środa, 18 października 2017

Bieganie ultra na chorobowym czyli moja Łemkowyna 2017

fot.Piotr Naskrent / Maratomania.pl


Czy bieganie ultramaratonu z przeziębieniem ma sens? Czy w ogóle start w zawodach podczas choroby ma sens? Proszę, oto moje doświadczenia. Tytuł mógłby też brzmieć: Kronika zapowiedzianego DNF-a, ale nie plagiatujmy ;-) 

Czwartek 
14:00 Sięgam po chusteczkę.
14:05 sięgam po chusteczkę,
14:08 sięgam po.... chusteczkę.
15:00 dochodzą lekkie dreszcze.
Za niecałe 24 godziny jestem umówiona na wyjazd na Łemkowyna Ultra Trail, żeby przebiec tam 70 km. Fuuuuuck! 

Piątek 
7:00 Katar po pas, ale gorączki nie ma. Zaczynam analizę oraz bilans zysków i strat.
7:15 Nie jadę, obsmarkałabym całą Łemkowynę, a poza tym nie mam siły.
7:20 Zaraz, zaraz, tyle Pąpkinsów tam przecież będzie. Jadę, chociaż pokibicuję.
9:00 (po wizycie w aptece i nabyciu katar-blokera) - Wystartuję, pobiegnę ile się da. 

W moich żyłach krąży już ultra krew, a mózg stara się znaleźć argumenty, żebym mogła zaspokoić swoje ultrażądze. Niewiele tych argumentów  - miejsce biegu już przecież znam, bo biegłam tam i rok temu TU RELACJA) i w 2014 r. (TU TEŻ RELACJA), o pudło nie zawalczę ani nawet o poprawie wyniku z 9:31 na 8:55 nie ma co w tej chwili marzyć, chociaż taki miałam plan. Mąż sugeruje, że to mówiąc delikatnie bardzo słaby pomysł biec w takim stanie i niewątpliwie ma rację.

Ale jednak wizja tego, że miałoby mnie nie być wśród tej bandy fanatyków czekających na spotkanie z Błotowyną, boli. No i Pąpkinsi - ruRZowi, cudowni wariaci, z którymi świetnie się startuje, a jeszcze lepiej imprezuje. Jestem pĄ-uzależniona.
Serce sprzedaje rozumowi cios podbródkowy i korzystając z chwilowego zamroczenia przeciwnika mruga do mnie, że mogę się pakować. 
Zablokowana więc blokerem i naszpikowana paracetamolem wsiadam do auta i w wesołym towarzystwie zmierzam w stronę Krosna, żeby odebrać pakiet startowy, a potem do Komańczy.

fot. Jacek Deneka - Ultralovers
Sobota 7:00
Staję z Pąpkinsami w Chyrowej na linii startu. Obok mnie zwarci i gotowi na walkę Dori, Jacek, Marcin, Radek, Bartek i Łukasz. Na trasie 150 km już walczą od 7 godzin Rob i Aśka i paru innych znajomych. Mam wkurwa - nie tak to miało u mnie wyglądać. Katar został zablokowany, ale niestety właśnie łamię ważniejszą zasadę "biegania z przeziębieniem", która głosi, że dopóki infekcja nie zejdzie niżej - do gardła i oskrzeli, można w zasadzie biegać. U mnie infekcja zapukała już w okolice gardła. Zimne powietrze drażni przełyk, no ale co? Przecież nie pójdę sobie teraz, kiedy tu stoję, cała odpierdzielona w ultragadżety, numer startowy, plecaczek, kije, z wyposażeniem obowiązkowym i nadzieją że jakoś to będzie.
Po grubym knockdownie rozum jednak się budzi i zaczyna negocjacje i analizy. Skuteczne, bo po 10 kilometrach trasy podejmuję decyzję, że nie pobiegnę całości i zaliczę pierwszego DNF-a w życiu.

Dociera do mnie i szczerze rozbawia, jak po*ebani bywają ultrasi. 70 km biegu to bardzo dużo, bez dwóch zdań. 10 godzin w trasie zwali mnie z nóg i zaowocuje być może zapaleniem oskrzeli. No ale jakby tak zrobić tylko trochę więcej niż pół tego biegu, do drugiego punktu odżywczego w Puławach, który jest na 40 tym kilometrze? To przecież będzie tylko (?) 6 godzin. 

