...trza zap....ć :)
Blog o bieganiu w damskim wydaniu. Po mieście, po lesie i górach - wszędzie, byle do przodu...i w górę :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narty. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 stycznia 2015
poniedziałek, 3 marca 2014
sobota, 27 listopada 2010
Epoka lodowcowa 11.10
Zapiski z przedniego siedzenia samochodu:
Salzburg 150 km. Łykając kolejne kilometry austriackiej autostrady oddalam się od miejsca kaźni… tzn. tfu, miejsca, gdzie właśnie spędziłam urlop "wypoczynkowy". Wyjazd sportowy i wypoczynek nie idą jednak w parze, a szkolenie z Carvingsport jest wyjątkowo dobrym na to przykładem.
Tak na serio to nie zamierzam narzekać, więc napiszę od razu, że z wyjazdu jestem super zadowolona, ale sprana i normalnie wyżęta jak gąbka :)
Listopad 2010 okazał się ciut hardcorowy dla narciarzy na lodowcu Stubai - przez 5 dni szusowania na wysokości 2900-3200 m n.p.m. było tak:
1. dzień: temperatura -7C , wiatr porywisty, opad śniegu non-stop, widoczność na stoku 10 m (Entschuldigen, czy może mi ktoś włączyć kontrast i wyłączyć wiatr?)
2. dzień: temperatura -9C , wiatr porywisty, opad śniegu non-stop, widoczność na stoku 10 m (Błędnik dostaje kota, ale nie ma nawet czasu na pawia, bo trzeba naginać krótkim skrętem za Zbyszkiem)
3. dzień: temperatura -10C , wiatr porywisty, opad śniegu non-stop, widoczność na stoku 10 m (Idzie się przyzwyczaić do warunków, grunt że na przerwie można wlać w siebie heisse schokolade)
4. dzień: temperatura -15C , wiatr zmienny, opad śniegu zero, przebłyski słońca, widoczność na stoku niezła, pod nogami wreszcie sztruksik (Arktyka, więc instruktorzy w ramach solidnej rozgrzewki organizują nam sprinty i pompki z wyrzutem nóg do tyłu w butach narciarskich)
5. dzień: temperatura -17 C , SŁOŃCE!!!, wiatr lekki, opad śniegu zero, widoczność na stoku perfekto, sztruksik (5 warstw termo-ciuchów + kominiarka i dużo ruchu na stoku to podstawa przeżycia dzisiaj)
Nasz plan dnia na stoku był równie jednolity jak pogoda. Codziennie przez 5 godzin (z 30 min. przerwą) robiliśmy w grupach ćwiczenia z szalonym instruktorem Zbychem. Pobudka 6:50 rano, fest śniadanie, dojazd 30 min pod stok i do boju. Śmig bazowy, skręt slalomowy, skręt gigantowy. Jazda non-stop, jeden za drugim albo pojedynczo. Instruktor ochrzania, że znów ręce za nisko, tyłek za bardzo z tyłu, itp. itd.
Co drugi dzień nagrywanie postępów kamerką, wieczorem grupowa video-analiza, podczas której człowiek może na własne oczy się przekonać, że nie jest Bode Millerem, chociaż tak mu się wydaje, gdy siebie nie widzi. Postępy jednak zrobiliśmy – setki zjazdów z kijkami w rękach, nad głową, za plecami, bez kijków i tysiące skrętów dały efekt.
I dlatego jak już ktoś zacznie jeździć z chłopakami z Carvingsportu na szkolenia, to na nie wraca. Bo nie ma to jak dać sobie w kość, poczuć każdy mięsień i palące uda. No i pokonać własne słabości. A miło też zaliczyć dodatkowy bonus czyli w barze po zajęciach sączyć austriacki izotonik, np. Zipfer Bier.
Nie biegałam ani razu. O 6:50 było jeszcze ciemno, a poza tym mieliśmy godzinę żeby się zebrać do wyjścia, za to po południu nogi były jak z betonu. Raz wspinałam się po nartach na fajnej ściance wspinaczkowej, ale ogólnie wyjazd wymuszał 100% skupienia na narciarstwie.
