Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fastpacking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fastpacking. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lipca 2023

Relacja z wyprawy solo w Pireneje Katalońskie: Parc Natural del Cadí – Moixeró

 


Zawsze to samo – na miesiąc przed wylotem radość i ekscytacja, a na tydzień przed nerwy, motyle w brzuchu, nie dam rady, ciche modlitwy, żeby mi nogę urwało albo chociaż samolot odwołali. A potem dojeżdżam na miejsce, zakładam plecak i zanurzam się w szlak. I jest pięknie i wspaniale. Znika strach, znika niepewność, jest tryb „zadanie” i niecierpliwość, chęć poznania nieznanego. Tak było i tym razem – na mojej czwartej już wyprawie solo.

Tym razem za cel wybrałam sobie Pireneje Katalońskie zwane też Pre-Pirineos – a konkretnie górski rejon zwany Parc Natural de Cadi –Moixero. Początkowo planowałam łatwy szlak w pobliżu Barcelony (GR 5 Sendero de los Miradores), ale jako górski freak i mistrzyni działań pod tytułem „wybieram to trudniejsze, może mnie nie zabije” zmieniłam tę trasę na szlak GR150 właśnie w Cadi i Moixero. To serducho mi podpowiedziało, żeby jechać tam, bo góry są wyższe (do 2600 m npm) leci przez nie trasa zawodów biegowych Ultra Pirineu i dlatego, że zobaczyłam tam pewien szczyt, który po prostu mnie zaczarował. Nazywa się Pedraforca.


Pominę już szczegóły perypetii z terminem wyprawy.  Napiszę tylko, że najpierw miał być czerwiec, ale ulewy w tym rejonie skłoniły mnie do przebukowania biletu na lipiec. Niestety (a może stety, o czym później) karma wróciła i w środku lata w Hiszpanii załapałam się wszystkie zjawiska pogodowe.

Napiszę trochę o przebiegu wyprawy i o tym, co zabrałam na nią, jak nawigowałam, gdzie spałam, itd.

Dojazd i powrót

W góry dotarłam przez Barcelonę. Najpierw lot Ryanairem, a następnego dnia 2,5-godzinny przejazd pociągiem linii R3 (za 12 EUR) z centrum Barcelony do miasteczka Utrx-Alp, skąd ruszyłam na szlak.  

Wracałam z kolei autobusem dalekobieżnym ALSA z miejscowości Baga. Kosztuje więcej – 20 EUR, ale jedzie do Barcelony 2 godziny.

Przebieg szlaku

Oficjalnie cały szlak GR 150 zwany Circuito del Cadi lub Volta de Cadi-Moixero ma kształ pętli i ok. 150 kilometrów długości oraz 6600 m w górę. W tym rejonie przebiega też znany szlak Cavalls de Vent który ma 87 km i z pewnymi modyfikacjami stanowi trasę ultramaratonu Salomon Ultra Pirineu.

Chociaż planowałam najpierw tylko GR 150 i odcinek górski GR 150.1, ostatecznie trasę trochę zmodyfikowałam, dołożyłam odcinki i wyszło 187 km i 8800 m w górę. W sumie teren Parku poznałam od podszewki z wyjątkiem fragmentu w pobliżu stacji narciarskiej La Molina (może wrócę tam w zimie). Pętli nie zamknęłam bo powrót autobusem był z innego miejsca niż start. Trochę biegłam, więcej szłam, mając na plecach początkowo około 8 kg, ale ogólnie było light & fast. Całość podzieliłam na 6 etapów.

Etap 1. (Utrx Alp – Refugi Prat d’Aguilo) 28,5 km / +2010 m

Etap 2. – Refugi Prat d’Aguilo – miasto La Seu d’Urgell 43 km / +1500 m

Etap 3. - La Seu d’Urgell – Camping Fornols 30 km / +1415 m

Etap 4. - Camping Fornols – Refugi Luis Estasen 25 km / +1317 m

Etap 5. - Refugi Luis Estasen – Refugi Casa Gresolet 33,5 km / +1920 m

Etap 6. - Refugi Casa Gresolet – Camping Bastareny 27 km / +860 m


Zaczęłam na małej stacji kolejowej w Utrx-Alp z której przejście na szlak prowadzi przez krzaki. Zadanie wstępne polegało na wbiciu się z miasteczka (1180 m) na grań (2100 m npm) i dalej w drogę. Tego dnia i w kolejne przemieszczałam się na zmianę przez lasy, góry i odkryte hale/łąki z widokami na piękne doliny i szczyty. Moimi znacznikami były biało czerwone kreski na drzewach, słupkach lub kamieniach, a gdzieniegdzie układane z kamieni kopczyki.





Ogólnie byłam w tych górach sama – pewnie też dlatego, że robiłam szlak w środku tygodnia, bo w sobotę trochę ludzi się pojawiło. Jednak sądząc po zarośnięciu jego fragmentów (pokrzywy, trawska, brak śladów ludzkich butów) nie jest to mega popularna marszruta. Zamiast ludzi za to często towarzyszyły mi krowy. Pierwszy raz mina zrzedła mi pod koniec pierwszego dnia, gdy na moim single tracku pojawiły się 3 wielkie krówska w kolorze cappuccino.  Ani to obejść ani przeskoczyć. No nie czułam się na tyle wyluzowaną pastuszką, żeby wkroczyć między nie dziarsko wymachując kijkami więc skończyło się na przedzieraniu się przez jakieś krzony z pajęczynami, żeby jednak zachować bezpieczny dystans. Ech miastowe ludzie, krowy się bojom! 


Potem spotykałam ogromne stada prawie każdego dnia i uwierzcie, że jeśli w dolinie jesteś tylko ty i 150 krów z cielaczkami oraz pasący się 10 m ode mnie wielki czarny byk z rogami, można poczuć się deczko niepewnie.

Co prawda lokalesi zapewniali mnie że krowy są przyjazne, jak podchodzą to dlatego, że liczą na to, że dam im lizawkę solną (WTF?!) ale starałam się nie robić zbliżeń. Moje spocone ciało było pod koniec dnia jedną wielką lizawką solną, ale jednak bardziej widział mi się prysznic w refugio niż bycie wylizaną przez wielkie szorstkie jęzory katalońskich krów.

Noclegi

Apropos prysznica i noclegu – plan był na 3x camping  i 3 x refugio, ale z powodu ulewy drugiego dnia skończyło się na dwóch campingach i 4 nocach pod dachem. Trochę powymyślałam sobie od miękiszonów a potem na szybko weszłam na booking i znalazłam blisko campingu hostel za 32 eur ze śniadaniem. Proszę Państwa, to był bardzo dobry ruch.  Po dotarciu do La Seu d’Urgell lunęło tak, że chyba by mnie zmyło z tym namiotem do rowu. Ogólnie campingi są fajne, ale górskie refugia to dopiero mają klimat.  Nawet jeśli kwaterują cię w 8 osobowej sali z 4 paniami i 3 dziadkami, którzy po zgaszeniu świateł zaczynają Chrapando w D-dur i C-moll. Od czego jednak ma się szczelne zatyczki do uszu.




Tak więc nocowało mi się bardzo przyjemnie w refugiach, mogłam tam pogadać z człowiekami swoją łamaną hiszpańszczyzną, mimo że to Katalonia. Wszystkie które odwiedziłam były wspaniałe, schowane w otoczeniu gór. Równie wspaniale smakowała w nich mała, zimna Estrella z widokiem na szczyty. Kiedy siedziałam sobie nad nią i nad mapą po całym dniu wędrówki czułam że robię to, co kocham (czyli walę browka z widokiem na góry :D).

Nawigacja na trasie

Miałam na każdy dzień track gpx w zegarku garmin 945 i jeszcze back-up czyli trasę wgraną do aplikacji Locus Maps w wersji offline. Mimo tego czasem musiałam robić mocne rozkminki, którędy się przedzierać. Szlak GR 150 nie zawsze jest dobrze oznakowany. Gdybym liczyła tylko na znaczki na drzewach, każdy dzień trwałby o wiele dłużej. Trasę przygotowałam sobie jak zwykle w aplikacji plotaroute.com którą uważam za genialną, a potem przerzuciłam pliki gpx do garmina i Locusa.   Ponieważ plotaroute mam i w kompie i w telefonie, podczas wyjazdu siedząc na skwerku byłam w stanie w 15 minut wyrysować sobie nową modyfikację, przegrać ją i podążać wg nowego tracka. Może puryści się oburzą – a gdzie tradycyjne mapy? Gdzie nawigacja wg słońca i mchu na drzewach?

Zostawiam ją dla purystów – zapewniam Was że mój system był niezawodny i bardzo go polecam. Aczkolwiek mapę papierową też miałam i parę razy pomogła, ale raczej przy planowaniu niż nawigowaniu. Zmiana jaką zrobiłam w stosunku do poprzednich wypraw, to ubieranie mojego telefonu w wodoodporne etui podczas deszczu. Dzięki temu dało się bez problemu operować na zabezpieczonym pod folią ekranie.


Ludzie

Kiedy decydujesz się na solo wyprawę, samotność na szlaku musisz wliczać w koszty. Jakoś tak zawsze wybieram niezatłoczone miejsca i tak było praktycznie na wszystkich wcześniejszych wycieczkach – i na Lofotach i w Kornwalii i w Szwajcarii. Tym razem chyba jednak przesadziłam – szlaki gór Cadi Moixero są prawie kompletnie wyludnione. Jeszcze bliżej punktów widokowych i parkingów albo w kluczowych miejscach parku kogoś tam się spotka, ale większość trasy przemierzyłam mając za towarzystwo samą siebie i wspomniane krowy.

Za to w schroniskach mogłam sobie pogadać. Poza jedną nieprzyjemną babą w Gresolet, która z miną jakby chciała mnie wykopać na dwór, odmówiła podania mi prostego dania z karty bo akurat gotowała dla grupy, wszędzie byli super mili i przyjaźni ludzie. W Prat d’Aguilo chłopak z obsługi wcisnął mi rano do ręki zawiniątko z suszonym mango. Energia! – powiedział, a potem pokazał dalszą drogę. W hostelu pogadałam przy śniadaniu z rowerzystą, który tak jak ja przemierzał Cadi Moixero tyle że na dwóch kółkach. Refugi Luis Estasen też prowadzą przemili ludzie – m.in. Jordi, który zrobił dla mnie mistrzowskie katalońskie kanapki z oliwą, pomidorem i serem. 


Z kolei właścicielem Refugi Gresolet jest Jessed Hernandez. Jak powiedziałam, że biegam po górach, to zaczęliśmy gadać i gadaliśmy godzinę. Okazało się że jest zwycięzcą jednej z edycji Ultra Pirineu i wielu innych biegów, ma tytuł mistrza świata w Skyrunningu, a dodatkowo jest kumplem Kiliana Jorneta od dzieciaka. Takiego to miałam rozmówcę.

Tak więc niby sama, a do kogo odezwać się było. Ale oczywiście wrażenia i zachwyty na trasie mogłam wymieniać tylko ze sobą.

TOP 6 widokowych miejsc w Cadi-Moixero:

  • widok ze szczytu Pedraforca i widok z dołu na tę górę
  • łąka Prat de Cadi
  • hala, na której stoi Refugi Prat d’Aguilo

  • droga na przełęcz Coll de Creus (ścieżka geologiczna z czerwonymi skałami)

  • droga na szczyt Comabona i płaskowyż na górze z pasącymi się tam kozicami i końmi

  • małe wioseczki z kamiennymi domami (Ansovell / Cava / Fornols)


Pogoda

Deszcz i burza dopadły mnie parę razy. Tym razem wzięłam ze sobą nie plastikową pelerynkę z kiosku tylko mega fajne poncho Ultra Sil Nano poncho Sea to Summit, które narzucałam na siebie i plecak oraz, co było kluczowe, wodoodporne etui na telefon. 


Gdy zaczynałam słyszeć grzmoty i błyskało się, robiłam hop do poncha, telefon do etui i szłam dalej. Raz tylko  postanowiłam przeczekać wypatrując miejsc, gdzie mogłabym się schować.  Niestety to nie był rejon wielkich drzew – kiedy zaczęło ostro padać, wlazłam pod niewielką choinkę.  Deszcz zamienił się w ulewę, szlak w rwący potok, grzmoty dudniły mi nad głową i nagle zerwała się wichura. No dobra  - bałam się. Pogoda postanowiła jednak powiedzieć jeszcze raz sprawdzam i po chwili na łeb zaczął mi lecieć konkretny grad. Spokojnie, to przejdzie – mówiłam sobie. I przeszło po 40 minutach. Poncho nie przemokło. Ostatnie dwa dni z kolei to był absolutny upał i gdybym miała tak przez cały pobyt to byłoby słabo. Już ten deszcz lepszy.

Jedzenie i picie

Mój zapas startowy na dzień  to było 1,4 litra w dwóch butelkach po 700 ml. Jestem w stanie pić bardzo mało na trasie, chociaż wiem, że to niezbyt zdrowo. Niestety w malutkich pueblach, przez które przechodziłam z reguły nie było ani sklepu, ani baru ani czynnego kranu z wodą. Pamiętam, że w jednym zobaczyłam restaurację, serce uradowało się, bo w butelkach zostało wody na dnie, a potem odczytałam notkę na kartce: Zamknięte na wakacje (WTF!). Udało się na szczęście kupić colę na końcu tej wsi w małym hotelu. Dwa razy taniej niż w schronisku!

Jadłam to co zabrałam z domu czyli liofilizaty a na śniadania owsiankę z bakaliami i orzechami,  zalewane wodą, raz nawet ciepłą z łazienkowego kranu. 2 x w refugio kupiłam bocadillos – kanapki z oliwą i pomidorem oraz serem a raz z tortillą. Pycha! W ciągu dnia wsuwałam batonika i trochę słonych orzeszków.

  Nuda? Samotność?

 Każdy dzień był inny i pełen wrażeń. Na przykład trzeciego  dnia najpierw wypadła mi z kieszeni czapka. Czapka i hiszpańskie lato (nawet chwilami deszczowe) to zestaw obowiązkowy, więc niewiele myśląc schowałam plecak w krzakach i popędziłam w jej poszukiwaniu. Niestety kiedy po 2 km jej nadal nie było, zawróciłam. I tu niespodzianeczka – a gdzie to mój plecak leży? W których krzaczkach? Ano nie wiem. Ej no bez jaj, czapkę mogę sobie darować, ale cały ekwipunek wyprawowy to przesada. Nie zamierzałam zostać pustelnikiem gór Cadi-Moixero żywiącym się korzonkami, więc było lekkie miotanie się ale w końcu zobaczyłam niebieski materiał schowany za krzakiem, uff!



Miałam też dużą dawka adrenaliny podczas wchodzenia na Pedraforcę, bo namówiona przez ludzi ze schroniska wybrałam trasę ze wspinaczką przez Col de Verdet (niby tylko scrambling, ale jak robisz to w samotności mając pod sobą kilkaset metrów skał, to ciśnienie lekko skacze). Warto było jednak dla widoków i tej radości, jaka mnie ogarnęła na szczycie.

**** 

Tak więc kolejna wyprawa w stylu light&fast zaliczona i kolejny raz mogę powiedzieć, że było super. 6 dni włóczenia się po górach – 187 kilometrów, prawie 9 tys. m w górę. To lubię i to mnie kręci! Tak sobie jednak myślę, że jeśli za rok pojawi się opcja zrobić coś takiego w duecie to chętnie. Bo coraz mniej mi chodzi o wyczyn, a coraz bardziej o wspólne doświadczanie i emocje. A w większym gronie zawsze jest to fajniejsze.

poniedziałek, 19 lipca 2021

Plecak Salomon XA 15 – test i recenzja




Miejsce testowania: Tatry Polskie 

Długość trwania testu/pokonany dystans: 3 dni / 70 km / suma podejść +4500 m 

Termin: lipiec 

Warunki pogodowe: słońce, 25-30 st.C, ulewa/burza 

Ktoś mógłby powiedzieć, że co to za test, 3 dni w górach? Te 3 dni były jednak na tyle intensywne i różnorodne, że spokojnie mogę uznać plecak Salomona XA15 za rozpoznany, sprawdzony i gotowy do mojej recenzji z tego „szast-prast” testu. 

Trasa na jakiej go sprawdziłam, to znane tatrzańskie szlaki o bardzo różnej charakterystyce: były odcinki trudne, z łańcuchami, które wymagały używania rąk, odcinki długich stromych podejść, strome, kamieniste zejścia, szybkie zbiegi szlakiem i szybkie zbiegi asfaltem. Dla ciekawych trasy:

Dzień 1.: Kuźnice – Czarny Staw - Zawrat - Świnica – Dolina Gąsienicowa – Karb – Boczań - Kuźnice

Dzień 2.: Palenica Białczańska - Gęsia Szyja – Krzyżne – Dolina 5 Stawów – Szpiglasowy Wierch – Dolina za Mnichem – Morskie Oko – Schronisko w Dolinie Roztoki 

Dzień 3.: (dzień z ulewą i burzą) Schronisko w Dolinie Roztoki – Wielka Siklawa – Palenica Białczańska 

Budowa plecaka 

Salomon XA 15 to można powiedzieć kamizelka biegowa, ale z powiększoną komorą zamykaną w popularnym ostatnio systemie „roll top”, gdzie górna część komory jest po prostu rolowana i ściągana linkami.  Daje to większość elastyczność, jeśli chodzi o ilość bagażu w środku, bo komora jest całkiem duża, ale w razie niewielkiego bagażu da się ją zmniejszyć właśnie przez zrolowanie i dodatkowo skompresować linkami po bokach. 

Wewnątrz komory jest dodatkowa kieszeń na suwak, a na plecach mamy przestrzeń na bukłak z wodą.  Jest też spora kieszeń zewnętrzna naszyta na komorę główną z dostępem do rzeczy potrzebnych na szybko bez konieczności otwierania całego plecaka.  

Z przodu Salomon oferuje w tym modelu aż 7 różnych kieszonek zrobionych z elastycznej siatki – od dużych – mieszczących butelkę/flask o pojemności 0,7 l, aż po małe kieszenie na górnej części pasów naramiennych, gdzie ja spokojnie chowałam telefon i chusteczki.  

System zapinania plecaka to typowa dla kamizelek Salomona linka tworząca pętle o regulowanej długości, które zapina się na klatce piersiowej przy pomocy haczyków.

Są też dwie zaciągane pętelki z tyłu na przymocowanie kijków, co przydało się w Tatrach na szlakach, gdzie używałam nie tylko nóg, ale i rąk. 

Co się w nim zmieściło

Tym razem moja wycieczka light&fast była nietypowa, bo spałam pod dachem, gdzie była zapewniona pościel. Odpadł więc sprzęt typu śpiwór i mata. Mówiąc szczerze nie jest to plecak do transportu takich rzeczy, chyba że mamy ze sobą tylko wkładkę do śpiwora i bardzo małą pompowaną matę. Od biedy da się w nim upchnąć mały letni śpiwór, ale nie zostaje wiele miejsca na inny bagaż.   

W środku miałam to: 


Wygoda sięgania po rzeczy w biegu 

W trakcie wycieczki bez problemu mogłam sięgać po picie w bidonach, batoniki czy telefon, bo wszystko było dostępne z przodu na pasach naramiennych. Dostęp do tego, co mamy na plecach wymaga zdjęcia plecaka (w przeciwieństwie na przykład do kamizelki biegowej Salomona Adv Skin 12, który ma szeroką kieszeń z tyłu, do której można sięgnąć z obu stron bez zdejmowania plecaka. 

Ten model nie jest też przystosowany do przymocowania kołczana na kijki tak jak modele Salomon S Lab Sense, więc żeby po nie sięgnąć trzeba zdjąć plecak. 



Dopasowanie i komfort poruszania się z plecakiem 

Plecaki występują w rozmiarze S/M oraz M/L.  Ja dostałam do testów M/L (mam 174 cm wzrostu). Pierwszego dnia miałam mniej rzeczy w środku i było trochę wrażenie pustej przestrzeni i lekkiej niestabilności na plecach, ale po dociążeniu go większą ilością bagażu spasował się idealnie i siedział na plecach jak przyklejony na długim zbiegu.  Niższym kobietom polecam rozmiar S/M. 

Ogólnie plecak zyskuje po wypełnieniu go większą ilością rzeczy, więc na bieg ultra na dystansie do 100 km będzie moim zdaniem za duży, ale na wycieczkę weekendową albo krótką 3-dniową etapówkę w sam raz. 

Oczywiście poruszając się z nim miałam spocone plecy i mokrą koszulkę ze względu na wysoką temperaturę, ale nie obtarł mnie w żadnym miejscu nawet, gdy był mokry (a często miewam obtarte od plecaka plecy). Siateczka na plecach szybko schnie. 

Wodoodporność 

Materiał plecaka (główna komora) jest wodoodporny. Po godzinnym biegu w totalnej ulewie wyjęłam z niego zupełnie suche rzeczy.  



Dodatkowe uwagi 

  • Do tej pory na wycieczki light&fast używałam plecaka Salomona Peak 30, ale każda z tych wypraw trwała co najmniej tydzień.  Na krótsze wycieczki z noclegiem pod dachem trzydziestka jest zdecydowanie za duża, więc myślę, że XA15 to propozycja w punkt na wyrypkę pomiędzy ultra-setką a biegową 3-dniówką.
  • O trwałości się nie wypowiem, bo co można powiedzieć po 3 dniach. 
  • Ogólnie plecak wymaga raczej minimalistycznego pakowania (zapomnijcie o butach na zmianę, poza sandałami/klapkami na cienkiej podeszwie) ale minimalizm na plecach to szybsze tempo na szlaku, no a jak plecak jest czerwony, to już w ogóle szanse na FKT znacznie rosną. 



sobota, 12 września 2020

Via Valais / Haute Route czyli marszobiegiem przez szwajcarskie przełęcze

 


Via Valais - moja trzecia samotna wyprawa w stylu light&fast (chociaż tym razem najmniej fast za to najbardziej light), ale w rankingu najpiękniejszych szlaków - pierwsza!  

Poprzednim, czyli wyprawie na Lofoty i do Kornwalii nic nie brakowało i absolutnie mnie zachwyciły. Tym razem czułam się jednak przez tydzień jak w reklamie serka Almette i czekolady wiadomo jakiej , z całym jej majestatem 3- i 4-tysięczników, słońcem, górskimi jeziorami i świstakami.  

Co, gdzie, kiedy

200 km przez Alpy Pennińskie (pasmo Alp w Szwajcarii w kantonie Valais) między Verbier a Zermatt, 23-31 sierpnia 2020 r.

Żeby napisać o Via Valais, powinnam najpierw wspomnieć o Haute Route. To szlak prowadzący przez Alpy w kantonie Valais. Liczy sobie +/- 190 km i na bazie tego szlaku powstała właśnie Via Valais, której nazwy nie znajdziecie na mapie (ale w internecie i owszem). A  tak Via Valais opisują jej autorzy, szwajcarscy biegacze górscy:  

"Biegacze górscy mają teraz swoje Grand Tour w Alpach! To biegowa wersja wytyczonej dla narciarzy i piechurów Haute Route. Ta została jednak zaprojektowana przez biegaczy, dla biegaczy. Nazywamy ją Via Valais. Ta wieloetapowa trasa prowadzi przez najpiękniejsze tereny Alp Szwajcarskich, nie tylko w górę i w dół, ale też trawersami wzdłuż dolin. Biegniemy pod licznymi 4000-metrowymi szczytami, wzdłuż lodowców i przez wysokie, alpejskie przełęcze." 

Gdzieś tam w którymś akapicie autorzy trasy dodają, że żeby ją pokonać, to "Alpine experience is almost mandatory". Hehe, wrócę do tego wątku za chwilę.

Oryginalnie Via Valais dzieli się na 9 jednodniowych etapów z dziennym kilometrażem między 17 a 30 km i przewyższeniami między 800 m a 2025 m.  Ja podzieliłam ją na 8 dni i trochę zmodyfikowałam dzienne przebiegi, a nawet samą trasę, o czym poniżej. 

Dodam jeszcze, że chociaż była to już trzecia samotna wycieczka, przed samym wyjazdem robiłam w majty ze strachu równo, a nawet gdzieś tam w duchu miałam nadzieję, że w związku z pandemią Szwajcaria ogłosi nagle zakaz wjazdu dla Polaków, albo LOT odwoła mi połączenie. 

Skąd taka spinka, skoro sama sobie tę trasę wybrałam? A bo wybrałam ją rok temu po powrocie z Kornwalii. Zobaczyłam zdjęcia, opis i od razu były ciary, pewność że "ja tam jadę" i że przygotuję się do niej na fest. Alpejskie przełęcze, skaliste single-tracki nad przepaściami? Wciągnę je nosem po serii przygotowań w Tatrach. No i będę z mężem, zawsze to raźniej we dwójkę. 

Ostatecznie plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością. Ani nie przygotowałam się w Tatrach ani nie pojechałam we dwójkę. Dwukrotna kontuzja achillesa, 2x po 3 miesiące bez biegania, potem covid, zawirowania w pracy małżonka i jego rezygnacja z wyjazdu - to wszystko spowodowało, że na starcie w Verbier stawiłam się sama, bez przebiegniętego w tym roku nawet jednego kilometra w Tatrach. No ale nic, trzeba wziąć tego byka za rogi! Całą swoją pewność i wiarę w siebie mogłam jedynie oprzeć na dwóch filarach: 

pierwszym było słowo "almost"- czyli że to doświadczenie w Alpach, o którym napisali na stronie Via Valais jest PRAWIE obowiązkowe. To była właśnie ta furteczką, przez którą wślizgnęłam się na szwajcarski szlak, PRAWIE przygotowana do tego wyzwania, 

drugim były wszystkie moje biegi górskie i trekingi zrobione wcześniej. Zebrane razem do kupy: Lavaredo, Madera, Istria, Karkonosze, Beskidy, Lofoty, Kornwalia i Pireneje dawały pewien bagaż doświadczeń, którego trzymałam się kurczowo jak pierwszoklasistka worka na kapcie w drodze do nowej szkoły.      

OK, to lecimy po kolei: 

Dzień 1. Verbier do Cabane d'Essertze (32 km, 1334 m)

Zaczyna się bardzo pokrzepiająco. W moim B&B w Le Chable spotykam przy śniadaniu starszego Anglika (72 lata), który przyjechał zrobić jeszcze raz szlak Haute Route. Pokazuje mi szeroką bliznę na czole. To zeszłoroczna pamiątka po tym, jak spadł ze szlaku i zjechał jakieś 100 m w dół urwiska zatrzymując się czołem na kamieniu, po czym zalany krwią jakoś doczołgał się do miasteczka i tam dopiero otrzymał pomoc (tu tost z dżemem staje mi w gardle - może jeszcze nie jest za późno, żeby góry zamienić np. na objazd szwajcarskich miast i jezior). Z Anglika jednak twardy zawodnik  - przyjechał właśnie zrobić ten szlak jeszcze raz, żeby dokończyć projekt. Przy drugim toście postanawiam więc, że też będę dzielna i jednak idę w góry. 

Gospodyni wręcza nam tymczasem po karcie z napisem VIP pass i okazuje się, że to na darmowy wjazd wyciągiem z miasteczka do Les Ruinettes (2200 m npm), gdzie oficjalnie zaczyna się moja trasa Via Valais. Ten wjazd kosztuje normalnie 22 CHF. Fantastique!  Pakujemy się więc razem do gondolki i wtedy pada z ust mojego towarzysza tekst: 

- You don't have Covid, I presume?    

- I presume I don't. - pozostaję w klimacie odpowiadając na tę kwintesencję brytyjskości. 

Na górze, wychodzę z gondolki, jakbym wyszła ze starej szafy prosto do Narnii. 

Ruszam ku pierwszej przełęczy, wąskie ścieżki, kamienie, strome urwiska, chmury, na horyzoncie ośnieżone szczyty, z lewej biega stado górskich koziołków. Ludzi za to jak na lekarstwo. Covid wymiótł turystów. Jest perfekcyjnie. Cały ten dzień jest perfekcyjnym wstępem do mojej wycieczki.   


Trawersik

Znajdź kozicę



Lac de Grand Desert 

Lac de Cleuson

 Za przełęczami trafiam na turkusowy klejnot - Lac de Cleuson, wzdłuż którego leci długi trawers. Jest czas, żeby nacieszyć oczy, są warunki, żeby biec, jestem zachwycona i przeszczęśliwa. Na koniec zostaje mi konkretna dzida w górę, zbieg i wreszcie docieram do Cabane d'Essertze. Mam tu zamówiony nocleg i kolację. Okazuje się, że to kolejny po darmowej gondoli farcik tego dnia, bo przy niedzieli serwują Raclette - szwajcarski serowy specjał. Mogę jeść do woli, tonąc w aromacie topiącego się pod palnikiem sera i w ciekawej rozmowie z gospodarzami, miłą Szwajcarką i dwoma biegaczami, którzy też robią Via Valais, ale na bardzo szybko. 

Maszyneria do Raclette


Cabane d'Essertze

 Dzień 2. Cabane d'Essertze do Cabane Aiguille Rouge (32,6 km, ↗ 1650 m)

Rano budzę się podekscytowana - przede mną dzień z przejściem przez przełęcz Pas de Chevres po drabinach, którego się trochę obawiam. Wyciągam z plecaka zostawionego w głównej sali (z powodu pandemii nie wnosimy plecaków do pokojów, hm...) swój biegowy t-shirt i... zaraz zaraz, czy ktoś mi owinął nim swoje skarpetki?? Wali starymi skarami na kilometr i wtedy dociera do mnie, że t-shircik przyjął głęboki aromat sera Raclette z kolacji. Ups! Mam nadzieję, że to wywietrzeje, ale póki co mam na sobie pamiątkę po uroczej i gościnnej Cabane d'Essertze. Szybka owsianka, kawa i ruszam. Po trawiastych zboczach znów czas na trawers wzdłuż jeziora - Lac de Dix, przy pięknej, gigantycznej tamie Le Grande Dixance. Malownicza ścieżka wzdłuż jeziora jest płaska i da się biec, częściowo tunelami.  

Tu się myłam 

Gospodarze Cabany d'Essertze


Lac de Dix


Ścieżka wzdłuż jeziora nie zawsze jest widokowa

Wreszcie kolory ustępują miejsca kamienistej pustyni, która będzie mi towarzyszyć do końca dnia. Jest majestatycznie, ostro pod górę i znów pusto. Trochę brakuje mi towarzystwa - szczególnie po wesołej wycieczce w Pireneje z czwórką znajomych. Na szlaku jest wtedy raźniej, a już zupełnie bezcenne są te wieczory, gdzie przy piwku czy herbacie można się razem pośmiać i powspominać dzień, albo razem planować następny. 

Z drugiej strony, w samotnej wyprawie jest coś magicznego. Włącza Ci się pełna uważność. Tu i teraz. Głębiej wszystko odczuwasz, rejestrujesz głosy, zauważasz zwierzęta i rośliny. Mózg i zmysły pracują na wyższych obrotach nie dekoncentrowane żadną rozmową ani żartami. Podejmujesz na bieżąco dziesiątki decyzji. To jest ciekawe doświadczenie i mimo, że teraz odczuwam trochę samotność, to lubię ten stan.    

Gdzie te drabiny? Wreszcie po przedzieraniu się przez kamienie i głazy, dostrzegam je. Yyyy! Nie są takie straszne, ale na wszelki wypadek nie patrzę w dół tylko jak najszybciej wdrapuję się do góry licząc sobie kolejno stawiane na stopniach kroki. Uff, jestem na Pas de Chevres! Czas na szampana czyli wodę z bidonu! 





Droga do Cabane Aquille Rouge 

Robię kolację pod ławką


Cabane Aquille Rouge 


Toalety de luxe! 

Pozostaje mi zejść do doliny i tym razem wdrapać się do schroniska zwanego Cabane Aiguille Rouge. Na ostatnich pięciu kilometrach muszę zrobić ponad 400 m w górę. Nagrodą jest przepięknie położona Cabana - wyglądająca z dołu jak orle gniazdo, a z bliska jak schronisko, co ma pięciogwiazdkowy mountain view z kibla. Zabieram się za gotowanie na swojej kuchence, potem czytam (czy pisałam, że tym razem wzięłam czytnik ebooków i to był strzał w dziesiątkę? :) aż w końcu walę się spać.    

Dzień 3. Cabane Aiguille Rouge do Cabane des Becs de Bosson (27 km, 2052 m)

Noc była koszmarem. Dokwaterowali mi do sali dwie kobiety, z których jedna chrapała tak, że chyba wojak Szwejk by jej nie dorównał. Po śniadaniu czeka mnie stromy zbieg do doliny w towarzystwie świstaków, potem miły trawers. Spokój przerywa nagle dziwny łoskot. Po drugiej stronie doliny właśnie zaczęła się kamienna lawina. Wielkie bloki toczą się w dół żlebem jak klocki lego, słychać huk, a po chwili nad doliną unoszą się obłoki szarego pyłu. Czyli te kamienie serio się ruszają? Staram się za dużo o tym nie myśleć, tylko zapamiętuję, że w terenie kamienistym poruszamy się żwawo i nie robimy pikników. 


Śniadanko 





Na górze po lewej Cabane Bec de Bosson

Przede mną konkret zadanie. Zbiec z 2860 m npm do miasteczka na 1340 m, pobrać tam wodę i kasę z bankomatu, a następnie wgramolić się do kolejnej cabany na prawie 3000 m npm. Droga pod górę to piekło, stromo przez las, potem stromo przez jakieś trawiaste zbocza. Jestem tak zmęczona, że wprowadzam system "po każdych 100 m w górę 3 minuty odpoczynku" i jakoś to idzie. Diabelski żarcik czeka na mnie na samej górze, bo tuż pod schroniskiem Bec de Bosson ścieżka nagle leci w dół, gdzie zupełnie bez sensu wytraca się metry tylko po to, by za chwilę znów wspiąć się  górę. 

W schronisku postanawiam wreszcie zainwestować w prysznic - za 10 CHF to pewnie będzie wypasik, gorąca woda i może nawet coś upiorę. Terefere, letnia woda leci najpierw przez 40 sekund, żeby się namoczyć, potem przestaje i człowiek się musi namydlić, a następnie znów leci przez jakieś 1,5 minuty, podczas których szybkimi ruchami trzeba spłukać z siebie pianę. O myciu głowy czy praniu można zapomnieć.   

W cabanie poznaję miłego Szwajcara z siostrzenicą i dwoma Włoszkami. Siedzą ze mną na zewnątrz, gdy gotuję sobie na kuchence wodę na liofa, a potem częstują lokalnym winem, które jest "special welcome local drink". Why not? Umawiamy się wszyscy na oglądanie wschodu słońca następnego dnia.

Fondue





Dobrze nam się znajomość układa więc ekipa szwajcarsko-włoska zaprasza mnie do jadalni na fondue. Kolejny serowy klasyk lokalnej kuchni - czy mój t-shirt jest w stanie przyjąć jeszcze więcej aromatu sera? Dla Szwajcarów fondue to rytuał. Na stole ląduje specjalny podgrzewacz, na tym garnek pełen roztopionego sera gruyera pół na pół z fryburskim Vacherin, kostki chleba, dłuuuugie widelce, wino i multikaloryczną, high-fatową imprezę czas zacząć. Taki garnek sera na 4 osoby kosztuje 88 CHF w schronisku (to po szybkim przeliczeniu 362 złote polskie), więc częstuję się tylko dwoma kawałkami chleba maczanego w serze, bo zjadłam liofilizat, a ekipa szwajcarska szaleje nad fondue wyraźnie wygłodniała. 

Ta noc jest jeszcze gorsza, prawdopodobnie wysokość nad poziomem morza robi swoje, bo budzę się  o 1:40 w nocy i już nie mogę usnąć aż do wschodu. Za to wschód słońca jest piękny!   

Dzień 4. Cabane des Becs de Bosson do Zinal (28 km, ↗ 633  m)

Dziś wreszcie dzień odpoczynkowy. Tylko 633 m w górę, chociaż z drugiej strony sporo w dół. Najpierw muszę uzupełnić wodę, bo w schronisku nie ma bieżącej, jest tylko wystawiany rano i wieczorem baniak z wodą do mycia zębów. Napełniam bidony wodą z jeziorka Lac de Lona, wykorzystując swój drugi nowy gadżet czyli filtr MSR Trailshot Microfilter. Chyba działa, bo po wypiciu 1,5 litra nic złego z moim żołądkiem się nie dzieje. Zbiegam do turkusowego Lac de Moiry, podobno znaną i lubianą trasą dla mtb-riderów i gravelowców. Znów jest przepięknie. Humor mam wyśmienity, bo najbliższą noc spędzę w miasteczku i to ze sklepem, a to oznacza nielimitowaną wodę do picia z kranu, gorący prysznic, pranie i małe zakupy.  Hotelik Le Trift to zdecydowanie dolna półka, ale czuję się tam jak w Holiday Inn. Pokój z umywaleczką i wielkim łóżkiem to aż nadto. Poczucia, że jestem w raju dopełnia zimne piwo Cardinal, krakersy, wifi i wreszcie gorący prysznic. 





Błogość 

Dzień 5. Zinal do Gruben (19,7 km, ↗ 1390 m)

Oryginalnie dzisiejszy dzień prowadzi z Zinal do małego schroniska Turtmanhutte, które jest punktem wypadowym przed przejściem najtrudniejszego miejsca na całej Via Valais czyli przełęczy Schöllijoch na wysokości prawie 3400 m npm, a następnie lodowca.Długo biłam się z myślami, czy jednak nie spróbować, ale rozsądek zwyciężył, bo wygląda to tak. 


Klamry, drabiny, liny i stalówki. Szwajcarska skala trudności T5. Tutaj moje "almost" alpine experience mogłoby nie wystarczyć, a fakt, że idę sama nie dodaje mi odwagi. Rozważałam branie sprzętu do asekuracji, ale kask i lonżę do via ferraty musiałabym kupić, a potem to targać dla tego jednego zejścia, więc ostatecznie odpuszczam. Na pocieszenie obiecałam sobie, że wejdę tego dnia na szczyt wyższy niż 3000 m z przełęczy Forcletta. 

A więc idę. Gdy docieram na przełęcz liczę, że spotkam tam parę osób, bo to akurat jest trasa pokrywająca się z Haute Route. Ku mojemu rozczarowaniu nadal jestem zupełnie sama. Szczyt Omen Rosso (3031 m) chociaż bez szlaku to wydaje się osiągalny, ale lepiej czułabym się w towarzystwie. I wtedy nagle z drugiej strony przełęczy wchodzą na przełęcz oni... cali "na pomarańczowo" czyli Oranje. Trójka Holenderów złożona z ojca, córki i syna reaguje na moją propozycję wejścia na Omen Rosso pozytywnie, więc dołączam się do nich i powoli, po totalnie osypujących się piargach wchodzimy na szczyt. Ja w spódnicy bo #biegamwspódnicy i w ogóle #polkasport. 


Na Omen Roso (3031 m npm)





Jest super, wokół widać wyraźnie ośnieżone czterotysięczniki i jestem troszkę dumna, że tu dotarłam. Wreszcie po zejściu rozstaję z Holendrami i schodzę do Gruben w dolinie Turtmanntal, gdzie czeka mój nocleg. Śmieszna w dobie covidu sala wielosobowa zaprzecza wszelkim obostrzeniom, ale na wszelki wypadek ludzie zajmują co drugi materac. Nagle słyszę polski głos. To Max i Ula - fajna para podążająca Haute Route, którzy też będą tu nocować. Oj brakowało mi takiej zwykłej rozmowy przy piwku w rodzimym języku. Jeszcze kolacja pod drzewem z widokiem na wioskę i wieczór mija bardzo fajnie. 

Social distance? :)



Moja kuchnia

Dzień 6. Gruben do Täsch (Zermatt) (33,6 km, ↗ 2039 m)

Rano wszystkie szwajcarskie (czyt. precyzyjne) prognozy mówią, że po południu piękną pogodę szlag trafi. Strasznie mi szkoda - dzień 7. miał być spektakularny - wiszący most nad Randą, Europaweg i znów 3 tysięcznik. Postanawiam przemodelować plan i jeszcze dziś dotrzeć do wiszącego mostu, chociaż oznacza to więcej pionu i więcej kilometrów. Do roboty! 

Tabliczka w Gruben pokazuje, że na przełęcz Augstbordpass położoną 1000 m wyżej, można się dostać w 3 godziny. Tak zasuwam, że robię to w 1:55, póki co przy pięknej pogodzie i oczywiście znów w samotności. Mijam jedną parę wędrowców. Zbiegam przez kolejną pustynię pełną głazów, grając w kamienne bierki czyli stąpaj tak, żeby nie poruszyć kamieni, bo cholera wie, czy gdy one wyjadą spod nóg to nie uruchomią tych leżących wyżej. Żeby zdążyć na most przed deszczem, decyduję się na szybki zjazd gondolką z Jungen do miasteczka, skąd będę biegła do Randy. Zejście tam prowadzi przez las (zero widoków), jest bardzo strome, bo krótkie i ponoć nieciekawe. 


Na przełęczy Augstbordpass 



Na dole, już po 10 minutach ruszam biegiem w kierunku Randy. Przede mną 9 kilometrów wzdłuż oznakowanej na stałe trasy Zermatt Marathon. Mój plecak od początku był lekki, bo razem z wodą i żarciem ważył 6,5 kg (mało ciuchów, bez namiotu i śpiwora), więc nie przeszkadza w biegu. W Randzie robię podejście pod most - jebutny pion, 600 m w górę na niecałych 3 kilometrach, ale zasuwam co sił w nogach, bo czuję na twarzy pierwsze krople deszczu. Muszę zdążyć, muszę zdążyć! Tu już spotykam sporo osób, ale wszyscy schodzą i niektórzy przestrzegają mnie, że trasa jest ciężka, a ma padać. 

Wreszcie jest! Hängebruecke czyli piekny, półkilometrowy wiszący most. Robię foty, kręcę filmik, ale nagle po przejściu 20 metrów spoglądam w dół, czuję że on się cały buja i łapie mnie panika. W głowie mam tylko abstrakcyjny, komiksowy obraz zrywającego się mostu i wylatujących w powietrze ludzików. Oczywiście jak to u Szwajcarów, zamocowany jest super solidnie, ale głowa mi szaleje, a nawet każe robić odwrót. Nie ma jednak takiej opcji, bo nie po to tyle się namęczyłam, żeby tu dotrzeć. No i muszę napierać do przodu, a nie cofać się. Przełamuję w głowie swoje lęki i nie patrząc w dół pokonuję te pół kilometra po 70-centymetrowej gibiącej się kładce. Brawo ja! Brawo moja głowa! Za mostem wyżymam z potu koszulkę. 

Jestem zwycięzcą!  



Hostel w Zermatt

Zbiegam potem do Randy i lecę dalej do Taesch, ale że właśnie zaczyna lać, to łapię pociąg do Zermatt i podjeżdżam jeden przystanek, żeby zaczekować się tam w hostelu.     

Dzień 7. Zermatt do Mountain Lodge Ze Seewjinu (15,1 km, ↗ 1000 m)

Bez-na-dzie-ja! Wszystko zamglone i kropi! Nici z wycieczki po szlaku Europaweg, bo niedługo ma zacząć znów lać, a wyżej padać śnieg. W swoich Brooksach Cascadia nie mam tam czego szukać. Już w Karkonoszach na skałach dały popis NIE-przyczepności. Niestety mam zabukowany i opłacony nocleg w kolejnym schronisku w górach, więc muszę tam się znaleźć. 

High-tech ultra-light wdzianko przeciwdeszczowe

Stąd miało być widać Matterhorn

Spodnie przeciwdeszczowe, foliowe poncho i napieram w sporym już deszczu mijając po drodze tylko trenujących przed jutrzejszymi zawodami rowerowymi Enduro World Series ubłoconych bikerów. Dociera do mnie, że nie zobaczę wisienki na torcie tej wyprawy czyli szczytu Matterhorn. Robię nawet dodatkową wycieczkę w deszczu i błocie nad jezioro Stellisee skąd jest ponoć najlepszy widok na Matta, ale zamiast niego, jest tam "szara ściana". Ech, trzeba więc będzie tu kiedyś wrócić.      

Dzień 8. Mountain Lodge Ze Seewjinu do Zermatt (11,3 km, ↗ 60 m)

No cóż, a miało być tak pięknie. Zamiast triumfalnego pożegnania z Alpami i fotki z Matterhornem mam znów zejście w deszczu do Zermatt, skąd o 14 odchodzi mój pociąg do Genewy. Dekuję się na 3 godziny w MacDonaldzie, bo jest zimno a ja mam wszystko mokre i czekam. I podsumowuję. 

Tak naprawdę była to wspaniała i najpiękniejsza moja wyprawa oraz kolejna super ciekawa przygoda biegowo-trekkingowa. Słońce 6/8 dni to w sumie i tak doskonały wynik (np. w porównaniu z deszczową Kornwalią) więc nie będę narzekać. Całej Via Valais nie zrobiłam, chociaż do mety, dotarłam, pokonując 200 km i  10.158 m w górę. Wiadomo że w górach karty rozdaje pogoda i nie ma co kląć - trzeba brać co jest. 

Także, jakby komuś przyszło do głowy zobaczyć z bliska trochę Alp to ten rejon bardzo polecam! Ja zamierzam odwiedzić go jeszcze raz, chociażby po to, żeby wreszcie zobaczyć na własne oczy to: 

Fot.: https://elevation.alpsinsight.com/via-valais-stage-9/