Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 października 2013

Tu otwarcie, tam zamknięcie

Blog mam biegowo-wspinaczkowy (przynajmniej z założenia), więc i o wspinaniu czasem coś skrobnę. Szczególnie na świeżo po zamknięciu sezonu skalnego 2013, bo pewnie taki dar losu jak 20 stopni i słoneczko na koniec października już się nie powtórzy w listopadzie. 



wtorek, 21 maja 2013

Chaos lekko kontrolowany

Był kiedyś plan. Był porządek i systematyczna praca. I mimo że ciężko, to jakoś tak łatwiej było, bo teraz w to sumie zrobił się chaos.
To nie tak, że dopadła mnie pustka pomaratońska. Cele mam, ale planu to sumie nie za bardzo. Nie mówię już nawet o spersonalizowanej rozpisce od Planodawcy, ale po prostu o takim tabelkowym z książki, jak plan Danielsa czy FIRST. No bo sama nie wiem, co tu biegać, skoro w połowie czerwca chcę zmierzyć się z trasą na 5 km, a zaledwie 3 tygodnie później wystartować w półmaratonie. Nawet przez chwilę siłą rozpędu rozważałam pobranie od Planodawcy kolejnych 30 stron z rozpiską pod półmaraton, ale po przemyśleniach zrezygnowałam. Bieganie ma być przyjemnością, a trwanie w ostrym rygorze treningowym od stycznia tego roku mogłoby nagle zamienić przyjemność w nieznośny obowiązek i spowodować odruch wymiotny przy zakładaniu butów na trening. No a poza tym postanowiłam zaktywizować działania wspinaczkowe, czyli pojeździć na weekendy w skały albo przynajmniej pocisnąć więcej na sztucznym. W końcu w październiku czeka mnie tydzień ostrego wspinania w tureckich skałach i jak już tam jechać, to z "bickiem i szponem" a nie z galaretą.

A zatem zapadła decyzja, że na razie zluzuję z ilością biegania - przygotuję się w miarę możliwości do Biegu Ursynowa, a wakacyjny półmaraton potraktuję jako mocny bieg, ale bez załamki, jeśli życiówki nie będzie. Ta jest mile widziana w moim drugim priorytetowym biegu w tym roku, czyli półmaratonie w Tarczynie we wrześniu. I dlatego wrócę do Planodawcy w połowie lipca po plan pod Tarczyn - ach, te zaciśnięte zęby przy 14-tej kilometrówce, I miss you ;-)




W każdym razie skutek moich przemyśleń i decyzji jest taki, że obecnie kilometraż mi spadł do 20-30 tygodniowo w maksymalnie trzech wyjściach. Czyli nędza. Co prawda zaliczyłam już 3 mocne treningi interwałowe czyli 400-metrówki i 600-metrówki w planowanym na 5-tkę tempie 4:30, ale wybiegań to za bardzo nie robię i takie to bieganie całe jakieś bezładne. Trenera mi brakuje :) Sama nie wiem, czy dam radę pociągnąć 5 km w 4:30 i mogę tylko zgadywać, czynić uroki i ... szybko biegać, żeby się udało.

Z drugiej dużo się dzieje okołobiegowo - jak już pisałam 25 maja organizujemy Bieg "Wawer biega od dziecka" pod patronatem organizowanej przez Gazetę Wyborczą akcji "Polska Biega" i ..UWAGA! mamy zapisanych 90 zawodników (49 dorosłych i 41 dzieci). Kiedy ten pomysł przyszedł mi do głowy myślałam skromnie o 30-40, więc się trochę stresuję, ale w sumie nie robię tego sama, a idea jest szczytna, więc może im więcej ruszymy Wawerczyków i w ogóle Warszawiaków na bieganie po lesie tym lepiej. Opiszę wszystko już w niedzielę!

Z kolei w ostatni weekend byłam na pierwszym w tym roku wypadzie skałkowym na podkrakowskiej Jurze (rezygnując właśnie z wybiegania). Wiecie czym się różni bieganie od wspinania? Na przykład tym, że biegnąc nie zastanawiam się w połowie drogi do celu, czy przeżyje albo czy uda mi się tam dotrzeć bez złamanej lub skręconej nogi. Na skale uczucie lęku gdy stoisz 1,5 metra nad punktem asekuracyjnym jest tak wpisane w ten sport jak w bieganiu zadyszka po szybkim finiszu. Czyli bywa że go nie ma, ale z reguły jest. Z drugiej strony, emocje o wiele większe niż podczas łomotania nogami o asfalt. W sumie fajnie że robię to i to. Kocham oba te sporty.

niedziela, 10 czerwca 2012

Skałoszał i Jury rytuały

Bo w życiu chodzi o to, żeby było przyjemnie, prawda? Jedziemy na Jurę się powspinać. Wiadomo, że może być mało przyjemnie, a nawet wręcz bardzo ciężko. Nowe trudne drogi, tnące skórę chwyty, śliskie stopnie i pełne gacie na myśl o odpadnięciu 2m nad wpinką. To znaczy wróć, przyjemnością totalną jest zawsze wpięcie się do łańcucha na końcu drogi i zaciśnięta triumfalnie pięść, radosne "Ja pierdzielę, zrobiłam to!" albo różne takie veni, vidi, vici. Często jednak zamiast tego jest dupa blada, bo albo mocy nie starczyło albo mięśnie łapy się zbułowały czyli zakwasiły albo w ogóle była zlewa i skała płynie, a wspinania ni ma.
Znaczną część z 12 godzin spędzonych między świtem a zmrokiem wśród jurajskich ostańców wspinacze starają się więc wypełnić małymi acz przyjemnymi rytuałami. Mowa tu o tych wspinaczach, którzy za bazę noclegową wybierają wieś Podlesice albo lokalne krzony i zagajniki, a potem kręcą się po okolicznych skałach tzw. Jury Północnej.

Zaczyna się od śniadania w Gościńcu Jurajskim. Po krótkim i w sumie zbędnym namyśle przy ladzie i tak rzucamy jak zwykle: jedną jajecznicę na maśle poproszę (bo cenne białko), z pieczywem (bo równie cenne węglowodany), do tego kawę (bo co da nam takiego kopa jak kofeina), no i może tę pyszną domową szarlotkę (jeszcze więcej węgli, bo ma być extra moc na upatrzone 6 coś tam), a i w sumie jeszcze sałatkę z pomidora  (bo przecież trzeba zdrowo się odżywiać).



Po spożyciu tych jakże cennych wartości odżywczych przychodzi czas na naradę wojenną nad magiczną księgą czyli TOPO (dla niewtajemniczonych graficzne przedstawienie dróg wspinaczkowych wraz z ich nazwami na poszczególnych skałach).


No to gdzie uderzamy?  Może Rzędki? Nieee, na pewno będzie żar i  kupa ludzi. No dobra, to może Podzamcze, mam tam taką jedną VI.2 do zrobienia. OK, ale w sumie dawno nie byłam na Birowie, może tam? Birów? Nie, ja tam nie mam nic do roboty. No to może Okiennik ... wstawię się w "Zimne łapki". I tak bez końca.... a czas miło płynie. Wreszcie hurra! Jest decyzja - jedziemy gdzieś tam. Po drodze jeszcze stop na sklep w Kroczycach (prowiant na cały dzień trzeba zabezpieczyć czyli batony, jakiś izotonik czy colę, banany).  


Dalszą część dnia faktycznie zapełniają te trudniejsze działania - krew, pot i łzy (Kur..a, a byłem tak blisko OS-a), czyli właściwy cel wyjazdu, ale mówiąc szczerze po 6-7 godzinach wszyscy mają dość wspinu, są już złachani i myślami podążają ku lokalnej karczmie Michałowej.  Tam następuje rytuałów ciąg dalszy - cenne białko dla odbudowy mięśni (filet z kurczaczka zum bajszpil), trochę węgli, bo glikogen na następny dzień się też przyda, więc Żywiec z sokiem zupełnie usprawiedliwiony, itp., itd. No i czas na podsumowania, co kto zrobił, czego nie zrobił i dlaczego. Przykład: Stary, nie zauważyłeś odciągu. Ja tam szedłem po krzyżu przy trzeciej wpince, potem odciąg przy filarze, faker na prawą i strzelasz do krawądy. Lecą bluzgi (wspinacze soczyście klną) na wyślizgane od wspinaczkowych butów najpopularniejsze rejony, skrupulatni notują swoje nowe sukcesy (czyt. życiówki) i czas znów miło płynie. O 23 pani wszystkim dziękuje, bo zamykają, więc czas na regenerację, gdyż od rana replay, z tą różnicą, że jesli jest to niedziela, to z reguły przy wyjeździe wszyscy z kolei gromadzą się na pizzy u Włocha. Szczególnie jeśli zasłużyli robiąc jakieś niezłe przejście. I taki wyjazd na Jurę to po prostu czysta przyjemność :)   

ps. Z Jury wróciłam wczoraj, prywatnej relacji foto niestety nie ma, bo nie było chętnego fotografa. Super wyniku nie ma, bo kompletnie bez sensu pojechałam tam już wstępnie zryta  - 5 godzin po bieganiu i 1 dzień po wspinaniu na ściance :( ale sporo metrów w pionie urobiłam, sporo się nagadałam i zjadłam.  Było bardzo przyjemnie.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Sezon wspinaczkowy zamknięty...w migawce obiektywu

Na blog "do przodu i w górę" dotarły właśnie fotki z ostatniego, opisanego niedawno, wypadu na Jurę. Kolejność zdarzeń w miarę chronologiczna, wszelkie podobieństwo bohaterów do osób rzeczywistych jest zupełnie zamierzone i nieprzypadkowe :)

A to Polska właśnie!

Baby przodem - w drodze do skałek
Rzut oka z góry  na majdan na dole



Emocjonalna interakcja na linii człowiek - kamień

A jednak bluza biegowa firmy N. naprawdę ma właściwości odblaskowe

3 głodne dzioby i XL-ka prosto z pieca u Włocha


Jajo to power - treściwe śniadanko na 10 jaj, 1 patelnię i 3 widelce

Wybieramy drogę czyli ...co by tu załoić
Mła i piękne jesienne drzewo w tle
W razie czego chwytne mogą być nie tylko cztery kończyny
Rogaty obiekt latający
Pod "Biblioteką" - na której nie ma za dużo do czytania
Po godz. 16:00. Czas kończyć i zwijać się do chaty, bo widoczność trochę słaba :)

Foty: Wojo 

wtorek, 12 października 2010

zdecydowanie w górę

W weekend (oraz dość irracjonalnie dzisiaj) poruszałam się raczej w górę niż do przodu. Pobiegałam zgodnie z obietnicą w piątek rano, ale potem było już tylko w górę za sprawą wycieczki do Podlesic, żeby zaliczyć ostatnie wspinanko w skałach w tym roku. Słoneczko na niebie grzało obiecująco, jednak termometr pokazujący z rana 2 st.C powinien był dać mi do myślenia.

Pierwsza droga, do której wystartowalam była łatwa, ale zacieniona i zaskoczyła mnie temperaturą skały. Po 5 metrach czułam się jak Pinokio, czyli chłopiec z drewna. Drewniane z zimna miałam wszystko, a najbardziej palce u rąk czyli kluczowy element przy wspinaniu. Chuchanie na ręce i skałę nie pomagało. Na szczęście znaleźliśmy potem trochę skał w słońcu i tam bardzo nam się poprawiło. Odzyskałam czucie i nawet z Magdą zdjęłyśmy puchówki, rękawiczki i zimowe czapki.


Ja na górze, Magda na dole. Droga "Rycerskie Szarpnięcie" (Mirów)

Ponieważ jednak twardym trzeba być, to wspinalismy się w trójkę do 18-tej. Trochę też po to, żeby zasłużyć na pyszniutką pizzę w miejscowości Żarki, którą piecze rodowity Włoch. Włoch ożenił się z Polką i otworzył tam pizzerię. Hity lokalu: pizza z rukolą i szynką parmeńską, Margerita D.O.C czyli z mozarellą z bawolego mleka i pizza z 4 serami - mamma mia! A przy tym wieeeeeelkie jak nie wiem co. Tzn. wiem jak co - "pizza duża" była jak koło od roweru 24 cale. Osiągnęlismy błogostan. 



Niedzielę zaczęłam za to od szczytowania na Dziewicy... Dziewica grzała się w słońcu i czekała na chętnych do wspinania po niej. Było trochę trudno, siadała momentami psycha, ale ją poprowadziłam. Dla niewtajemniczonych  Filar Dziewicy to droga w rejonie skalnym Kołoczek :-))

Potem jeszcze było trochę wspinania, a trochę oglądania jak mocarni znajomi wstawiają sie w drogi VI.3 i trudniejsze.



No-hand asekurującego ;-)

Dzien w sumie bardzo udany, chyba nawet cieplejszy niz sobota. Ostatecznie zwinięcie liny i pomachanie skałom łapką nastapiło znów o 18, ale tym razem nagrodą był swieży smażony pstrąg w Pstrągarni Złoty Potok. Niezle sobie tam dogadzalismy w sumie.

A dziś rano pomaszerowałam na trening na ściance, co wydawalo się kompletnie bez sensu po 2 dniach w skałach, jednak nie wiem skąd, ale wstąpił we mnie pałer i wykonałam grzecznie wszystkie zadania instruktora na bulderze. Może z tej radości że tam przynajmniej ściana była ciepła. 

Od środy ruszam na bieganie, bo jednak jutro odpocznę jak człowiek, żeby znowu nie przegiąć. Na początek treningu biegowego będzie 2 km trucht + 3 x 1 km (w okolicach pi razy oko 4:50) z przerwami i na koniec znow trucht. W sumie pewnie koło 8 km.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

gdyby kózka nie skakała...

...nie, nie złamałam nóżki, ale mi spuchła.
A to wszystko przez to, że w niedzielę spadłam z Plemnika i miałam za krótki, sztywny lot :-)
(Małe wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: Plemnik zwany też Lewym Młynarzem na Górze Zborów to taka droga wspinaczkowa, którą zaatakowałam w weekend). Niestety w 3/4 drogi nóżka mi się obsunęła, asekurant dał mało luzu na linie i przy locie walnęłam stopą w ścianę ... no i spuchło. Nawet nie boli, ale widać że bańka się zrobiła od zewnętrznej strony koło kostki.

A weekend był świetny tak ogólnie. Spędziłam 2 dni w skałach Jury i były to dni pełne "łojenia", poznawania nowych dróg i dobrej zabawy.  Był pełny kalejdoskop pogodowy,  ale nawet mokra skała nie powstrzymała nas przed wspinaniem, zresztą słoneczko szybko suszyło większość ścian.

No i tylko ta "gupia" noga, przez którą muszę chyba zrobić sobie małą przerwę i we wspinaniu i w bieganiu. Pozostaje mi więcej czasu na pracę (he,he), trening stacjonarny, chłodzenie nogi ice-packiem i ostatnio nurtujące mnie rozważania czy faktycznie warto wydać 600 zł na garmina i co mi to da tak naprawdę.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Bardzo udane otwarcie sezonu

Mój drogi blogspocie - sezon skałkowy uważam za otwarty! Miejsce- Jura Północna. Czas 23-24 kwietnia 2010. Osoby: ja i Magda M.
Co zastałyśmy z Magdą na tej Jurze podczas weekendu? Otóż, m.in:
- Zabawę w ciepło-zimno,
- Pustki totalne dające wrażenie że skały to nasz prywatny ogródek,
- Dzika ewentualnie inną jednostkę szurającą złowieszczo w liściach, która nie chciała nam się jednak ujawnić,
- Pysznego pstrąga prosto ze stawu.

No to po kolei:

- czapka zimowa, termobielizna i kurtka narciarska przydały się, mimo że nie był to wyjazd na narty. W piątek rześkość potęgowana przez wspinanie w cieniu i wietrze lekko nas zaskoczyła. Do tego skała była zimna jak pieron. Już nawet bez tej kurtki by się jakoś dało, ale normalnie po drodze marzły nam paluszki i robiły się drewniane, co w tym sporcie nie wróży najlepiej. Trzeba było dużo chuchać. Marzyłyśmy o termosie. Ale wspinało się dobrze i zrobiłyśmy kilka naprawdę pięknych dróg, np. Sztywny pal Azji.
W sobotę za to nasze kurtały poszły na dno bagażnika i działałyśmy w t-shirtach i blasku słońca.

- Co do pustek, to przytrafiła nam się chyba unikalna okazja mieć cały Mirów dla siebie. Na żadnej skale nie spotkałysmy nikogo, więc z tego nadmiaru dobroci był problem z decyzją, którą formację atakować. W końcu byłyśmy na Trzeciej Grzędzie, Trzech Siostrach, Szafie i Turni Kukuczki. Taki luksus!
W sobotę lud się już pojawił, ale zaszyłyśmy się w bukowym lesie oraz na Zastudniu i też było kameralnie.


- Wracając do Zastudnia, to podczas mojej próby pokonania drogi o nazwie Rajszczur nagle w cichym i spokojnym lesie coś ożyło. I zaczęło szurać. Coraz bardziej i coraz bliżej. Jednak ani ja z 10 metrów ani Magda z parteru nie widzialyśmy, co to szura. Obstawiłyśmy że dzik, więc nastąpiła krótka narada co robimy jak na nas przyszarżuje. Ja sobie wisiałam z tzw. auto wysoko nad ziemią, więc w sumie bezpiecznie, ale trochę się obawiałam że odruch samozachowawczy każe Magdzie porzucić drugi koniec liny i spieprzać na drzewo.. a  wtedy ja zostalabym na tym Rajszczurze, aż dzik by się zlitował i z nudów sobie poszedł. O ile wcześniej nie zeżarłby liny... Dywagacje jednak były czystą teorią bo z czasem jednostka odszurała w siną dal i słychać było tylko nasze sapanie i świergot ptaków.


- Wyjazd uczciłyśmy robiąc na koniec drogę o trafnej nazwie "Ostatni dzwon" chociaż na szczęście żadna z nas dzwona nie zaliczyła, a następnie w pstrągarni w Złotym Potoku, gdzie podają pyszne pstrągi, świeżo złowione we własnym stawie.  Był tak dobry a ja taka głodna, że ledwo powstrzymałam się przed zeżarciem mu łba i płetwy grzbietowej.