środa, 15 czerwca 2016

Szybki numerek, który cieszy

...czyli dlaczego fajnie czasem wystartować na piątkę.


Pąpkinsowa ekipa po biegu :) Rob, Paweł, ja i Groszek

Będzie o 10. Biegu Ursynowa na 5 kilometrów
Niby pikuś, a stresowałam się przed nim prawie jak przed ultra. Motylki w brzuchu, muszę do toalety i te sprawy. Przed pięcioma marnymi kilometrami?
Ano tak, bo to bieg, podczas którego trzeba zmusić swój organizm do maksymalnego wysiłku. Uruchomić płuca i nogi, sterować dobrze głową i zapomnieć o jakiejkolwiek strefie komfortu (mówię o starcie na 5km w wersji nierekreacyjnej).

Znam ludzi, co mają biegowy staż, że hoho, a nigdy nie wystartowali na piątkę. I trochę się nie dziwię, bo jeśli do tego dochodzi dojazd, logistyka rodzinna, cena pakietu, to kalkulujemy, kalkulujemy i ni cholery nie wychodzi że dla dwudziestu lub dwudziestu paru minut biegu się taki start opłaca.

Myślę jednak, że start na 5 km warto czasem zrobić. 
  • Po pierwsze, żeby go pobiec na maksa czyli wejść w strefę WT (wytrzymałość tempowa - ciekawy artykuł), trzeba się zmusić do mocnych treningów. I tu już same treningi stają się potem wartością dodaną do naszej ogólnej formy, bo jak wiadomo mocne treningi dają moc. Taka mądrość ludowa, łoj dyry dyry. 
  • Po drugie piątka fajnie odmula nogi. Ultraludziki takie jak ja, często w sezonie przebiegają setki kilometrów, ale większość w wolnym lub średnim tempie. Jest siła w nogach, jest baza tlenowa, ale szybkości nie za wiele. A szybkość też się przydaje na ultramaratonie, jeśli za cel bierzemy nie tylko dotrzeć do mety, ale też się trochę pościgać.
  • Po trzecie to zawody, które dają radochę bo są krótkie i konkretne. Start, gaz, meta, zgon. Człowiek czuje, że konkretnie pobiegał, a jak dojdzie do siebie, to jeszcze cały dzień przed nim, który można miło spędzić. 
A zatem postanowiłam zmierzyć się już po raz trzeci z Biegiem Ursynowa. Pierwszy raz biegłam go w 2010 r. (to był mój debiut na zawodach biegowych), 

Ja po debiucie biegowym w zawodach - Ursynów 2010 r.
a moja ostatnia życiówka na 5 km padła właśnie na Ursynowie w 2013 roku (22:07). Od tamtej pory biegłam tylko raz ten dystans nie poprawiając wyniku. 
Czy to w ogóle ma szanse się udać? - myślałam smętnie. Czy chociaż zbliżę się do życiówki po totalnym przestawieniu się na trail? No ale że lubię wyzwania to zapisałam się i ruszyłam do roboty treningowej.

300-tki 400-tki, 500-tki, kilometrówki, dwukilometrówki. Wszystko na pełnym albo prawie pełnym gazie. O dziwo biegało mi się te treningi całkiem nieźle. Dyszałam na nich jak lokomotywa, ale czułam, że daję radę i nadzieja na zbliżenie się do życiówki, a może nawet delikatne złamanie 22 minut (czyli 21:55 to szczyt marzeń) rosła.


11 czerwca - Yes, I KEN 



Ursynów przywitał zawodników nawet niezłą pogodą. Upał zelżał, chmurki konkurowały ze słońcem, tylko niestety wzdłuż KEN-u (czyli głównej arterii, którą poprowadzono trasę w kształcie agrafki) wiał sobie dość konkretny wiatr. No, ale nie można mieć wszystkiego. 
Po rozgrzewce (podczas której spotkałam Pąpkinsa "Groszka" biegnącego na podobny czas) zrobiło mi się raźniej, stresik przedstartowy minął i byłam gotowa do boju. Uznałam, że taktycznie stanę sobie na tej samej linii co zając na 22 minuty i jak się da to na 3-cim albo 4-tym go wyprzedzę. Trenejro zachęcił mnie do próby biegu po 4:20, skoro tak zacnie mi wychodziły treningi, ale wydawało mi się to szaleństwem. Co innego latać kilometrówki z przerwą a co innego ciągiem 5 km w tym tempie. Ale OK, trasa płaska, szybka, nic tylko rzucić wszystko na jedną szalę. 

Początek nastroił mnie pozytywnie, bo biegłam po 4:15 czy coś w tych okolicach i nie umierałam. 
Po nawrotce szyki chciał pokrzyżować mi wiatr, więc ciut zwolniłam, ale zamieniłam się w draftingującą parówkę i chowałam za plecami co bardziej barczystych i szybszych zawodników. Myk za jednego...oj zwalnia... to myk za drugiego... i tak dociągnęłam do kolejnej nawrotki, po której miało wiać w plecy. 
Zając był ciągle w zasięgu wzroku, więc uznałam, że niedługo czas będzie się pożegnać. Depnęłam lekko pedał gazu i bye bye zajączku. Zaczęło być wtedy naprawdę ciężko, ale mówiłam sobie - przecież bardzo chcesz, więc nie spiernicz tego właśnie teraz. 
Na zegarek spojrzałam 800 metrów przed metą i ta końcówka była naprawdę umieraniem - czyli jednak najpierw zgon a potem meta a nie na odwrót?
Z drugiej strony głowa mówiła - hej, to przecież TYLKO 800 metrów. Mniej niż kilometr, dasz radę! No i dałam - zegarek pokazał mi na mecie 21:34 co spowodowało po prostu opad szczęki. No tego się nie spodziewałam.

Firma STS-timing dała wstępnie ciała z pomiarami czasu, bo z pierwszego sms-a od nich wynikało, że poleciałam w 21:15, ale nie uwierzyłam w taki cud i czekałam na korektę. Jak się okazało, wszystkim wyliczyli lepsze czasy netto niż w rzeczywistości i dopiero po godzinie przyszły poprawione wyniki czyli oficjalnie u mnie: 21:33. 32-gie miejsce w open K (na 507 kobiet). 

Powiem szczerze, że ten szybki numerek z KEN-em dał mi dużo satysfakcji. Rozegrałam go nieźle taktycznie biegnąc kolejne kilometry po 4:14, 4:21, 4:21, 4:19 i 4:11. Niby drobiażdżek, niby mała rzecz, a jak cieszy i przywraca wiarę, że jeszcze nie jestem skazana na jak to ostatnio niektórzy pisali ultramaratońskie człapanie. Czuję teraz moc i szybkość w nogach i tego właśnie było mi trzeba.


No i oczywiście apetyt rośnie, więc jak się uda to chciałabym jeszcze w tym roku polecieć szybko dychę, a na maratonie złamać 3:30, ale to już na jesieni, bo chwilowo wracam jednak do treningów górskich.  W końcu w lipcu przede mną DFBG czyli Ultra Trail 65 km w Lądku. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza