 dorosłych i 41 dzieci). Kiedy ten pomysł przyszedł mi do głowy myślałam skromnie o 30-40, więc się trochę stresuję, ale w sumie nie robię tego sama, a idea jest szczytna, więc może im więcej ruszymy Wawerczyków i w ogóle Warszawiaków na bieganie po lesie tym lepiej. Opiszę wszystko już w niedzielę!

Z kolei w ostatni weekend byłam na pierwszym w tym roku wypadzie skałkowym na podkrakowskiej Jurze (rezygnując właśnie z wybiegania). Wiecie czym się różni bieganie od wspinania? Na przykład tym, że biegnąc nie zastanawiam się w połowie drogi do celu, czy przeżyje albo czy uda mi się tam dotrzeć bez złamanej lub skręconej nogi. Na skale uczucie lęku gdy stoisz 1,5 metra nad punktem asekuracyjnym jest tak wpisane w ten sport jak w bieganiu zadyszka po szybkim finiszu. Czyli bywa że go nie ma, ale z reguły jest. Z drugiej strony, emocje o wiele większe niż podczas łomotania nogami o asfalt. W sumie fajnie że robię to i to. Kocham oba te sporty.

niedziela, 5 maja 2013

Lago di raj

     To ja poproszę jeszcze raz bilet nad Lago di Garda. W jedną stronę. Dopiero co stamtąd przyjechałam, a już bym w te pędy wróciła i to najchętniej na zawsze. Proszę Państwa - odnalazłam swój raj! No bo czy mogę nazwać inaczej miejsce, w którym w promieniu paru kilometrów jest wszystko, co lubię robić: fantastyczne skały do wspinania, spot windsurfingowy, piękne trasy rowerowe, no i oczywiście biegowe. A jakieś 50 km stamtąd czyli jak z Warszawy do Sochaczewa stoją sobie 3-tysięczniki, na których można szusować na nartach. No i do tego włoska kuchnia i wino. To jest po prostu cholernie niesprawiedliwe, że niektórzy mają to wszystko pod nosem, a inni muszą zasuwać kilkaset kilometrów, żeby się oddawać swoim ulubionym uciechom sportowym. No dobra, ale dość tych ochów i achów - do rzeczy.

    Tak naprawdę wcale na tym wyjeździe się nie wspinałam, bo a) nie było moich ziomków od wspinania, a nie powierzę sznurka mężowi - biegać z nim mogę, ale wspinać się raczej nie. Mógłby nie zdążyć wyłapać odpadającej od skały żony, potem by było, że to niby niechcący ;-), b) po przerwie we wspinaniu moja forma spadła na łeb na szyję i leży sobie biedna, czekając by ją podnieść, c) sporo popadywało podczas naszego pobytu, skutkiem czego skały były mokre, więc i tak nie było warunków (w sumie, na szczęście).



   Również nie zaznałam tym razem wiatru we włosach na desce windsurfingowej. Ten sport jest nad Gardą pewniakiem, ale tylko gdy jest słoneczko, bo wtedy wiatr się rozkręca. Poza tym tam wieje 2 razy dziennie - rano przez 2-3 godziny Peler z północy i po południu też przez jakiś czas Ora z południa. Trzeba się zatem stawić na akwenie na czas, a jak się jest z potomstwem i mieszka się 600 metrów powyżej jeziora to z punktualnością słabo. Owszem były dwa dni ze świetnym wiatrem, ale akurat jednego wybraliśmy się, do parku rozrywki, żeby zrobić dzieciom frajdę (wrr, oczywiście właśnie wtedy musiało zacząć wiać), a drugiego byliśmy na świetnej wycieczce rowerowej.




   No właśnie rowery - to jest chyba najbardziej popularny sport w tym rejonie. Rowerzystów są tam całe stada i nic dziwnego. Świetnie oznakowane trasy. Walące na kolana widoki i poligon treningowy do podjazdów i zjazdów. Odkryłam trochę zapomniane u mnie rowerowanie na nowo. Kiedyś był to mój sport nr 1 i to właśnie po górach. Przypomniało mi się, jak fajnie się zasuwa w dół serpentynami i jak się człowiek poci na 20-procentowym podjeździe. Zaliczyłam też genialny zjazd z Pregasiny do Riva del Garda drogą wykutą w skale, przy której miejscami zamontowano siatki, żeby rowerzyści nie powpadali do jeziora z klifu.
 
 

Cieszę się też, że nasz 7-letni Tomek wkręcił się w wycieczki rowerowe. Znacznie ułatwiał to sztywny hol zwany Trail-gatorem, którym łączyło się w cięższych momentach rower taty z rowerkiem syna i już żaden podjazd nie był dla syna straszny, w przeciwieństwie do taty, który miał wtedy niezłą siłownię na nogi ;-) 




Tak w ogóle to okazało się, że po tym całym treningu maratońskim oboje z Wojtkiem mamy całkiem niezłą moc w kończynach dolnych. Nad Gardą biegaliśmy tylko dwa razy, ale były to biegi wyłącznie górskie. Raz dyszka ku szczytowi góry i z powrotem (z karkołomnym zbiegiem po kamyczkach), a raz 10,5 km epicką drogą zwaną Strada della Forra (czyli chyba Droga w Wąwozie), która częściowo wije się wzdłuż szczelin skalnych wyrzeźbionych przez strumień górski. Jakieś 700 m prowadzi przez tunel bez żadnego oświetlenia i powiem szczerze, że bieg z latareczką w telefonie jako jedynym źródłem światła był całkiem emocjonujący. Ogólnie biegło się świetnie, dość lekko mimo, że pokonaliśmy w sumie 500 m w pionie na te 10,5 km. Nawet zaczęłam rozważać start w jakimś górskim biegu (ale krótkim na wszelki wypadek).




Oprócz tego naturalnie były też nad Gardą przyjemności kulinarne, za które teraz będę odpłacać dietą, bo włoska kuchnia w połączeniu z winem raczej dietetyczne nie są. Ale zdecydowanie warto było :)


sobota, 19 stycznia 2013

Twoje, moje, nasze

Dziś nie o kilometrach i planach treningowych. Będzie też o sporcie, ale tak bardziej osobiście, bardziej  "ludzko". Ten tego, referat pt. "Rola mojej rodziny w moim sporcie" mi się tu kroi, ale postaram się podejść do tematu życiowo, a nie naukowo.

Sport istniał w naszym wspólnym życiu od zawsze, jeszcze zanim się, że tak powiem chajtnęliśmy.  Zaczęło się od nart, na które ja, coś tam jeżdząca od dziecka, zaciągnęłam go na Słowację. Chyba tylko etap wstępnego zadurzenia zapobiegł ewakuacji mojego ukochanego z kurortu. Na pożyczonych od kumpla, prostych  i ciężkich jak płozy od sań nartach miał szusować i robić lans przed nową dziewczyną. Wyszło z tego raczej zwiedzanie zasp w trybie "makro".  No ale zalążek wspólnej rekreacji sportowej się narodził. Potem było jeszcze ze 20 wspólnych wyjazdów narciarskich i to ja go z reguły goniłam.



Kolejnym wyzwaniem była wspólna wyprawa rowerowa dookoła Krety, w sierpniu, dodam. To był prawdziwy test albo nawet psychotest, jak z pisemka "Życie na gorąco" czy "Twój styl". Styl mieliśmy niezły trzeba przyznać  - jazda w 35 st. C pod górkę i w dół, spanie na karimatach na plaży, jedzenie po krzakach sałatek zrobionych na frisbee, mycie w butelce wody i takie tam inne sprawności harcerskie. Test zdaliśmy - nadal się znamy  :)



Prawdziwa wspólna pasja pojawiła się, gdy stanęliśmy po raz pierwszy na deskach windsurfingowych. Wciągnęło nas po uszy - zaczęło się kupowanie żagli, desek, pianek, oglądanie pisemek branżowych, jeżdżenie na prognozę, przekonywanie babci, że tym razem wiatr jest po prostu unikalny, więc czy nie zostałaby jeszcze raz z wnusiem na weekend, rywalizacja "kto z nas pierwszy zrobi rufkę" i planowanie każdych wakacji pod kątem tego, czy tam gdzie mamy jechać, wieje.


Oczywiście bez awantur się nie obywało - ja dyżurująca na brzegu z synem "miałeś iść na godzinę a nie było cię dwie, teraz moja kolej". On: "dlaczego tylko ty masz pływać na małej desce, przecież jest wspólna". Pomijając jednak takie detale, windsurfing był i jest naszą wielką wspólną frajdą.

Aż tu nagle... w nasze życie wkradły się dwa różne sporty, które zawładnęły każdym z nas osobno. Ja zwariowałam na punkcie wspinania, on motorów crossowych.


Dwa przeciwne światy - mój z zabawkami mieszczącymi się w małym plecaku, jego - na  lawecie i całości bagażnika kombiaka. Mój - cichy i spokojny, jego ryczący i przynoszący ciągłe straty w ludziach i sprzęcie. Tylko ciuchy brudziły się po równo. Moje całe usyfione w magnezji i piachu, jego w błocie pryskającym spod kół. Wspólne tematy trochę się zredukowały, bo on nie palił się do wysłuchiwania, że jakbym gdzieś tam zrobiła jakiś przechwyt z podchwytu to byłby OS. Ja z kolei nie wchodziłam w kwestie trzymania gazu przy przeskakiwaniu przez opony. Co prawda podjęliśmy wzajemne próby dołączenia do partnera w jego sporcie, ale skończyło się to dość porażkowo - On stwierdził że wspinanie jest trochę nudne, śmierdzące, a poza tym bolą stopy i palce.


Ja z kolei debiut na motorze zakończyłam efektownym piruetem w zakręcie i naderwanym więzadłem w kolanie. Zatem wiadomo było, że każdy robi swoje. Ale nawet mimo tego, że mieliśmy oddzielne pasje - każdy miał zrozumienie dla partnera. Jeździlismy w weekendy na zmianę - raz ja na Jurę, tydzień potem on w Bieszczady. Ja raz w roku na tydzień w skały do Hiszpanii, on na moto do Rumunii. Trochę pretensji i fochów się zdarzało, ale ogólnie było zrozumienie.

Bieganie z kolei było od zawsze moją domeną - najpierw to był taki jogging bez ładu i składu, potem, gdzieś tak od 2009 r., zaczęłam bardziej świadome treningi. On nie podzielał zainteresowania -  coś tam się pary razy przebiegł, ale ogólnie kończyło się zawsze zniechęceniem. Cytat: Bieganie to nuuuuda! Jednak kiedy zaczęłam startować w biegach ulicznych, a on zaczął kibicować,  zainteresowanie wzrosło. Nawet pobiegł ze mną w Wiązownej na 5 km, ale został w tyle i zamiast bakcyla złapał tylko zadyszkę.


Aż tu nagle dwa lata później, kiedy wróciłam własnie z wyjazdu wspinaczkowego, nagle usłyszałam, że on przeczytał całego Danielsa i właśnie zamierza zacząć trenować. Spadłam z krzesła, szczęka klapnęła o podłogę, a wydarzenia potoczyły się jak lawina. 8 kg w dół, co bieg to nowa życiówka, moje czasy przestały być dobrymi czasami, bo zaczęłam zostawać za nim w tyle i to dość konkretnie. Już zaczął doradzać, kwestionować moje metody treningowe, zalecać co jeść i pić :) Ale przy okazji narodziła się nasza nowa wspólna pasja. Znów oparta na  zrozumieniu, dopasowywaniu się czasowym w treningach, wyszukiwaniu fajnych biegów, ciekawych ćwiczeń i oczywiście lekkich awanturkach o sprzęt typu po co ci nowe buty, przecież niedawno kupowałeś, oddawaj garmina, teraz ja idę biegać, itd..  Razem też się nam dobrze biega, a jak jeszcze jest cel... jesienią wygralismy jako para mały bieg na orientację.



Ale najlepszym prezentem gwiazdkowym, jaki mogłam dostać była wiadomość, że on przebiegnie ze mną mój pierwszy (i jego zresztą też) maraton! Nie ścigając się,  nie walcząc o swoje tempo przez 42 kilometry. Przebiegnie go ze mną! Jupiii! No więc teraz sobie spokojnie trenujemy próbując wpasować w sumie ok. 100 km biegu tygodniowo w życie jednej dwudzietnej rodziny. W sumie nieźle nam to wychodzi. Szanujemy nawzajem swój czas i biegowe potrzeby. O bieganiu gadamy zresztą codziennie - przy śniadaniu, po kolacji. Nie wyobrażam więc sobie, żeby mieć pasję i nie mieć wsparcia od partnera w jej rozwijaniu. U nas taki model nie wystąpił. A może po prostu mam szczęście, że trafiłam na takiego faceta :))

sobota, 24 listopada 2012

No plan just run

Roztrenowanie w toku. No może "półroztrenowanie" bo jednak coś tam robię. Tłumaczę to sobie tym, że nie mam za sobą ciężkiego sezonu, a po drugie to normalnie uzależniona jestem - weźmy taki na przykład piątek. W piątki zazwyczaj biegam, a zatem od rana kręciłam się nerwowo przed kompem i chociaż najpierw stwierdziłam że odpuszczę, bo się wyszalałam dzień wcześniej na koncercie Gossip to jednak nie dałam rady odpuścić. O 20 poszłam na piąteczkę. Nie chcem ale muszem.

Inwentaryzacja 1-szego tygodnia roztrenowania:
1) crossfit -  szt. 1 + ćwiczenia w domu
2) trening wspinaczkowy - szt. 3 (bulder, lina i chwytotablica),
3) niekontrolowane skoki i wygibasy - szt. 1 ( 1,5 godziny na wspomnianym koncercie Gossip)
4) biegi - szt. 2 w postaci  5-kilometrowych truchtów.




Jedno jest pewne - w pełni odpoczywam od interwałów, szybkich kilometrówek oraz tempówek.  No plan just run.

Te powolne truchty postanowiłam wykorzystać na sprawdzenie tętna przy 1-szym zakresie. No i się zdziwiłam... in minus. Żeby utrzymać tętno w granicach 138-145 (mój max to chyba 188) muszę biec ok. 6:40/min. Żeby pulsometr pokazał te 140 musiałam więc zwalniać i zwalniać i zwalniac, aż się prawie zatrzymałam, bo nawet długie wybiegania robię normalnie po 5:55. No ale OK, pełen relaks, tylko zmarznąć trochę można. Za to jest dużo czasu na myślenie o planach biegowych na nowy sezon.

Jak już pisałam decyzja o maratonie zapadła jak klamka. Pozostaje tylko kwestia gdzie dokładnie i kiedy, ale wstępnie szykuję się na wiosnę.

Kalendarz startowy na 2013 wygląda wstępnie tak:

12 stycznia - Choszczówka 10 km

16 luty - Choszczówka 10 km

9 marca - Choszczówka 10 km

24 marca - Półmaraton Warszawski

6 kwietnia - Choszczówka 10 km ?? (nie wiem czy wskazane przez maratonem)

14 albo 21 kwietnia - MARATON !!! w Łodzi lub Warszawie

czerwiec - Bieg Ursynowa 5 km

1 sierpnia  - Bieg Powstania Warszawskiego  5 km

Bogato, co? :) Górskie biegi w Choszczówce będę traktować jako treningi siły biegowej, natomiast co do jesieni to jeszcze planów brak, ale pewnie się wyklarują. Natomiast "clou" czyli gwóźdź sezonu jest jeden :)










   

wtorek, 16 października 2012

W oczekiwaniu na ...

Do pikniku...tfu... biwaku biegowego 2 dni. Oj, będzie się działo :) Co i jak oraz konkrety przedstawię zaraz po czyli na początku przyszłego tygodnia.  Może się oczywiście okazać, że będzie zupełnie inaczej niż mi się wydaje, tak jak wczoraj okazało się, że zapowiadana na biwak pogoda to nie deszcz przez 3 dni tylko pełna lampa.

Ileż ja czasu straciłam na  szukaniu kurtki, która pozwoli mi przetrwać 6-godzinną wycieczkę biegową w ulewie ;-)  A tu surprise surpise, zamiast kurtki powinnam zapakować na biwak szorty i top bez rękawów. Kurtkę co prawda znalazłam - tu dygresja w temacie "producenci nas oszukują". Kurtka ładna, lekka, firmy Alpinus (model Igle Lady) i ma napisane że wodoodporna oraz oddychająca. W niedzielę rano kropiło to postanowiłam przetestować ją na leśnym krosie.  Właściwości wodoodpornych nie dane mi było sprawdzić bo po 10 min. przestało kropić, za to mam już swoje zdanie na temat jej oddychalności. Przebiegłam w niej 15 km i kiedy opuściłam ręce żeby rozluźnić mięśnie pod koniec treningu wylała mi się z rękawów woda, tzn.  nie woda tylko mój własny pot. Tyle w temacie oddychalności. Na szczęscie ma rozsuwane na suwak dziury pod pachami, więc jakaś tam wentylacja jest. Na deszcz ją zostawię.

Ogólnie to szykuję się już do Biegu Niepodległości, który chyba właśnie pobił rekord tempa zapisów - pierwszy dzień nie minął a tu prawie 6 tysięcy ludzi na liście startowej.  Robię interwały bo jak już pisałam ma być dobry wynik, a że niechcący zrobiłam dobry wynik na Biegnij Warszawo, to teraz cholera muszę zrobić jeszcze lepszy. Skutkiem tego odbyłam ostatnio (m.in. dziś) szereg interwałów 800 m w tempie 4:35-4:40, a także trochę 200-metrówek po 4:20. Ciężko, ale robialne. Ciekawe czy uda mi się przebiec 10 km w średnim tempie 4:47? Nogi są mocne, gorzej z oddechem :)

Nie byłabym jednak sobą gdybym sobie nie wynalazła problemu. Problem jest taki że chciałabym się rozdwoić a nie mogę :(  Wiem że biegając po górach będę ciężko żałować że nie jestem w skałach na wspinie. Strasznie się nastawiłam że jeszcze w tym sezonie się powspinam i własnie w najbliższy weekend idealna okazja pogodowa przejdzie mi koło nosa. Tak to jest jak się człowiek nie może skupić na jednym sporcie. Ostatni wyjazd w skały był rewelacyjny - przyjęłam strategię "robię trudne na wędkę" i w ten sposób poznałam uroki VI.3, VI.2+ i odkryłam zupełnie inne wspinanie - świat mikro chwytów i mikro stopni. Chciałabym to powtórzyć, ale cóż, będę biegać po Swiętokrzyskim. Pozostaje miec nadzieję że może jeszcze przed zimą się załapię na ostatni, ostatniutki suchy i słoneczny weekend skałkowy.

środa, 5 września 2012

10 do 21

No, dla ścisłości 21 plus jeszcze ta końcóweczka czyli 97 m.  Za 10 dni będę miała okazję to poczuć w nogach i pierwszy raz w życiu biec non-stop przez około 2 godziny.  Czy się cieszę? TAK! Czy jestem przygotowana? NIE!

Ostatni weekend dodatkowo jeszcze mnie oddalił od bycia przygotowaną, bo zamiast biegać wybrałam się w skały. Wiele stało na przeszkodzie - duże zlecenie tłumaczeniowe, planowane na sobotę 16 km wybiegania, pogoda, itepe. Ale co tam rozsądek, zapakowałam laptopa z robotą, linę, buty i inne gadżety i hajda na Jurę.  W sobotę wspinaliśmy się w tzw. przelotnych opadach, skutkiem czego doznawałam przelotnych obślizgów na skale, ale nie było tak źle.  Udało mi się nawet porobić tłumaczenie pod skałą w przerwach pomiędzy wstawkami w kolejne drogi. Mogłabym tak w sumie żyć  -  trochę popracować, trochę powspinać się i tak na zmianę :) No w każdym razie w niedzielę już była  prawie lampa, więc powalczyłam na Kołoczku i mimo nie urobienia Płyty Szymandery (skończyłam na kruksie) wyjazd uważam za udany.

\
Oczywiście szlag trafił wybieganie, ale powiem szczerze, że przed weekendem, po ostatnim bieganiu zaczęło mnie mocno boleć w okolicy kolana po zewnętrznej. Czytam Runnersy to wiem, że z tym wiąże się złowieszczy symbol ITBS :) czyli pasmo biodrowo-piszczelowe. Załatwić się na 2 tyg. przed półmaratonem nie byłoby fajnie, więc odpuściłam bieganie (w tym niestety Onkobieg, na który się wcześniej szykowalam) i postanowiłam porozciągać się, poobkładać lodem i dać nodze odpocząć, a zmęczyć górę.  Oczywiście nogi przy wspinaniu też dostają swoją dawkę pracy, ale to nie to co walenie nimi bez przerwy przez 16 km o asfalt.

Do połówki zostało 10 dni! Mało, szczególnie że za mało biegam. W przyszłym tygodniu to już nie ma co szaleć i trzeba taperować, ale w tym to chyba powinnam jednak zwiększyć liczbę treningów. Póki co za mną poniedziałkowe 5 km i wczorajsze 11 km zrobione po ciemaku między 21:20 a 22:20.
Do Tarczyna wybierzemy się chyba całą rodziną, bo ponoć będzie też bieg dla dzieci więc możemy wystawić zawodnika :) a poza tym wiele atrakcji dla rebiaty typu dmuchane zamki, konkursy, słodycze i tak dalej. No i w końcu ktoś musi nam debiutantom kibicować.


sobota, 30 czerwca 2012

Jest dobrze

Mogę sobie trochę radośnie popaplać? Mana nadzieję, że to nie wywoła wilka z lasu (czyt. kontuzji). Ostatnio jest dobrze - moje treningi to sama przyjemność i  czysta radość. Czasem coś pobolewa jak np. lewy prostownik grzbietu, jednak rozciąganie oraz sporadyczny masaż załatwiają sprawę.

Za 7 dni Gdynia (hurra!) czyli Nocny Bieg Swiętojański, do którego staram się jako tako przygotować, np. w ostatni czwartek w Łazienkach. Uwielbiam ten park, ale ostatnio rzadko tam bywam, więc mając możliwość pognałam do Łazienek sprawdzić, co się zmieniło - szczególnie w kontekscie nowej Głównej Alei. No i moim zadziwionym oczom ukazało się coś, co określiłabym jako... najdłuższy jaki w życiu widziałam podjazd pod budkę, w której miły pan pyta: "Dla Pani kurciak w pięciu śmakach ci makaron z waziwami?" Jakieś lampiony, smoki na czerwonych patykach wzdłuż całej alei - dżiza - średnio mi się podoba.  Chyba że to ci Chińczycy z konsorcjum, co porzuciło autostradę, zostali teraz sponsorami renowacji naszego parku. W każdym razie pozytywne jest to, że Główna Aleja jest obecnie ziemna, a nie asfaltowa, co zdecydowanie sprzyja biegaczom preferującym "urban trail".

Tu wygląda nieźle, ale w realu trochę gorzej.

Z Łazienek pobiegłam na Agrykolę i tam zrobiłam 4 pełne podbiegi w chwilach słabości powtarzając sobie "dawaj dawaj bez marudzenia, będziesz mocniejsza".

Dziś za to była poranna randka biegowa z mężem czyli wspólne długie wybieganie w liczbie 13 km w tempie 5:50 po naszym pięknym lesie wawerskim. Po ścieżkach, przez chaszcze, po piachu, koło bagna czyli gdzie popadnie, ale było super. Oczywiście na ostatnim kilometrze, kiedy słonko już dawało ostro, a w bidonie było pusto, wydobywały się ze mnie jedynie pomruki typu "o ja p.. już nie mogę", ale jakoś mój zając mnie zmotywował i dobiłam do 13.04 km.

Co do wspinania to w najnowszym Runnersie wspinanie jest jedną z propozycji wakacyjnego crosstreningu dla biegaczy :) Piszą, że to "jedna z popularniejszych dyscyplin ostatnio, która (...) dostarcza dużej dawki adrenaliny, mięśnie pracują izometrycznie i zdecydowanie poprawia się ich siła". Zdaniem Runner'sa "bieganie jest jednym z elementów treningu amatorów wspinaczki (tak tak to o mnie!!), ale działa też w drugą stronę, bo biegacze dzięki wspinaniu się poprawiają siłę". Zdecydowanie się z tym zgodzę. Wbrew pozorom kluczowe we wspinaniu są nogi, a nie ręce, więc faktycznie - silnie mięśnie nóg to podstawa.

No i jeszcze bardzo prawdziwe zdanie "wspinanie wymaga ogromnej koncentracji, dzięki czemu potrafi oderwać mysli od  wszystkich problemów". O tak, tu jest właśnie ta różnica między dwoma sportami. Podczas gdy trening biegowy to czas, gdy przez głowę może ci przelatywać tysiące myśli i między 5-tym a 15-tym kilometrem można ułożyć sobie plan na kawałek życia, w trakcie  wspinania nie zdarzyło mi się rejestrować w głowie czegokolwiek poza sekwencją ruchów na skale czy docierającą do mózgu informacją, że właśnie nadszedł czas, żeby się bać, bo ostatni punkt asekuracyjny jest 2 metry pode mną".

Udało mi się być w skałach w ostatni weekend i dzięki super warunkom pogodowym trochę powalczyłam. Najbardziej cieszę się z drogi "Zimne łapki" VI.1+  na skale Okiennik, która była od dawna moim planem i "krucjatą". Co prawda na sam koniec, już po wpięciu ekspresa do ringa zjazdowego nie wiadomo dlaczego złapałam za ten ekspres, ale całą drogę przeszłam bez odpadnięcia, chociaż lekko nie było. Naprawdę nie myślałam wtedy o niczym innym niż o tych maciupkich skalnych dziurkach, w które muszę włożyć palce i w których mam stanąć czubkami butów, bo są jedynym punktem mojego zaczepienia w wapiennej ścianie.

Post scriptum:
A tu widoczek z cyklu ile miejsca zajmuje bieganie w moim życiu. Oj zajmuje :) Co prawda te półki są wspólne - moje i Wojtka.

niedziela, 10 czerwca 2012

Skałoszał i Jury rytuały

Bo w życiu chodzi o to, żeby było przyjemnie, prawda? Jedziemy na Jurę się powspinać. Wiadomo, że może być mało przyjemnie, a nawet wręcz bardzo ciężko. Nowe trudne drogi, tnące skórę chwyty, śliskie stopnie i pełne gacie na myśl o odpadnięciu 2m nad wpinką. To znaczy wróć, przyjemnością totalną jest zawsze wpięcie się do łańcucha na końcu drogi i zaciśnięta triumfalnie pięść, radosne "Ja pierdzielę, zrobiłam to!" albo różne takie veni, vidi, vici. Często jednak zamiast tego jest dupa blada, bo albo mocy nie starczyło albo mięśnie łapy się zbułowały czyli zakwasiły albo w ogóle była zlewa i skała płynie, a wspinania ni ma.
Znaczną część z 12 godzin spędzonych między świtem a zmrokiem wśród jurajskich ostańców wspinacze starają się więc wypełnić małymi acz przyjemnymi rytuałami. Mowa tu o tych wspinaczach, którzy za bazę noclegową wybierają wieś Podlesice albo lokalne krzony i zagajniki, a potem kręcą się po okolicznych skałach tzw. Jury Północnej.

Zaczyna się od śniadania w Gościńcu Jurajskim. Po krótkim i w sumie zbędnym namyśle przy ladzie i tak rzucamy jak zwykle: jedną jajecznicę na maśle poproszę (bo cenne białko), z pieczywem (bo równie cenne węglowodany), do tego kawę (bo co da nam takiego kopa jak kofeina), no i może tę pyszną domową szarlotkę (jeszcze więcej węgli, bo ma być extra moc na upatrzone 6 coś tam), a i w sumie jeszcze sałatkę z pomidora  (bo przecież trzeba zdrowo się odżywiać).



Po spożyciu tych jakże cennych wartości odżywczych przychodzi czas na naradę wojenną nad magiczną księgą czyli TOPO (dla niewtajemniczonych graficzne przedstawienie dróg wspinaczkowych wraz z ich nazwami na poszczególnych skałach).


No to gdzie uderzamy?  Może Rzędki? Nieee, na pewno będzie żar i  kupa ludzi. No dobra, to może Podzamcze, mam tam taką jedną VI.2 do zrobienia. OK, ale w sumie dawno nie byłam na Birowie, może tam? Birów? Nie, ja tam nie mam nic do roboty. No to może Okiennik ... wstawię się w "Zimne łapki". I tak bez końca.... a czas miło płynie. Wreszcie hurra! Jest decyzja - jedziemy gdzieś tam. Po drodze jeszcze stop na sklep w Kroczycach (prowiant na cały dzień trzeba zabezpieczyć czyli batony, jakiś izotonik czy colę, banany).  