Jestem nienormalna! Jeszcze 2 lata temu, przy takim samopoczuciu nie wyszłabym spod kołdry, a teraz dochodzę do "cudownego kompromisu", że przebiegnięcie 40 zamiast 70-ciu kilometrów po górach będzie w miarę rozsądnym rozwiązaniem. No bo przecież kończyć w Iwoniczu, na 20-tym kilometrze zupełnie się nie opłaca, prawda?

Biegnę od początku spokojnie, w wytrenowanych przez cały sezon nogach mam pokłady mocy, czuję, że mogłabym o wiele szybciej, tym bardziej, że jak na złość podłoże w tym roku sprzyja szybszemu biegowi, bo Błotowyna wyschła i błota jest o wiele mniej niż rok temu. Inov-8 Mudclawy wgryzają się w ścieżki jak kolce. Niestety każdy szybszy odcinek powoduje, że głębiej oddycham, a jak głębiej oddycham, to w gardle czuję żyletki. To boli i dopiero maska na twarz z buffa robi mi robotę. Nie pada, mamy ponad 10 stopni, a ja lecę okutana w tego buffa jak w zimie stulecia. Ale przynajmniej nie wpada mi do gardła zimne powietrze. Nawet patrzę na tempo, nawet coś jakby się ścigam, wyprzedzam na zbiegach tych wolniejszych i gdzieś tam świta mi myśl, żeby może jednak pociągnąć do końca, wbiec na metę w Komańczy, zrobić 10 pąpek pod bramą i dostać medal. 

Będziesz miała nowe świeżutkie 3 punkciki do UTMB. I performance index pójdzie Ci w górę - mówi diabełek. 
Ewka nie poddawaj się! - dodaje Kasia-Biegająca Matka, którą spotykam w biegu przed Puławami. Hmmmm.....

fot. Ania Garczyńska

Jednak rozum w pełni już otrząsnął się po ciosie i sprzedaje sercu kopa. Zaraz Puławy, na liczniku 38 kilometrów, mięśniowo czuję się nieźle, ale gardło to jedna wielka masakra. Wizja rozłożenia się na amen i przerwy w treningach np. na miesiąc działa skutecznie, więc na punkcie kontrolnym grzecznie zgłaszam obsłudze, że ja już dziękuję i (chlip, chlip) kończę zabawę. Po 5 godzinach i 28 minutach. 

Do limitu na punkcie mam 2,5 godziny, a do limitu na mecie, od której dzieli mnie 30 km - 7,5 godziny. Teoretycznie mogłabym iść tyłem, robić fikołki po drodze, zaliczyć drzemkę, a i tak bym zdążyła. Teoretycznie, bo równie dobrze mogłoby mnie niedługo odciąć - w końcu chora jestem. No i nic jednak nie wskazuje na to, że nawet powolny spacer poprawi sytuację z gardłem i mnie uzdrowi. Poza tym nie chcę się wlec na końcu.

Zszedł też z trasy Krasus, któremu ból stóp uniemożliwił dalszy bieg, schodzi Radek, u którego z kolei wysiadła kostka. No cóż, może to trochę podłe, ale trochę raźniej mi tak DNF-ować w towarzystwie. Dalszy ciąg dnia mija w sumie bardzo miło, bo najpierw jedziemy do Przybyszowa, żeby tam dopingować zawodników na ostatnim punkcie kontrolnym,

fot. Janusz Jędrzejczyk
a potem już docieramy na metę i tam witamy finiszerów. Jestem nawet świadkiem, jak na metę wbiega swobodnie z kosmicznym czasem (16 h 39 min) zwycięzca dystansu 150 km - Vit Otevrel z Czech.

fot. : https://www.facebook.com/lemkowynaultratrail/?fref=mentions

No więc stoję i dopinguję, co i raz widząc uradowanych znajomych, którzy pokonali cały dystans. Krzyczeć nie mogę, więc klaszczę tylko z zapałem jak pierwszy rząd u Rubika i uśmiecham się z zazdrością. 

W sumie i tak jest zajebiście - chciałam tu być i jestem, patrzę na piękny Beskid Niski, czerwono-złoto-brązowe lasy, niebieskie niebo, ruRZowych Pąpkinsów obok mnie, a na butach mam drogocenne, zebrane na trasie błoto Łemkowyny... tej cudownej Łemkowyny, na którą tyle czekałam.


Gdybym została w domu, widziałabym najwyżej biały sufit i stojące przy łóżku czyste, miękkie kapcie. Życie nie polega na samych rozsądnych wyborach. Chorować będę od poniedziałku.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz