poniedziałek, 27 listopada 2017

Listopadowa za-dyszka matki Polki startującej

fot. http://warszawa.naszemiasto.pl (autor: Łukasz Kowalski)



No było trochę zadyszki w listopadzie. Zrobiłam dwa biegi na dyszkę (Bieg Niepodległości i Bieg Olszynki Grochowskiej), a to jak wiadomo dystanse, które potrafią zmęczyć płuca, jeżeli je lecieć na tzw. wynik. Moje treningi do nich też raczej do lajtowych nie należały. Niestety, z nowego lepszego wyniku i tak "gie" wyszło, ale jestem w miarę zadowolona, więc ciut o nich napiszę.

Na pierwszy ogień ten drugi, ciekawszy czyli Olszynka. Po co się w ogóle zapisałam na drugą dychę dwa tygodnie po pierwszej? Oczywiście chciałam poprawić wynik, jak mi nie pójdzie na Niepodległości. Wizualizowałam sobie te 43:59. Późniejsza analiza trasy uświadomiła mi jednak, że Olszynka to bieg w połowie przełajowy i o super-hiper-w-kosmos-wywalony wynik może być trudno. I tak też się stało, chociaż na półce stanęła właśnie nowa świeża statuetka.

Bieg Olszynki Grochowskiej czyli matka Polka startująca


Start ! fot. http://warszawa.naszemiasto.pl (autor: Łukasz Kowalski)

Minęły już czasy, kiedy dla rodziny moje starty w zawodach były Wydarzeniami (z wyjątkiem mojej mamy, która niezmienne jest nimi przejęta). Jednak mąż i synowie priwykli. Kiedyś kibicowali przy trasie, potem był tylko kop w tyłek na szczęście i "trzymamy kciuki", a teraz jest "wstąpisz po drodze do sklepu?" rzucone z fotela. Nie to żebym się użalała - na petardach roku czyli Lavaredo i Istrii miałam obstawę i wsparcie, jak się patrzy, ale lokalna dyszka? No proszę Was.

A zatem po drodze do sklepu wstąpiłam. 
Na godzinę przed startem dotarłam do biura zawodów po pakiet i zaczęłam się zastanawiać, co by tu zrobić na obiad. No bo bieg skończy się przed 13-tą, zanim dojadę, kupię coś do żarcia, zrobi się po drugiej. Będą głodni. To może zdążę te zakupy zrobić przed biegiem... Google maps - wbijam Lidl.... brak w okolicy, wbijam Biedrę.... 5 km, ale za torami, szkoda czasu, wbijam Kaufland .... jest na Korkowej - dojazd 9 minut. Jadę tam i myślę, chińczyzna czy schabowe? Nie, chińczyzna  nie - za dużo krojenia warzyw, dobra, to schabowe.
 - Dzień dobry, poproszę ten kawałek schabu bez kości. Tak cały, dziękuję.

Przed kasą patrzę na zegarek i nagle czuję dupościsk. Start za 30 minut, a ja tkwię w środku marketu za panią, która wykłada na taśmę pół sklepu. Uff, wyłożyła, załatwiam więc szybko swoje zakupy i biegnę do auta. 23 minuty do startu. Światła, korek, bo tłok do skrętu w lewo. Próbuję przypiąć do siebie numer startowy, ale kurewsko małe te agrafeczki i wymykają mi się z palców. Jedną wbijam w brzuch. Ała! Zielone! Dobra przypnę potem.
14 minut do startu. Uliczki koło miejsca zawodów oczywiście pozamykali, więc parkuję dalej (i tak muszę się rozgrzać), zawieszam krzywo numer startowy, zostawiam wszystko z wyjątkiem kluczyków i biegnę na start. Zdążyłam.



Trasa faktycznie w połowie trailowa i dość śliska. Na dwóch pętlach po 5 km. Dominują wąskie ścieżki pokryte mokrym listowiem na podłożu błotnym. Na pierwszych dwóch kilometrach nie idzie wyprzedzać, a tak bym chciała, bo ten pan przede mną założył koszulkę, którą prał chyba miesiąc temu. Jedzieeee! Z kolei pan za mną w miarowym rytmie pochrząkuje, przerywając to miarowym pluciem (mam nadzieję na boki a nie moje łydki). Wreszcie wpadamy na płyty betonowe i wyprzedzam tych fajnych miśków. No życiówki to z tego nie będzie, myślę sobie patrząc na garmina i średnie tempo 4:38, ale cisnę, co mi szkodzi.



fot. serwis Fitfot

Druga pętla wchodzi w miarę gładko, chociaż na końcówce już mnie odcina, bo dałam z siebie, ile mogłam i wpadam na metę z czasem 45:26. Wynik 20 sekund gorszy niż na Biegu Niepodległości, więc całkiem nieźle biorąc pod uwagę warunki. I jestem podobno czwartą kobietą. No dobra, medal na szyi, trzeba lecieć robić ten obiad, ale gdy dobiegam do auta, odczytuję sms-a, że byłam druga w K-40. A w regulaminie piszą, że wiekowe też nagradzają. To może jednak się wrócę, na ultramaratonie w Wieliszewie też byłam druga, pojechałam sobie do domu i teraz znów mam olać? To przecież takie miłe, stanąć sobie czasem na podium. Szybka konsultacja z mężem (z głodu póki co nie umierają) i decyzja, że zostaję. 

Hm, ale mam 40 minut, co by tu? 
Oczywiście zapomniałam o pieczywie, więc może znów do sklepu. Jadę, kupuję, wracam, zjadam bułkę, 10 minut do 14-tej, czyli jestem w samą porę i wtedy widzę jak od strony mety, z naprzeciwka idzie pani, która w ręku trzyma... statuetkę.
- Przepraszam, czy dekoracja już była?
- Tak, już się skończyło wszystko, ale niech Pani idzie, bo jeszcze tam są.

Bezsęsu! No ale idę, skoro już tu jestem i czekałam, w sumie to trochę głupio, że w programie napisane "dekoracja o 14", a robią dużo wcześniej. Pan z identyfikatorem patrzy na mnie pytająco, mówię mu, że byłam druga w k-40 i przyszłam na dekorację, ale nie wiedziałam, że będzie wcześniej. Pan org wpada w popłoch, przeprasza i rzuca się do wielkiego pudła ze sprzętem. 
-Już, już, proszę Pani, biorę mikrofon, zapraszam Panią na podium. Panie Burmistrzuuuu! 
Błagam go, żeby się nie wygłupiał, tylko już dał mi statuetkę i sobie pójdę, ale nie ma mowy, jest show! 
Ścianie lasu i ekipie zwijającej bramę pan konferansjer gromko obwieszcza "I pani Ewaaaa Siwoooooń, drugie miejsce w K-40". Zwijam się ze śmiechu na tym podium, pan burmistrz gratuluje, wręcza mi statuetkę, podaje prawicę. Chciałam, to mam. 



Wracam do domu, kurde blat, jest 14:30, jak zacznę te kotlety robić teraz, to do stołu usiądziemy najwcześniej za godzinę. Co by tu?  O! po drodze jest przecież "Leniwa Pyza" - moja emerdżensy-garmażeria. 
- Dzię dobry, ma pani jakieś kotlety? 
- A tak, jeszcze ciepłe, dopiero usmażone mielone. 
- To poproszę sześć.
Kurtyna.


***
Bieg Niepodległości nie obfitował w równie bogate zdarzenia poboczne. Potraktowałam go znacznie poważniej, ale mimo starań wynik zrobiłam gorszy niż rok wcześniej (teraz 45:05, rok temu 44:39).



Niestety dużo szybkiego biegania i dużo siedzenia przed kompem, a za mało rozciągania spowodowało przykurcz mięśni kulszowo-goleniowych. Z takim przykurczem biega się jakby na nogi założona była guma blokująca. No i tak też pobiegłam, chociaż warunki do walki były doskonałe. Może też waga za wysoka? Do dyszki zawsze warto trochę schudnąć. A może ja już po prostu za stara jestem na życiówki na dychę. Osiągnęłam górną granicę i teraz czas już robić schabowe, a nie ganiać z zadyszką po ulicach czy lesie?  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz