Apetyt rośnie w miarę jedzenia. 5 już nie wystarcza, teraz chce się 10. No to będzie 10 - w Biegnij Warszawo, gdzie wystartuję z pięknym numerkiem 1750 czyli ustawią mnie na starcie w długiej kolejce do startu.
Tylko to mnie chyba może zmobilizować do treningów na 10 km, bo tak to mi sie nie chce :-), a teraz po prostu będę musiała się wziąć za dłuższe dystanse. Nawet nie wiem, w ile czasu przebiegam ten dystans.
Ale ta dycha to max, żadnych pólmaratonów, szkoda mi kolana ... :-)
Blog o bieganiu w damskim wydaniu. Po mieście, po lesie i górach - wszędzie, byle do przodu...i w górę :)
środa, 28 lipca 2010
niedziela, 25 lipca 2010
Biegowy wieczór pełen wrażeń
Zadowolona. Zmęczona. Pod wrażeniem.
Tyle mogę powiedzieć o sobie po wczorajszym XX-tym Biegu Powstania Warszawskiego. Rano jeszcze marudziłam - że się wcale nie ochłodziło, że nie pada, że czuję się ociężale i prędzej dotoczę się do mety niż dobiegnę.
A wieczorem kiedy dotarłam na miejsce startu, okazało się że jest rześko, wieje wiaterek, zewsząd nadciągają biegacze w żółtych koszulkach a wokół panuje świetna atmosfera.
To był mój drugi bieg na 5km (a właściwie podobno na 5 km minus 35 metrów z przyczyn organizacyjnych :-D) więc mogę już porównać z tym z Ursynowa.
Wczorajszy bieg:
a) miał o wiele lepszy doping na trasie (szczególnie na Krakowskim Przedmiesciu) - ludzie klaskali, wołali i to było bardzo fajne
b) był o wiele bardziej wyjątkowy (ludzie, także dzieciaki, poprzebierani za powstańców, sygnały syreny alarmowej z powstania, piosenki, itd., no i zmrok-to tworzyło tę atmosferę)
c) był szybszy niż Bieg Ursynowa - czułam że tempo było wyższe chociaż, brawo, brawo, zapomniałam zabrać z domu zegarek i biegłam na pałę bo nawet nie było oznaczeń, kiedy mijamy który kilometr
d) i trochę dziegciu teraz: na starcie był straszny tłok, co mi sie nie podobało. Po przecieciu linii startu przez jakies 15-20 sek. nadal truchtałam mozolnie tak jak po strzale, bo po prostu nie było miejsca żeby sie rozpędzić. Poza tym zaliczyłabym prawie glebę, bo jakis koles zabiegł mi przed nosem drogę. Ale rozumiem że na biegach masowych tak bywa a tu było ponoc prawie 4 tys. osób (w tym chyba 1220 bieglo na 5 km)
e) okazało się że finisz pod górkę da się zrobić jak się uwierzy że można (może mi pomogło bieganie w Chorwacji)
A na koniec o 22:30 dostałam sms-a :-))) :
SIWON EWA, nieofic. msc open 187, czas 00:24:19 netto: 00:23:57 K30-5
W przyszłym roku też bym chciała pobiec, mam nadzieję że na dychę.
A tak, BTW, ciekawe dlaczego klasyfikacja na biegach podawana jest wg czasu brutto, skoro są pomierzone czasy netto, które jak rozumiem pokazują faktyczny czas od przecięcia przez konkretną osobę linii startu do przecięcia linii mety?
Tyle mogę powiedzieć o sobie po wczorajszym XX-tym Biegu Powstania Warszawskiego. Rano jeszcze marudziłam - że się wcale nie ochłodziło, że nie pada, że czuję się ociężale i prędzej dotoczę się do mety niż dobiegnę.
A wieczorem kiedy dotarłam na miejsce startu, okazało się że jest rześko, wieje wiaterek, zewsząd nadciągają biegacze w żółtych koszulkach a wokół panuje świetna atmosfera.
To był mój drugi bieg na 5km (a właściwie podobno na 5 km minus 35 metrów z przyczyn organizacyjnych :-D) więc mogę już porównać z tym z Ursynowa.
| Fotka z początku biegu - robił Wojtek |
a) miał o wiele lepszy doping na trasie (szczególnie na Krakowskim Przedmiesciu) - ludzie klaskali, wołali i to było bardzo fajne
b) był o wiele bardziej wyjątkowy (ludzie, także dzieciaki, poprzebierani za powstańców, sygnały syreny alarmowej z powstania, piosenki, itd., no i zmrok-to tworzyło tę atmosferę)
c) był szybszy niż Bieg Ursynowa - czułam że tempo było wyższe chociaż, brawo, brawo, zapomniałam zabrać z domu zegarek i biegłam na pałę bo nawet nie było oznaczeń, kiedy mijamy który kilometr
d) i trochę dziegciu teraz: na starcie był straszny tłok, co mi sie nie podobało. Po przecieciu linii startu przez jakies 15-20 sek. nadal truchtałam mozolnie tak jak po strzale, bo po prostu nie było miejsca żeby sie rozpędzić. Poza tym zaliczyłabym prawie glebę, bo jakis koles zabiegł mi przed nosem drogę. Ale rozumiem że na biegach masowych tak bywa a tu było ponoc prawie 4 tys. osób (w tym chyba 1220 bieglo na 5 km)
e) okazało się że finisz pod górkę da się zrobić jak się uwierzy że można (może mi pomogło bieganie w Chorwacji)
A na koniec o 22:30 dostałam sms-a :-))) :
SIWON EWA, nieofic. msc open 187, czas 00:24:19 netto: 00:23:57 K30-5
W przyszłym roku też bym chciała pobiec, mam nadzieję że na dychę.
A tak, BTW, ciekawe dlaczego klasyfikacja na biegach podawana jest wg czasu brutto, skoro są pomierzone czasy netto, które jak rozumiem pokazują faktyczny czas od przecięcia przez konkretną osobę linii startu do przecięcia linii mety?
czwartek, 22 lipca 2010
"Panta rhei"
...a najbardziej ja. Mamy czwartek, godz. 10:20, temperatura na zewnątrz 32 st. C - właśnie wróciłam z treningu na Moście i Trasie Siekierkowskiej. Tylko 6 km ale pot dosłownie kapie mi na klawiaturę. Muszę jednak poczekać i oddać całą wodę, która jest do oddania po biegu, bo inaczej po 1-szym prysznicu będę musiała brać za 5 minut drugi.
Ten trening to nie dlatego że mi się nudzi, tylko w związku z sobotnim "biegiem powstańczym". Co prawda warunki będa kompletnie inne, ale chyba lepiej trenować w trudniejszych niż łatwiejszych. Pod warunkiem że się nie padnie od udaru ;-)
Cieszę się na ten bieg, bo to będzie coś specjalnego - wieczór, inscenizacje powstańcze, szpaler kibiców z lampkami. Może być naprawdę niezapomnianie.
Tymczasem dziś podczas biegu tak sobie pomyślałam że mogę nie dać rady zrobić sensownego finiszu na ul Sanguszki bo do mety biegnie się pod górkę. Nie chciałabym tego przespacerować, ale jak dostanę mroczków przed oczami to innego wyjścia nie będzie. Najwyżej metę przetnę dostojnym krokiem, hehe ;-) Może nawet marszowym w takt piosenki "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią się chłopcy spod "Parasola". To by było coś!
Druga myśl jaka mnie naszła - nieco przyjemniejsza - to że może warto by wreszcie kupić pulsometr i wydostać się z tego chaosu a właściwie stać się bardziej świadomą biegaczką. Tylko oczywiście pojawia się problem - jak z co najmniej 100 pulsometrów dostępnych na rynku wybrać ten optymalny???!!!! Ratunku! A może miCoach skoro biegam w adikach... Musze zrobić rozeznanie.
Ten trening to nie dlatego że mi się nudzi, tylko w związku z sobotnim "biegiem powstańczym". Co prawda warunki będa kompletnie inne, ale chyba lepiej trenować w trudniejszych niż łatwiejszych. Pod warunkiem że się nie padnie od udaru ;-)
Cieszę się na ten bieg, bo to będzie coś specjalnego - wieczór, inscenizacje powstańcze, szpaler kibiców z lampkami. Może być naprawdę niezapomnianie.
Tymczasem dziś podczas biegu tak sobie pomyślałam że mogę nie dać rady zrobić sensownego finiszu na ul Sanguszki bo do mety biegnie się pod górkę. Nie chciałabym tego przespacerować, ale jak dostanę mroczków przed oczami to innego wyjścia nie będzie. Najwyżej metę przetnę dostojnym krokiem, hehe ;-) Może nawet marszowym w takt piosenki "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią się chłopcy spod "Parasola". To by było coś!
Druga myśl jaka mnie naszła - nieco przyjemniejsza - to że może warto by wreszcie kupić pulsometr i wydostać się z tego chaosu a właściwie stać się bardziej świadomą biegaczką. Tylko oczywiście pojawia się problem - jak z co najmniej 100 pulsometrów dostępnych na rynku wybrać ten optymalny???!!!! Ratunku! A może miCoach skoro biegam w adikach... Musze zrobić rozeznanie.
niedziela, 18 lipca 2010
Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni
To trochę na wyrost z tymi wakacjami, bo tylko na weekend wyjechali, ale dla starych spragnionych „wolnego” dobre i to.
Odstawiwszy w piątek synów (sztuk dwie) do domku cioci w bezpiecznej odległości od Warszawy, rzuciliśmy się z małżonkiem Wojtkiem jak wygłodniałe psy na ten czas wolny. Ja na przykład natychmiast zapakowałam się i pojechałam z kumpelą na pt i całą sobotę w skałki na Jurę – w pełni świadoma, ile celsjuszy możemy tam spotkać. Tymczasem Wojtek również w pełni świadomy prognoz miał plan gotować się w sobotę w słońcu na swoim motocrossie. Tak, tak, jako małżeństwo z pewnym stażem oddajemy się swoim niektórym pasjom solo, co jest nawet fajne, bo przynajmniej jest o czym pogadać później.
A zatem ja oddałam się skałkom – było intensywnie, gorąco jak w piecu (pomimo wyszukania 3 miejscówek do wspinania w cieniu), komarowo, ale jakże zaje…ście. Uwielbiam to uczucie, kiedy mknę do Warszawy katowicką ledwo mogąc utrzymać rękami kierownicę ze zmęczenia ;-)
Po 21-ej dotarłam do chaty. W pokojach dziecięcych głucha cisza, więc wzięłam zimny prysznic i uderzyliśmy na miacho. My ludzie z Wawra nie chadzający za dużo do knajp wieczorami z uwagi na wspomnianych synów, byliśmy w szoku, jak wygląda Warszawa na odcinku od palmy na De Golu do Starówki. Ludzie, bary, kawiarnie, wszystko pełne, tętniące życiem, a nie tak jak kiedyś zamarłe po zmroku. Trafiwszy na ten szlak szalonej konsumpcji postanowiłam zapomnieć od dietach i tym, że mam jeszcze pobiegać rano i z radością spożyłam najpierw kebaba, następnie białe zimne wino w Zakąskach, a zakończyłam świetnym mojito na Skwerze. Ech, chyba wykupię podopiecznym abonament na częstsze pobyty u cioci.
Pełnia szczęścia została dopełniona rano, kiedy po zwleczeniu obolałego cielska z wyrka o 8:00 stwierdziłam, że jest nawet dość chłodno i bieg ma wreszcie szanse być przyjemny. I był, chociaż miał tylko między 5-6 km, bo po sobotnich wygibasach na skale oraz szlajaniu się po mieście nie miałam siły na więcej. Tak w ogóle to tej siły i ochoty wcale nie miałam, ale Bieg Powstania już w następną sobotę, a to zobowiązuje, żeby jednać coś tam potrenować przed.
Odstawiwszy w piątek synów (sztuk dwie) do domku cioci w bezpiecznej odległości od Warszawy, rzuciliśmy się z małżonkiem Wojtkiem jak wygłodniałe psy na ten czas wolny. Ja na przykład natychmiast zapakowałam się i pojechałam z kumpelą na pt i całą sobotę w skałki na Jurę – w pełni świadoma, ile celsjuszy możemy tam spotkać. Tymczasem Wojtek również w pełni świadomy prognoz miał plan gotować się w sobotę w słońcu na swoim motocrossie. Tak, tak, jako małżeństwo z pewnym stażem oddajemy się swoim niektórym pasjom solo, co jest nawet fajne, bo przynajmniej jest o czym pogadać później.
A zatem ja oddałam się skałkom – było intensywnie, gorąco jak w piecu (pomimo wyszukania 3 miejscówek do wspinania w cieniu), komarowo, ale jakże zaje…ście. Uwielbiam to uczucie, kiedy mknę do Warszawy katowicką ledwo mogąc utrzymać rękami kierownicę ze zmęczenia ;-)
Po 21-ej dotarłam do chaty. W pokojach dziecięcych głucha cisza, więc wzięłam zimny prysznic i uderzyliśmy na miacho. My ludzie z Wawra nie chadzający za dużo do knajp wieczorami z uwagi na wspomnianych synów, byliśmy w szoku, jak wygląda Warszawa na odcinku od palmy na De Golu do Starówki. Ludzie, bary, kawiarnie, wszystko pełne, tętniące życiem, a nie tak jak kiedyś zamarłe po zmroku. Trafiwszy na ten szlak szalonej konsumpcji postanowiłam zapomnieć od dietach i tym, że mam jeszcze pobiegać rano i z radością spożyłam najpierw kebaba, następnie białe zimne wino w Zakąskach, a zakończyłam świetnym mojito na Skwerze. Ech, chyba wykupię podopiecznym abonament na częstsze pobyty u cioci.
Pełnia szczęścia została dopełniona rano, kiedy po zwleczeniu obolałego cielska z wyrka o 8:00 stwierdziłam, że jest nawet dość chłodno i bieg ma wreszcie szanse być przyjemny. I był, chociaż miał tylko między 5-6 km, bo po sobotnich wygibasach na skale oraz szlajaniu się po mieście nie miałam siły na więcej. Tak w ogóle to tej siły i ochoty wcale nie miałam, ale Bieg Powstania już w następną sobotę, a to zobowiązuje, żeby jednać coś tam potrenować przed.
wtorek, 13 lipca 2010
wracamy do normy
Kanikuła się skończyła i czas wrócić do normalnego rytmu tygodniowego czyli 2-3x sobie biegamy i 2x się wspinamy. Niestety te 32C za oknem to zdecydowanie nie jest normalny rytm, ale skoro w mrozie biegałam to i w upale pobiegam. Poza tym wczoraj wspinałam się w upale na ściance i przeżyłam, a więc test your body!
Dzisiejszy trening rozpoczełam o 7 rano jakże mile zaskoczona - spodziewałam się patelni od świtu a tu okazało się że temperatura była idealna, chmurki na niebie i naprawdę aż się chciało. Na początku jednak ciało za bardzo nie chciało. Po starcie mój bieg kojarzył mi się z bajką Tuwima "ruszyła maszyna po szynach ospale, szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem..." Przez pierwsze 500 m czułam się właśnie jak zardzewiała ciuchcia ze stalowym podwoziem, jednak jakoś się rozkręciłam z czasem i potem szło w miarę gładko. 6km wykonane, chociaż bez planowanych mini-sprintów. To następną razą, obiecuję.
Natomiast o godzinie 13 w skwarze piekielnym dotarłam do biura zawodów Biegu Powst. Waw. gdzie odebrałam żółty jak jajecznica t-shirt okolicznościowy oraz numer startowy i okolicznościowy worek na śmieci, też ze starannie przyklejonym numerem. Był także.. 10-proc. kupon rabatowy na kawę w Icoffee dla klientów Banku PKO - chyba coś się komuś pomyliło przy konstruowaniu pakietów :-)
Teraz to już się cieszę że bieg jest wieczorem. Gdyby Ursynów Interrun ze swoją godziną startu o 13:00 odbywał się w tym tygodniu to chyba potrzebne by były spryskiwacze ogrodowe na trasie do polewania zziajanych zawodników, nie mówiąc o leżankach dla omdlałych ;-)
Dzisiejszy trening rozpoczełam o 7 rano jakże mile zaskoczona - spodziewałam się patelni od świtu a tu okazało się że temperatura była idealna, chmurki na niebie i naprawdę aż się chciało. Na początku jednak ciało za bardzo nie chciało. Po starcie mój bieg kojarzył mi się z bajką Tuwima "ruszyła maszyna po szynach ospale, szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem..." Przez pierwsze 500 m czułam się właśnie jak zardzewiała ciuchcia ze stalowym podwoziem, jednak jakoś się rozkręciłam z czasem i potem szło w miarę gładko. 6km wykonane, chociaż bez planowanych mini-sprintów. To następną razą, obiecuję.
Natomiast o godzinie 13 w skwarze piekielnym dotarłam do biura zawodów Biegu Powst. Waw. gdzie odebrałam żółty jak jajecznica t-shirt okolicznościowy oraz numer startowy i okolicznościowy worek na śmieci, też ze starannie przyklejonym numerem. Był także.. 10-proc. kupon rabatowy na kawę w Icoffee dla klientów Banku PKO - chyba coś się komuś pomyliło przy konstruowaniu pakietów :-)
Teraz to już się cieszę że bieg jest wieczorem. Gdyby Ursynów Interrun ze swoją godziną startu o 13:00 odbywał się w tym tygodniu to chyba potrzebne by były spryskiwacze ogrodowe na trasie do polewania zziajanych zawodników, nie mówiąc o leżankach dla omdlałych ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

