poniedziałek, 25 stycznia 2016

69 dni orbitowania bez cukru - procedura startowa



Na orbitę weszłam już co prawda 10 dni temu, ale w skrócie opiszę, na czym będzie polegać to (nie ukrywajmy!) wyzwanie i gdzie czają się małe oszustwa (bo takie będą :D).

Skąd pomysł? 
Nie jest to pomysł nowy - 2 lata temu też tak zaczęłam rok, a nawet bardziej radykalnie, bo odrzuciłam wtedy gluten. Nie jestem jednak przekonana, że ten gluten mi jakoś szkodzi, nie mam celiakii i zjedzenie dobrej jakości chleba nie powoduje u mnie żadnych problemów, więc gluten zostaje. 

Za to cukier... Umówmy się, że problemów też na pierwszy rzut oka nie powoduje. Ba, nawet wręcz przeciwnie - to jego brak powoduje pewien problem, a mianowicie "wkurw i nerwowość".  Nie jestem słodyczoholikiem i nigdy w życiu nie zaliczyłam jednorazowo więcej niż pasek czekolady, a akcje typu tabliczka na jedno posiedzenie są mi obce, ale słodycze lubię. Raczej więc mam problem z drobnym, ale częstym skubaniem słodkości niż z hurtowym załadunkiem na raz.
Postanowiłam się od tego uwolnić, odzwyczaić od tego skubania, tym bardziej, że już do jednego wyzwania pąpkinsowego pod tytułem Wytop się dopisałam i progres marny póki co.
No i oczywiście, (zieew!) znów robimy wagę startową. Jeszcze mi się nie udało radykalnie schudnąć podczas biegania, ale nie ukrywam fajnie by było sprawdzić, jak się śmiga mając parę kilo mniej.
No więc ogólnie stąd pomysł.

Czemu tak długo i kiedy to się skończy? 
69. Dni. A czemu by nie?
To wystarczająco długo, żeby odzwyczaić leniwe kubki smakowe od wyczuwania cukru wyłącznie w słodyczach. To z drugiej strony na tyle krótko, żeby nie wpaść w czarną depresję spowodowaną myślami - o nie, już nigdy nie zjem nic słodkiego. W sumie to nie wiem, dlaczego akurat tyle czasu, ale gdy spojrzałam w kalendarz, kiedy będzie koniec mojego wyzwania, to okazało się, że prawie zbiega się on w czasie z Warszawskim Półmaratonem. Będzie okazja, żeby to uczcić porządnym przedstartowym brownie, hehehe :)

fot. i przepis: http://thevegan8.com/2014/01/28/fudgy-coconut-butter-brownies/

Tak na serio, to liczę, że nie będzie mnie już ciągnąć do słodyczy po tym całym orbitowaniu bez cukru.

Czego nie jem, co jem i gdzie oszukuję? 

Nie jem słodkości tzw. przetworzonych czyli tego wszystkiego, co można znaleźć w sklepach na regałach z napisem słodycze. Do widzenia ciastka, nutello, czekolado, lody, słodkie serko-jogurty itp.
Nie jem ciast tzw. domowych tradycyjnych.
Z owoców eliminuję (poza dniami startowymi i przedstartowymi - o czym za chwilę) banany i winogrona oraz wszystkie suszone czyli morele, rodzynki, figi, itp.

Owoców generalnie nie porzucam i to będzie moje źródło węglowodanów prostych, bo jednak się biega i energię się z czegoś czerpać musi.
Zostają więc jabłka, gruszki, pomarańcze, granaty, truskawki (mam zamrożone), marchewka, itp.
Głównym źródłem węgli będą jednak różne kasze, pełnoziarniste płatki (np. żytnie, gryczane, orkiszowe) i ryż albo makaron. Oprócz tego wszystkie warzywa, a wśród nich np. dość bogate w cukier buraki i bataty.

Przy okazji - okazało się, że muszę faszerować się teraz żelazem, bo anemiczka ze mnie, więc argumenty dla kasz, buraków i orzechów mam bardzo mocne. A i natka wchodzi na pierwszy plan.



A procenciki?
No cóż, kieliszek czerwonego wytrawnego wina raz na tydzień zostaje - przecież to samo zdrowie ;-) Piwa piję mało i tak naprawdę smakuje mi ono na wyjeździe, np. jako nagroda za metą zawodów, więc w takich okolicznościach przyrody piwo też zostaje, a na co dzień nie.

Kłamczuszka 
No dobra, a teraz o odstępstwach. Otóż będą przed startami, zgodnie ze stosowaną przez niektórych metodą TRAIN LOW (carb), COMPETE HIGH (carb).
Próbowałam kiedyś już biegać prawie bez węgli i jeśli o mnie chodzi, to mimo długiego okresu adaptacji, taki system nie działa. Owszem, długie wolne biegi wchodzą bez problemu, ale przyspieszenie siada mi zupełnie. A w planach szybka dycha tropem wilczym pod koniec lutego. 

A zatem w dni startowe (przy krótkich biegach nie wymagających carboloadingu) włączam banany, suszone owoce i .. żele energetyczne.  Za to przed takim ZUK-iem (52 km po górach), ładowanie węgli zacznę na pewno ze 3 dni wcześniej i wtedy objem się bananów, batatów i bakalii, a i może jakieś batoniki bez cukru upiekę.

mój sernik z batatami
Tak to wygląda w założeniach. Póki co za mną 10 dni i jest całkiem spoko. Nie ciągnie specjalnie do cukru, a z rana z reguły robię sobie miksa z jogurtu, płatków żytnich, owoców i cynamonu i to mnie zaspokaja. 




2 komentarze:

  1. Ava super, trzymam kciuki!
    Zainspirowałaś mnie i już w kalendarzu zakreślam swoją datę startową - 2 lutego. Jeśli o mnie chodzi, to też nie zaszkodzi mi ograniczyć cukier. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, bardzo się cieszę że mogłam być dla kogoś inspiracją! W takim razie działamy razem na orbicie! Powodzenia (dla Ciebie i dla mnie) :D

      Usuń