Dalszą część dnia faktycznie zapełniają te trudniejsze działania - krew, pot i łzy (Kur..a, a byłem tak blisko OS-a), czyli właściwy cel wyjazdu, ale mówiąc szczerze po 6-7 godzinach wszyscy mają dość wspinu, są już złachani i myślami podążają ku lokalnej karczmie Michałowej.  Tam następuje rytuałów ciąg dalszy - cenne białko dla odbudowy mięśni (filet z kurczaczka zum bajszpil), trochę węgli, bo glikogen na następny dzień się też przyda, więc Żywiec z sokiem zupełnie usprawiedliwiony, itp., itd. No i czas na podsumowania, co kto zrobił, czego nie zrobił i dlaczego. Przykład: Stary, nie zauważyłeś odciągu. Ja tam szedłem po krzyżu przy trzeciej wpince, potem odciąg przy filarze, faker na prawą i strzelasz do krawądy. Lecą bluzgi (wspinacze soczyście klną) na wyślizgane od wspinaczkowych butów najpopularniejsze rejony, skrupulatni notują swoje nowe sukcesy (czyt. życiówki) i czas znów miło płynie. O 23 pani wszystkim dziękuje, bo zamykają, więc czas na regenerację, gdyż od rana replay, z tą różnicą, że jesli jest to niedziela, to z reguły przy wyjeździe wszyscy z kolei gromadzą się na pizzy u Włocha. Szczególnie jeśli zasłużyli robiąc jakieś niezłe przejście. I taki wyjazd na Jurę to po prostu czysta przyjemność :)   

ps. Z Jury wróciłam wczoraj, prywatnej relacji foto niestety nie ma, bo nie było chętnego fotografa. Super wyniku nie ma, bo kompletnie bez sensu pojechałam tam już wstępnie zryta  - 5 godzin po bieganiu i 1 dzień po wspinaniu na ściance :( ale sporo metrów w pionie urobiłam, sporo się nagadałam i zjadłam.  Było bardzo przyjemnie.

sobota, 2 czerwca 2012

To nie miało prawa się udać :)

a jednak się udało - zrobiłam życiówkę na Biegu Ursynowa!
Ale po kolei: Tydzień temu pobiegłam piątkę w Ekidenie. Bardzo się starałam i motywacja była, że hoho, jednak wynik tylko o 9 sekund lepszy niż rok wcześniej czyli 24:50.  Może to ten upał, może podbiegi na Kępie Potockiej, a może po prostu to jest moje tempo i wyżej ... nie podskoczysz - o, tak sobie myslałam.
Tydzień później czyli właśnie na 2 czerwca radośnie zaplanowałam sobie kolejny start na 5km, więc miałam cichą nadzieję że tu lekko się poprawię - może do 24:30, albo nawet (tak marzyłam) do 24:15. Pobicia życiówki (23:57) nie brałam nawet pod uwagę.

We wtorek porobiłam interwały 6 x 3 minuty w tempie 5:00, w czwartek wypluwając płuca ganiałam z Wojtkiem po górkach w Falenicy i tyle by było trenowania przed Ursynowem. Za to doładowałam sobie na ściance - niedługo wypad w skałki i mam tam coś zawalczyć, więc konkretnie męczyłam bicepsik, przedramię i paluchy.  Ostatni trening wypadł wczoraj i przez ponad godzinę wymyślałam sobie różne buldery - głównie na siłę palców, bo jak wiadomo nasza Jura to drogi głównie po dziurkach i bez "szpona" nie porządzisz ;-) Wyszłam jak już nie miałam siły utrzymać w rękach nawet butelki z Nałęczowianką.
 
Zmęczenie rozjechało mnie jak walec pod wieczór, a w planach były jeszcze Ursynalia! Slayer, Chassis i przede wszystkim Limp Bizkit, ktory był naszym głównym celem. Niestety, line-up festiwalu bezlitośnie wskazywał że na Limpa poczekamy sobie do godz. 23:30. Jak podsumowałam zmęczenie po wspinaniu, godzinę koncertu i zaplanowany na sobotę Bieg Ursynowa to stało się jasne, że umieszczając w moim kalendarzu wszystkie te 3 wydarzenia obok siebie w odstępach kilkunastu godzin musiałam być chyba w innym wymiarze, albo doznałam zwarcia na łączach.  

Koncerty były za to super. Przyszliśmy jak grął Slayer, trzęsąc wszystkimi oknami w akademiku i okolicznych blokach. Po wstępnych przesłuchaniach na Youtube stwierdziłam niedawno, że chyba nie wyrobię na Slayerze i schowam się gdzieś w kiblu albo bufecie, ale atmosfera koncertu live mi się udzieliła i ogólnie uznałam, że ... coś w tej muzyce jest ;) SLAYER KURCZE!  ((sic!) takie grafitti pojawiło się wczoraj koło nocnego na bloku na przeciwko SGGW gdzie był koncert.)
Potem zagrał Chassis - polski zespół hm... rockowo-metalowy, zwycięzcy konkursy kapel. Też dawali radę. A przed północą na scenie pojawił się wreszcie Limp Bizkit i zapodali takie granie, że już nawet przez chwilę nie żałowałam, że tam jestem.

Fot. SoWwa

  Do domu dotarłam o 2 w nocy po paru godzinach stania, podrygiwania i machania łapami, a rano stwierdziłam, że ledwo trzymam się na nogach. Niewyspana, zmęczona. I ten wiatr! Pogoda na deskę a nie bieganie. Marudzeniom nie było końca.

Przed 12-tą na miejscu biegu piździawica jak w kieleckim. Rozgrzaliśmy się jednak na tyle, że się rozebrałam do t-shirtu, chociaż wstępnie miałam biec w 2 warstwach. Spotkałam jeszcze na krótko przed startem Emilię, a potem Marcina, no i ciach - poszło! Tym razem zaczęłam dość wolno. Było pod wiatr. Wojtek-torpeda poleciał do przodu, Pawła plecy też oglądałam przed pierwsze 1,5 km i miałam już myśli, żeby odpuścić tę nierówną walkę i toczyć się statecznie do mety. Ale nóżki zaczęły się kręcić i jakoś to szło. Ciekawe, że nie miałam Garmina, bo Wojtek zabrał, a nie widziałam oznaczeń kilometrowych aż do 4-tego km. A zatem był to trochę bieg na czuja.

Zdawało mi się że znów jakieś 25 min mnie czeka w tabelce wyników, ale kiedy zobaczyłam że na 4-tym jestem przed 19-tą minutą, dotarło do łepetyny, że nie jest źle - "postaraj się jeszcze tylko 5 minut", powiedziałam sobie. No i jakoś dociągnęłam, a stoper pokazał .... nie wierzyłam w to... pokazał 23:22. Jak się okazało oficjalnie wyszło 23:21 netto czyli poprawa życiówki o 36 sekund, ale moich czasów z ostatniego roku o 1,5 minuty. Lalalala! Normalnie nie piję, ale dziś to po prostu własnie raczymy się czerwonym Bordeaux, bo jest co świętować. Wojtek na przykład pobiegł piątkę w 22 minuty czyli o 2 minuty !!! lepiej niż Bieg Konstytucji. Zdrowie wszystkich tu obecnych!

ps. Zapomniałam dodać że zarąbali mi koszulkę z długim rękawem Biegnij Warszawo po biegu :( Kibicująca koleżanka mi ją oddała, położyłam ją na trawie i odeszłam robić poniższą fotkę - po paru minutach jak wróciłam już jej nie było :(  Sorry że tak podsumuję ale "oto Polska właśnie"
 

czwartek, 24 maja 2012

No to czas pobiec na czas

Coś się ociągam ostatnio - nie z bieganiem, ale z blogowaniem. A skoro udało mi się załapać co drużyny Blogaczy to trzeba się wywiązywać z zadań  i oprócz biegania coś czasem skrobnąć w temacie.

No to w temacie treningów:
Wszystko kręci się póki co jak dobrze naoliwiona maszynka. Udało się wykonać w zeszłym tygodniu plan "bieg spokojny-interwały-podbiegi- bieg długi" z czego jestem bardzo dumna, a szczególnie że dało radę  jakoś to logistycznie wcisnąć między inne działania. W tym tygodniu przed startem czyli Ekidenem warto zluzować czy też ztapetować się trochę, więc podbiegów nie będzie, biegu długiego nie będzie, ale miejmy nadzieje w niedzielę forma będzie.

Tak było rok temu :)

We wtorek trochę mi to "tapetowanie" nie wyszło, bo się zaorałam przy interwałach. Ale winę ponosi za to głównie pogoda, a konkretnie gorąc i duchota. Chciałam być taka sprawna logistycznie, że sobie wymyśliłam bieganie o 19:00 podczas zajęć syna na Górnym Mokotowie, a tak dokładnie to na bardzo przemysłowo-biurowym Mokotowie czyli rejony ulic Postępu  i Cybernetyki. Ślęczałam nad google maps żeby sobie znaleźć fajną trasę na ok. 8 km z miejscem pod interwały, najlepiej w otoczeniu zieleni i dzikiej przyrody, ale niestety nastawiali tyle biurowców w tamtej okolicy, że na drzewa i dziką przyrodę miejsca nie starczyło. A zatem  jak bieg miejski to miejski - wyruszyłam z Postępu i Bokserską dotarłam do Puławskiej gdzie natchniona atmosferą wyścigow konnych odbyłam 4 gonitwy w tę i tamtą mańkę wzdłuż  kolorowego muru, ihaaaa!


Te interwały robione nową metodą (wg Danielsa) sprawiają wrażenie skutecznych, chociaż póki co strasznie mnie męczą, chyba głównie dlatego, że trwają 4 minuty (ostatnio w tempie 4:50) a przerwa 1 minutę (>6 min/km). No po prostu się nie wyrabiałam z odpoczywaniem między nimi, jeszcze do tego w takiej temperaturze podkręcanej dodatkowo przez mieszkańców Ursynowa, Piaseczna i okolic wracających sobie stadnie Puławską do domu. Czyli ogólnie we wtorek bosko było - ugotowałam się, lekko zaczadziłam od spalin, ale plan wykonałam.

Za to w temacie wspinu:
nie odpuszczam - wkurzam się  maksymalnie, że nie mogę aż do początku czerwca jechać w skały, ale  walczę na ściance.  Włażenie z liną pod sufit w takich temperaturach jest mordegą i pomyłką, bo na 13 metrze w hali nie ma czym oddychać w lecie,  więc raczej skupiam się na baldach czyli bardziej "przyziemnie" się wspinam oraz więcej w poziomie niż w pionie i raczej na siłę niż na wytrzymałość :) Dobrze dobrze, siła przyda się na jurajskie "wymydlone" skały.



A i jeszcze ciekawostka w temacie "witamy nowego biegacza w klubie":
jakiś czas temu w moim domu było tak, że to ja byłam od biegania. To ja wstawałam o dziwnych porach, to ja rozrzucałam po domu techniczne koszulki i machałam nogą trzymając się krzesła. Ale to się zmieniło, bo Wojtek został... strażakiem? Nie, Wojtek został biegaczem - i to od razu "profi". Są biegacze pierwotni i biegacze hi-tech - Wojtek jest hi-tech. Teraz po domu wala się 3x więcej technicznych koszulek, butów do szafy już nie mogę upakować, na lodówce rozpiska treningów wg Danielsa, w kuchni stoją jakieś wory z izotonikiem w proszku i białkiem serwatkowym, nie mogę znaleźć garmina, bo "ktoś" go wziął na trening no i tematy rozmów też jakieś takie okołobiegowe się zrobiły. Nie to żebym miała coś przeciw - super, że dołączył i po okresie "pobiegiwania" bo tak to trzeba nazwać, zaczął ostro trenować. I ma pierwsze efekty: minus 5 kg na wadze i rewelacyjna życiówka na 10 km w Pucharze Maratonu. Jeszcze w Biegu Niepodległości było 50:43 a w zeszłą niedzielę Wojtek sieknął 48:49 i to w lesie, nie po asfalcie.  Przyznam szczerze, że od razu mnie to zmotywowało, żeby się też poprawić, ale coś czuję że mogę już go nie dogonić :)

poniedziałek, 14 maja 2012

Majowe piątki

         Jakoś mi  ta wiosna obrodziła w piątki - pierwsza piątka to był Bieg Konstytucji, druga to będzie Ekiden 27.05, a trzecia tydzien później, co prawda już w czerwcu, na Ursynowie. Oczywiście plan jest taki, żeby na każdej kolejnej było ciut szybciej, ale chcieć to sobie mogę - płuca i nogi zarządzą, jaki będzie wynik. Co prawda głowa mam nadzieję też pomoże, bo na Ekidenie będzie szczególna motywacja -
po pierwsze biegnę dla drużyny, po drugie obiecałam, że urwę 30 sek. z wyniku w zeszłym roku (24:59) ! Będę więc lecieć w trupa :)
Zeby nie było, że się tylko mentalnie szykuję, zeznaję niniejszym, że trochę zintensyfikowałam treningi. Tak konkretnie to dołożyłam jeden dzień, z czego zrobiły już 4 dni biegowe w tygodniu. Wcześniej pon. i czwartek byly zarezerwowane dla wspinania, ale stwierdziłam że w sumie wieczorem to już jakoś tam odpoczęta jestem po tej ściance, zresztą tam głównie ramiona i przedramiona dostają w dupę, wiec lekkie 40 minut z przebieżkami nie zaszkodzi. I faktycznie dało radę, chociaż w poniedzialkowy wieczór siedzę jak zbity mops po tym wszystkim.
Tak więc teraz jest bieganie pon./ wt. / pt. / sob. wieczór (lub niedziela raniutko) przy czym najcięższe to wtorek i piątek czyli interwały i podbiegi.

Metodą wspinaczkową odrabiam można powiedzieć piramidę, bo najpierw zamierzam uskutecznić ze trzy starty na 5 km, a potem przejść do 10 km - w końcu w swoim życiu miałam bardzo niewiele biegów na tym dystansie, a sumie wydaje mi się on fajniejszy i jakiś taki bardziej do rozłożenia sił niż 5 km, szczegolnie że nie jestem 20-letnim ścigaczem z procentową zawartością tłuszczu w ciele jak w jogurcie Bakoma light. Szybkie piątki to dla takich ;-)
No więc oczywiście w sierpniu będzie  Bieg Powstania (już mój trzeci - uwielbiam ten bieg!), gdzie pobiegnę pewnie 10 km, a może w lipcu jeszcze coś się trafi, byle nie w 30 st. C.

Póki co jednak szykujemy się na krotki dystans - cale szczęście że pogoda zbastowała z tymi upałami, bo jest o wiele lżej człowiekowi biegać. Na osteopatyczne derotacje kręgow i inne kosmiczne przestawianki mojego szkieletu postanowiłam iść dopiero w czerwcu, jak nie tylko pobiegnę na Ursynowie ale też jak wrócę ze skał, które planuję w Boże Ciało, bo podobno po takich manipulacjach przy kręgach to trzeba restować i odstawić everything but szachy na jakieś 1-2  tyg. więc chwilowo jak widać z powyższego opisu nie mam czasu na rest :)  

wtorek, 10 kwietnia 2012

Wspinaczkowo-psychologiczny raport z Katalonii nr 2

No to czas by coś skrobnąć po przyjeździe. Od czego by tu zacząć? Od tego, że prawie nie mogę się ruszać? Nie, to może na końcu. Pierwszy wpis o wspinaniu w Katalonii pojawił się na moim blogu w maju 2010 roku - po powrocie z tej samej miejscówki, gdzie byłam teraz.




W sumie wychodzi na to, że lubię powtarzać wyjazdy w sprawdzone, fajne miejsca. Tym razem też było super, chociaż południe Europy wcale nie było takie południowe i ciepłe, a w ciągu tygodnia zaliczyliśmy skrajne warunki od plażowych do 5 stopni i ulewy.



Pierwsze 2 dni - lampa, 25 stopni. Dzień restowy czyli przerwę we wspinaniu spędziliśmy jak wzorowi turyści wylegując się na plaży w Tarragonie i pływając w morzu o temperaturze na oko zbliżonej do lipcowej temperatury Bałtyku.

La playa w Tarragonie

Źle uczyniliśmy jednak narzekając, że pod skałą za gorąco. Dwa dni później hiszpańska pogoda okrutnie zemściła się i zesłała do naszej małej skalnej dolinki 3-dniówkę czyli naprzemiennie deszcz i chmury. Jakimś cudem skała w Margalef dość szybko jednak schnie i już parę godzin po zlewie można od nowa jako tako się wspinać.  Jednak do końca wyjazdu milutkie ciepełko nie powróciło i już wiem, że nawet do Hiszpanii trzeba zabierać ze sobą w kwietniu czapę, rękawiczki i kurtkę (których oczywiście nie miałam).

kolega na 7a

 Na szczęście mieszkałam z koleżanką w schronisku, ale nasi znajomi konkretnie dość mokli na okolicznym kempingu, a w zasadzie polu biwakowym z infrastrukturą pod tytułem kran, palenisko i stół.

Bardzo fajne schronisko El Raco de la Finestra

Co do samego wspinania, to po całej zimie spędzonej na sztucznej ściance przejście w warunki naturalne to nie takie hop siup. Przede wszystkim masakruje głowę, a właściwie psychę. Chwyty i stopnie w skale wydają się bardzo małe, a odległości między wpinkami asekuracyjnymi wręcz przeciwnie - bardzo duże. Efekt był taki, że w pierwszej połowie wyjazdu naprawdę nieźle trzęsłam portkami idąc z tzw. "dołem", a trudniejsze drogi oscylujące w granicach mojego maxa robiłam na wędkę. W pewnym momencie jednak powiedziałam basta takim praktykom, które nie tylko nie prowadzą do progresu, ale coraz bardziej zamykają głowę i powodują zastój. Postanowiłam robić "max jedną wędka dziennie". Był to dobry pomysł, bo okazało się, że jednak da się przełamać strach, powalczyć trochę i nie myśleć ciągle w kategoriach, co będzie jak odpadnę. Miałam zresztą świetny zespół wspierający, bo byliśmy w 5 osób, z których każda zagrzewała do boju i zachęcała do przełamywania lęków. Na koniec wyjazdu  udało mi się więc poprowadzić w drugiej próbie dość trudną jak dla mnie drogę "El free pendo" 6b+ .


No ale końcowa radocha szybko odeszła w cień, po tym co nastąpiło dzień po przyjeździe do Polski. Droga z Margalefu do Warszawy była długa - to fakt. Najpierw prawie 3 godziny samochodem, potem siedzenie całą noc na lotnisku i wreszcie o 6 rano lot Ryanairem (mistrzostwo w dziedzinie najbardziej niewygodnych, najbardziej pionowych foteli na świecie,wrr). Po południu w niedzielę tak mnie połamało, że nie byłam w stanie wstać z krzesła, ani wykonać nawet pół-skłonu. I tak jest w sumie do tej pory. Nie wiem za bardzo o co chodzi, bo objawy wyglądają jak co najmniej rwa kulszowa, ale na wyjeździe nie było żadnej sytuacji która mogłaby uchodzić za kontuzyjną typu wypadnięcie dysku. Może to po prostu przeciążenie, a potem zasiedzenie. Spróbowałam nawet pobiegać 20 minut w Lany  Poniedziałek, ale mimo że podczas biegu było w miarę OK, to potem zwaliło mnie z nóg. Mam nadzieję że niedługo minie ten efekt kija od szczotki zamiast kręgosłupa, bo BIEGAĆ mi się chce.



Foto: własne, Wojo

piątek, 30 marca 2012

No to w drogę

Oj długo się nie pisało ale jakoś czasu nie było. Jak to zwykle bywa przedwyjazdowe zamieszanie pokrzyżowało mi plany i nie zdążyłam napisać porządnego posta, a za 4,5 godz czyli o 4 nad ranem już trzeba na lotnisko więc i teraz go nie napiszę. W każdym razie odmeldowuję się w kierunku katalońskich skałek w Margalef na najbliższy tydzień i mam nadzieję wrócić z ciekawą relacją (i bez kontuzji, hehe), a więc HASTA  LA VISTA! :))))))

środa, 21 marca 2012

Pierwszowiosenny triathlon miejski

Uff, ale się zmęczyłam w ten pierwszy dzień wiosny. W związku z natłokiem wydarzeń oraz chwilowym (na szczęście) toczeniem żywotu jednostki korporacyjnej musiałam dziś bardzo skoncentrować swoje działania.
I w ten oto sposób zaczęłam dzień od treningu wspinaczkowego, po którym miałam wrażenie iż przejechał po mnie czołg. A w szczególności po rękach mi przejechał.
Siła woli kazała mi jednak jechać do strefy zmian czyli do domu i przywdziać tam błyskawicznie strój biegowy, a następnie zrobić chociaż piąteczkę.  Piąteczkę zrobiłam, chociaż muszę przyznać, że ruszając spod domu miałam nogi jak z ołowiu a ramiona bolały przy każdym kroku.
Znalazłszy się w kolejnej strefie zmian wskoczyłam po prysznicu w strój sztywniacko-biurowy i udałam się na ostatni etap 1-szo wiosennego tri czyli do bardzo korporacyjnego biura. Ja przepraszam, że tak to przeżywam, ale jako tzw. pół free-lancer czy też pracownik zdalny nie bywam w biurze w ogóle, ale w tym tygodniu zastępuję koleżankę i muszę spędzać długie godziny za biurowca szklanymi drzwiami. Co prawda z ulgą opadłam tam czterema literami na fotelik przed komputerem, ale psychiczne zmęczyło mnie to bardziej niż wszystkie inne dzisiejsze działania.  W wolnych chwilach zastanawiałam się jakby tu poprawić życiówkę na 5 km - skupić się na interwałach, tempach (np. 3 x 1,5 km szybko) czy jeszcze jakoś inaczej :)

środa, 14 marca 2012

Wspinaczkowo-biegowo

Dołączam do Garminowców (jeszcze nie Garminoholików). Właśnie przeczytałam, jak to Emilia zaczęła biegać z Garminem, a ja też pomimo niedawnej niechęci do pomiarów, ustawiłam parę dni temu w kompie swój pierwszy garminowy trening, założyłam "wielką cebulę" na rękę i  poszłam testować.
Program był interwałowy czyli: 10 min trucht  w tempie ok. 6:00 + 6 x 2 min w tempie 4:55-5:05 / p 2' trucht + 10 min trucht. To jak zostałam obsłużona przez 305-tkę wprawiło mnie w zachwyt. Pełen luksus: pip zwolnij, pip przyspiesz, pip you are in desired zone (ciekawe dlaczego ten akurat komunikat jest po angielsku). Każdy kolejny interwał był ponumerowany co mi się podobało bo często się gubię, ile już zrobiłam i czasem jest za dużo, a czasem za mało. No i oczywiście potem w domku oglądanie tego wszystkiego i sprawdzanie czasów. Profeska :) 

W weekend miało być hulanie po lesie, ale jak zajechałam na początek ścieżki i zobaczyłam rozlewisko, to jednak nastąpił wycof na twarde. Za karę za bycie miętką wywiało mnie solidnie - szczególnie po nawrotce miałam wrażenie, że ciągnę za sobą otwarty spadochron.  Z tego co wiem Nike oferuje nawet wśród gadżetów treningowych taki spadochron do stawiania sztucznego oporu podczas biegu. Producent zapewnia że Sparq Parachute tworzy 15 kg oporu. No więc jeśli nie ma wiatru, to możemy sobie sprawić za 179 zeta i przyczepić coś takiego:

 

Drogo, ale proszę jak wygląda pan trenujący ze spadochronami ;-)


Ubiegły tydzień dał mi jednak bardziej w kość pod względem wspinaczkowym niż biegowym. Jak już pisałam, staram się dołożyć sobie mocy przed wyjazdem w skały pod koniec marca i muszę przyznać, że nie wiem jak efekty, ale  starania (wspierane przez trenera) są bardzo skuteczne. Tak skuteczne, że ostatnio mogę się wspinać tylko z palcami pooklejanymi taśmą, bo troczki i ścięgna aż trzeszczą. Podobnie jak w bieganiu planuję jednak niedługo mały tapering wspinaczkowy, żeby zregenerować się przed kluczowym wydarzeniem, bo 3x bieg + 3x wspin w tygodniu to chyba na dłuższą metę by mnie wykończył. No i poza tym  ciężko z wolnym czasem na to wszystko.

wtorek, 6 marca 2012

Doskonalsza ty w 25 dni

Właśnie przechodzę przyspieszoną procedurę realizacji życzeń noworocznych. Mogłabym to zatytułować "Doskonalsza Ty w 25 dni" rodem z  Naj, Pani Domu oraz innych Przyjaciółek. Nagła wolta w moich planach i świadomosc że 31 marca dotrę do hiszpańskiej doliny pełnej pięknych skał po to, żeby napierać na fajne drogi, podziałała na mnie doprawdy mobilizująco. Otóż postanowiłam w ciągu miesiąca:
- nauczyć się znowu hiszpańskiego
- schudnąć 3 kilo
- podnieść swoją wytrzymałość i siłę wspinaczkową
- poprawić swoją gibkość i elastyczność
- przygotować się biegowo do szybkiej piątki w kontekście Pucharu Maratonu a później Ekidena

Tu rozległo się głośne Ha ha ha!
W zasadzie brzmi to jak z reklam pokątnych firemek obiecujących gruszki na wierzbie w różnych dziedzinach:  "z nami zrzucisz zbędny balast bez kłopotu w 7 dni". A jednak zauważyłam, że działanie w zasadzie na ostatnią chwilę daje mi kopa i motywację, bo już nie ma czasu żeby odkładać na później.
No więc co robię mis amigos? Słucham na iPodzie kursu języka hiszpańskiego w 30 dni starając się chłonąć wszystkie zwroty jak gąbka. Nigdy nie wiadomo, który się może przydać na wyjeździe. Może o gotowaniu paelli...
Słuchając hiszpańskiego biegam, bo biegać nie przestałam, pomimo wycofu z Półmaratonu (chlip!) i walczę o powrót do jakiejś sensownej prędkości tego biegania. Co ciekawe, odkąd zaliczyłam ostatnią dłuższą przerwę spowodowaną bólem pięty i łydki przestałam biegać z pomiarami czegokolwiek. Wychodzę z zegarkiem i wiem, że jeśli mam robić interwały to po prostu wg zegarka co minutę zasuwam ile fabryka dała na przemian z truchtem - jaką mam prędkość? jakie tętno? jaki dystans? nie mam pojęcia. Wezmę się za pomiary później.
Biegając planuję sobie również menu kolejnych dni pod strasznym hasłem "Zdrowa żywność" Zupełnie jak u Krzysia Ibisza.



Nie jem tłusto, nie jem słodko, wsuwam warzywka i błonnikowe "trociny", kolacje tylko białkowe, śniadania ze zdrowymi węglowodanami. No i powoli są efekty. Prawie jak u Krzysia.
To odchudzanie to nie fanaberia czy chęć lepszego prezentowania się w stroju wspinaczkowym, lecz cel bardzo praktyczny. Poprzeciążane ścięgna w palcach na skutek ostatnich naprawdę ciężkich treningów wspinaczkowych podziękują mi, jeśli wspinając się zawieszę na nich mniejszy ciężar i może w dowód wdzięczności się nie pozrywają. Rownież szybka piątka jest bardziej realna, jesli masa biegnącej zostanie zredukowana. No i właśnie dlatego brokuły moim przyjacielem.

A dodatkowo, jako że już dobrze zrozumiałam, jak ważne jest rozciąganie i czym grozi jego brak, od ponad tygodnia co 2 dzień robię godzinę zegarową solidnego rozciągania wszystkiego co się  da, a w pozostałe dni rozciąganie skrócone. Taka pilna jestem.
Tak więc praca wre, dam znać na koniec zaplanowanego okresu "dążenia do doskonałości" na ile mi wystarczyło energii i motywacji żeby zrealizować cele. Proszę trzymać kciuki za wytrwałość :)

niedziela, 26 lutego 2012

No coż, tym razem wybrałam "w górę"

Ech, plany plany. Robi się je, a potem za jednym zamachem przekreśla. Tym razem przekreślam niestety półmaraton warszawski, bo okazało się, że 5 dni po nim mogę pojechać na wyjazd wspinaczkowy do Hiszpanii. Znów do tej samej mekki wspinania jaką jest Margalef w Katalonii, ale chcę tam wrócić, bo w 2010 roku zrobiłam tam ledwie ułamek dróg wspinaczkowych. Poza tym to przepiękne miejsce.
Na ten wyjazd czekałam w zasadzie od dnia, kiedy wróciłam z poprzedniego wspinania w Margalefie. Tym razem wszystko się składa idealnie - jedzie moja ekipa, do miejsca które jest super, przelot jest tani, wulkan póki co nie wybuchł na Islandii, no i rozpoczęcie sezonu w skałach pod koniec marca to po prostu marzenie. Trzeba sprawdzić czy warto było wylewać tyle potu i zdzierać skóry na treningach :) 

Oczywiście mogłabym pobiec w Warszawie, a potem polecieć w skały. Niestety biorąc pod uwagę moje niedawne problemy z nogą (okolice achillesa) i mały kilometraż ostatnio, istnieje ryzyko że te 21 km mogłoby się zakończyć jeśli nie kontuzją to przeciążeniem. Nie zamierzam znowu iść po trasie półmaratonu, raczej wolałabym w końcu cały pobiec.  W związku z tym nie chcę teraz ryzykować, jeśli mam być 5 dni później w pełnej formie do całodziennego łojenia w skałach przez tydzień.
Jeszcze 3 dni temu można powiedzieć szykowałam się do Połówki. Zwiększałam stopniowo przebiegi po przerwie (póki co do 40 min), robiłam interwały (sobota - rozgrzewka 2 km + 6 x 2 min 5:00 / p 6 x 2 min trucht + 1 km trucht), ale moje serce każe mi wybrać tym razem opcję "w górę".
A zatem po prostu będę sobie spokojnie trenować wracając do formy i nabierając siły oraz szybkości, po to żeby wystartować gdzieś w kwietniu, a konkretnie zaliczyć 3 starty w Pucharze Maratonu (5 km w kwietniu, 10 km w maju i 15 km w czerwcu). Oprócz tego jak się uda to Bieg Konstytucji, może Interrun Ursynów i jeszcze inne fajne biegi. To znaczy takie są przynajmniej moje plany :)