Chyba wzrosła mi też wydolność płuc. Godziny wysiłku przy tętnie raczej drugo-zakresowym, a czasem prawie max na 3 tys. metrów nie poszły mam nadzieję na marne. O astmie oczywiście zapomniałam - chyba z braku roztoczy i kurzu na lodowcu .
Może jestem masochistką, ale już myślę o tym kiedy by tu znowu dać się tak wykończyć, bo było to bardzo przyjemne.
Salzburg 150 km. Łykając kolejne kilometry austriackiej autostrady oddalam się od miejsca kaźni… tzn. tfu, miejsca, gdzie właśnie spędziłam urlop "wypoczynkowy". Wyjazd sportowy i wypoczynek nie idą jednak w parze, a szkolenie z Carvingsport jest wyjątkowo dobrym na to przykładem.
Tak na serio to nie zamierzam narzekać, więc napiszę od razu, że z wyjazdu jestem super zadowolona, ale sprana i normalnie wyżęta jak gąbka :)
Listopad 2010 okazał się ciut hardcorowy dla narciarzy na lodowcu Stubai - przez 5 dni szusowania na wysokości 2900-3200 m n.p.m. było tak:
1. dzień: temperatura -7C , wiatr porywisty, opad śniegu non-stop, widoczność na stoku 10 m (Entschuldigen, czy może mi ktoś włączyć kontrast i wyłączyć wiatr?)
2. dzień: temperatura -9C , wiatr porywisty, opad śniegu non-stop, widoczność na stoku 10 m (Błędnik dostaje kota, ale nie ma nawet czasu na pawia, bo trzeba naginać krótkim skrętem za Zbyszkiem)
3. dzień: temperatura -10C , wiatr porywisty, opad śniegu non-stop, widoczność na stoku 10 m (Idzie się przyzwyczaić do warunków, grunt że na przerwie można wlać w siebie heisse schokolade)
4. dzień: temperatura -15C , wiatr zmienny, opad śniegu zero, przebłyski słońca, widoczność na stoku niezła, pod nogami wreszcie sztruksik (Arktyka, więc instruktorzy w ramach solidnej rozgrzewki organizują nam sprinty i pompki z wyrzutem nóg do tyłu w butach narciarskich)
5. dzień: temperatura -17 C , SŁOŃCE!!!, wiatr lekki, opad śniegu zero, widoczność na stoku perfekto, sztruksik (5 warstw termo-ciuchów + kominiarka i dużo ruchu na stoku to podstawa przeżycia dzisiaj)
Nasz plan dnia na stoku był równie jednolity jak pogoda. Codziennie przez 5 godzin (z 30 min. przerwą) robiliśmy w grupach ćwiczenia z szalonym instruktorem Zbychem. Pobudka 6:50 rano, fest śniadanie, dojazd 30 min pod stok i do boju. Śmig bazowy, skręt slalomowy, skręt gigantowy. Jazda non-stop, jeden za drugim albo pojedynczo. Instruktor ochrzania, że znów ręce za nisko, tyłek za bardzo z tyłu, itp. itd.
| Moja super-grupa! |
I dlatego jak już ktoś zacznie jeździć z chłopakami z Carvingsportu na szkolenia, to na nie wraca. Bo nie ma to jak dać sobie w kość, poczuć każdy mięsień i palące uda. No i pokonać własne słabości. A miło też zaliczyć dodatkowy bonus czyli w barze po zajęciach sączyć austriacki izotonik, np. Zipfer Bier.
Nie biegałam ani razu. O 6:50 było jeszcze ciemno, a poza tym mieliśmy godzinę żeby się zebrać do wyjścia, za to po południu nogi były jak z betonu. Raz wspinałam się po nartach na fajnej ściance wspinaczkowej, ale ogólnie wyjazd wymuszał 100% skupienia na narciarstwie.
Chyba wzrosła mi też wydolność płuc. Godziny wysiłku przy tętnie raczej drugo-zakresowym, a czasem prawie max na 3 tys. metrów nie poszły mam nadzieję na marne. O astmie oczywiście zapomniałam - chyba z braku roztoczy i kurzu na lodowcu .
Może jestem masochistką, ale już myślę o tym kiedy by tu znowu dać się tak wykończyć, bo było to bardzo przyjemne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




