czwartek, 29 października 2020

Korona Beskidu Niskiego na biegowo - Dzień 1.

 


Gdyby nie Tatry nie byłoby Beskidu czyli tytułem wstępu 

Ej, sezon biegowy się jeszcze nie kończy - pomyślałam we wrześniu. Na zawody nie bardzo można liczyć w tym roku, ale może by tak jakiś kolejny #indywidualnyprojektbiegowy zmontować. W głowie czaił mi się od dawna plan pięknej wyrypy w Tatrach, zahaczającej też o Rysy, ale niestety w październiku spadł tam już śnieg, a ze mnie za cienki i za rozsądny Bolek, żeby robić to teraz, po śliskich i pewnie oblodzonych szlakach. Ale projekt Tatry też doczeka się na realizację.  

W każdym razie szukając po mapie alternatywy wypatrzyłam Beskid Niski. Zima tam jeszcze nie dotarła, a tak w ogóle, to październik jest dla mnie czasem Beskidu Niskiego. Od 6 lat kojarzy mi się z Błotowyną czyli Łemkowyną Ultra Trail - wyjątkowymi zawodami biegowymi, w których startowałam już 4 razy. I chociaż w tym roku nie byłam zapisana, Beskid ciągnął mnie jak magnes. Mgły, złote liście, dzikie ścieżki, oblepiające buty i mlaskające błoto po kostki - czysta poezja! No i stąd właśnie dość spontaniczny pomysł na Koronę Beskidu Niskiego. 

Stwierdziłam też jednak, że tegoroczny projekt solo mam już za sobą, więc fajnie byłoby to zrobić z ludźmi. I tak to się zaczęło: 


Na hasło dostałam szybki odzew od trójki znajomych i drużyna do robienia Korony była gotowa. Pozostało ustalić logistykę. Wiem, że niektórych górskich turystów może to obrzydzać, ale my jako biegacze, a w dodatku górscy i długodystansowi, uznaliśmy że po górach zdecydowanie fajniej się biega niż wolno chodzi, więc Koronę robimy na szybko. 18 szczytów czyli komplet do odznaki przyznawanej przez PTTK Jasło w 3 dni. Była to też okazja, żeby poznać te zakątki Beskidu, gdzie wcześniej nie dotarliśmy. 

Żeby się to udało, potrzebny był support z samochodem przewożący nas między szlakami prowadzącymi na kolejne szczyty, bo wersja "całość z buta" liczy 240 km i ponad 8 tys. metrów przewyższenia. 


Ups, to może w tej formie zrobimy w czerwcu, bo pod koniec października, przy niepewnej pogodzie ogarnięcie tego na szybko może być trudne. W końcu po wyeliminowaniu długich przelotów drogami i skupieniu się na szczytach udało się zredukować plan na Koronę Beskidu z przejazdami do 120-130 km pieszo i ok. 6 tys. m w górę. Już bardziej realnie.    

W skład ekipy ostatecznie weszli: Kasia, Artur, Seba, ja i Arek jako support, ale też chętny do zrobienia części szczytów. Na termin wybraliśmy weekend, w który miała się odbywać Łemkowyna Ultra Trail, zabukowaliśmy 2 noclegi, przygotowaliśmy tracki z trasami i dogadaliśmy szczegóły. W międzyczasie ŁUT padł jak wiele innych zawodów ofiarą COVID-u i stało się jasne, że podczas naszej wycieczki nie zobaczymy tasiemek znakujących trasę na Cergowej, a Beskid Niski będzie jeszcze bardziej pusty i dziki. Smuteczek! Byliśmy jednak zdeterminowani żeby jechać. Gotowi na błoto, deszcz i wpier..l. Braliśmy w ciemno każdą pogodę, bo po prostu zrobił się z tego ciekawy i trochę krejzolski projekt, a takie projekty jak wiadomo nakręcają na maksa. 

Jak ostatecznie wyszło, dowiecie się poniżej i w dwóch kolejnych postach.  Dzielę relację na 3 części - dziś Dzień 1.

Piątek 23 października - (Jaworze, Chełm, Magura Małastowska, Magura Wątkowska, Łysa Góra)

Z Warszawy wyjechaliśmy o 6 rano. Wstępny plan był taki: w piątek 4, w sobotę 6 i w niedzielę 8 szczytów, ale na szczęście coś nas tknęło i ostatecznie ustaliliśmy, że jednak robimy w piątek 5, w sobotę 6 i w niedzielę 7 wejść. Życie pokazało, że planu pierwotnego i tak by się raczej nie udało zrealizować.

JAWORZE (882 m npm.) 

Na przystawkę Beskid serwuje nam danie jak z menu degustacyjnego w restauracji Wojciecha Amaro. Czyli ładne to, ale zanim dobrze pogryziesz, już masz pusty talerz. Na Jaworze prowadzi bowiem króciutki szlak z okolic wsi Bogusza. Droga na szczyt to 1,3 km, za to do zrobienia na tym odcinku jest 306 m w pionie. Tak zwana konkret dzida. Jest cicho, kolorowo od jesiennych przebarwień i pięknie. Pogoda nam sprzyja, do biegania jest idealna. Na górze dokładamy jeszcze wejście na stalową wieżę widokową z zamgloną panoramą i po chwili zasuwamy w dół do auta. 





CHEŁM (780 m npm)

 Jeśli Jaworze było wykwitną przystawką, to Chełm jest tylko oblizaniem łyżki - szast prast i jesteśmy na górze. Lekko dyszący i upoceni, bo tu znów niewiele ponad kilometr trasy, ale 241 metrów w pionie. Szczyt jest zalesiony, z pamiątkowym krzyżem, przy którym robimy sobie obowiązkowe zdjęcia dokumentujące wejście. 

Jesteśmy już lekko zdegustowani suchością szlaków. No jak to? Beskid Niski i zero błota? Jeszcze nie wiemy, co czeka nas za Bacówką Bartne w drodze na Magurę Wątkowską, hehe.



  

MAGURA MAŁASTOWSKA (813 m npm) 

Podjeżdżamy na Przełęcz Małastowską i stamtąd wygodną drogą pniemy się do góry wzdłuż trasy narciarskiej i schroniska. Znak czasów - na zewnątrz schroniska stoi czajnik, szklanki i wisi kartka zachęcająca do samodzielnego zrobienia sobie herbaty. Turystyka w czasach pandemii :( 

 Na szczycie jest niewielki cmentarz z grobami żołnierzy rosyjskich i austrowęgierskich z okresu I wojny światowej. Większy wojenny cmentarz na charakterystycznym planie 12-boku, z kaplicą jest też na samej przełęczy. Szybko go zwiedzamy i biegniemy do samochodu, bo czas leci, a przed nami jeszcze 2 góry.




MAGURA WĄTKOWSKA (WĄTKOWA) (846 m npm) 

 Tu Beskid Niski pokazuje nam swoje prawdziwe jesienne oblicze. Pamiętam z Łemkowyny 150, że za Bacówką w Bartnem było jakieś totalne bagno. A jak jest tym razem? Jest totalne bagno.  

Początkowo skaczemy z kępy traw na kępę, wybieramy co bardziej suche obejścia, ale z czasem przestaje to mieć sens, nogi są całe mokre bo szlak prowadzi przez rozlewiska. Chcieli błota, to mają i cicho siedzieć.  Pod szczytem Magury Wątkowskiej zalega mgła. Klimaty jak w brytyjskim albo skandynawskim kryminale. Nasza 5-osobowa ekipa rozdziela się, bo Artur i Seba to dziki, które mają 2x tyle pary w nogach co ja i zawsze są z przodu.  

Tymczasem do góry ktoś biegnie! Szczupły, wyżyłowany człowiek w starszym wieku, z buffem Łemkowyny na głowie i z czołówką. Okazuje się że robi ŁUT150 solo! Czapki z głów. Dla niektórych odwołanie tych zawodów to nie powód, żeby odpuścić ten bieg, a w samotności wyzwanie jest jeszcze większe.

Nasz znajomy Piotrek, który miał stanąć na starcie 150-tki ŁUT, też podejmuje samotne wyzwanie i zamierza sieknąć w tym terminie 100 mil (!) w podwarszawskim Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Praktycznie przez cały czas trwania naszego wyzwania kibicujemy mu zdalnie przez Messengera, bo żeby zrobić STO MIL koło domu, w dodatku zaliczając punkt odżywczy we własnej, ciepłej kuchni, a potem wyjść w ciemną noc na resztę trasy, to trzeba mieć łeb z tytanu i hart ducha godny największych wojowników.      

My tymczasem zbiegając radośnie z Magurki do Bacówki gubimy nagle szlak. Tędy nie, tamtędy też nie. No brawo! 3 osoby, odpalona opcja "wróć do startu" w zegarku, odpalona aplikacja Locus Maps, a i tak nie możemy znaleźć właściwej ścieżki i błąkamy się po rozlewisku. Wreszcie jest! 





W zapadającym zmierzchu i mokrych butach docieramy do samochodu. Tego dnia przed nami jeszcze: 

ŁYSA GÓRA (641 m npm)

Ciemno, więc czołówki na łeb i w drogę. Na początku jest ciężko, bo każdy wolałby już siedzieć przy piwku i kolacji zamiast giełgać się po nocy pod górę, ale czy siedząc w kuchni spotkalibyśmy 3 salamandry i 2 zające?  10 kilometrów urobione i można wreszcie zasiąść do tego stołu na kwaterze w Nowym Żmigrodzie. Pierwsze 5 z 18 szczytów zdobyte. 



Cdn. 😀



 

niedziela, 18 października 2020

ŻELAZNA WEGEKUCHNIA


Co jakiś czas trenując mam poczucie, że cała para idzie gdzieś w gwizdek. Brakuje sił na porządny szybki bieg, tętno szybuje przy niedużych prędkościach, burpeesy wykonuję z ekspresją ślimaka i ogólnie ciało dość niechętnie toleruje mocny sportowy wpie..l. 

Lata doświadczeń biegowych nauczyły mnie, że zazwyczaj chodzi wtedy o okresową „anemię sportowca”.  Mocne treningi i niedopilnowanie diety/dieta bezmięsna zbierają swoje żniwo i co jakiś czas mój organizm po prostu wypłukuje się z żelaza.

Tak jest i tym razem. Znów jestem Non-iron woman. Zrobiłam przed chwilą badania (morfologia/żelazo/ferrytyna/B12, kwas foliowy) i niestety poziom żelaza, a co gorsza też ferrytyny szoruje u mnie aktualnie po ziemi.  

Da się to jednak sprawnie odbudować – głównie suplementacją i dietą, również bezmięsną. Nie zamierzam jednak słuchać dobrych rad cioci Wikci typu „to może pojesz teraz tatara”. Oczywiście to by dało mi szybkiego żelaznego kopa w dupę, ale mięso – no, thanks!

Poczytałam za to sporo, jak to jest z tym żelazem w diecie i ruszam tu z nowym cyklem:

„ŻELAZNA WEGEKUCHNIA”

Przepisy będą na insta i facebooku. Na razie planuję wrzucić około 5 śniadań, 5 sałatek i 5 dań głównych. Będą to dania bez mięsa - wegetariańskie (a czasem wegańskie). Przede wszystkim będą z żelazem, ale robione z głową i wiedzą, czyli tak skomponowane, żeby ich poszczególne składniki nie były autosabotujące. 

Co mam na myśli? Otóż sporo skądinąd zdrowych produktów zawiera składniki, które hamują przyswajanie żelaza, nawet jeśli same to żelazo zawierają. Niezły paradoks! Na przykład jest tak z płatkami owsianymi (fityniany) albo szpinakiem (polifenole). Odwieczne zalecenie - "masz anemię - jedz szpinak!" trzeba więc traktować z dużym dystansem. 

NIE JEDZ WIĘC TEŻ AUTOSABOTUJĄCEJ OWSIANKI! 

Przykład autosabotującej owsianki to: mleko, płatki owsiane, pestki dyni i banana. Oczywiście zdrowo, ale przez brak witaminy C i dużą zawartość mleka, nasz organizm przyswoiłby tylko połowę żelaza z porcji, a jeśli zależy Ci na podniesieniu jego poziomu, to lepiej zawalczyć o jak najlepszą jego bioprzyswajalaność.

Można jednak temu zaradzić, łącząc odpowiednio składniki w jednym posiłku. Dzisiejsza otwierająca cykl owsianka, jest właśnie takim przykładem

Nr 1 - NIEAUTOSABOTUJĄCA OWSIANKA Z BURAKIEM, POMARAŃCZĄ, PESTKAMI DYNI NA WODZIE/MLEKU SOJOWYM/OWSIANYM



W tej owsiance nic nie jest przypadkowe.

·         Oprócz bogatych w żelazo pestek dyni, płatków owsianych i buraków, dorzuciłam też pomarańczę. Dlaczego nie na przykład jabłko? Bo pomarańcza ma o wiele więcej witaminy C, która działa tu podwójnie:

- poprawia wchłanianie żelaza

- neutralizuje kwas fitynowy zawarty w płatkach owsianych, który z kolei zmniejsza przyswajanie żelaza

·         Miód gryczany – nie tylko zawiera trochę żelaza, ale też rutynę, która zapobiega rozkładowi witaminy C i jednocześnie poprawia jej przyswajalność.

·         Ta owsianka jest zrobiona na wodzie. Mleko i inny nabiał również zmniejsza przyswajalność żelaza i sabotuje nasz plan. Alternatywnie zamiast wody można dodać mleko roślinne.

 

Przepis na owsiankę:

40 gr płatków owsianych 

15 gr pestek dyni 

100 gr pokrojonej w kawałki pomarańczy

100 gr pieczonego, pokrojonego w kosteczkę buraka

10 gr miodu gryczanego

Ok. 200 ml wody lub więcej/mniej w zależności od tego jaką lubisz konsystencję owsianki

(jeśli jesz to okołotreningowo, możesz dodać 15 gr odżywki białkowej)




RAZEM POLICZONA ZAWARTOŚC ŻELAZA W CAŁEJ PORCJI:

5,2 mg


piątek, 16 października 2020

Ultramaraton Bieszczadzki 2020 - między sportowym wkur..em a poezją



Do udziału w biegu górskim po Bieszczadach można podejść na kilka sposobów. Można zaplanować sobie wymarzony wynik i zasuwać patrząc uważnie pod nogi (bo korzenie, kamienie, błoto), żeby ten wynik osiągnąć. 

Można też pozostać w klimacie pewnej poetyckiej piosenki: 


Anioły są wiecznie ulotne, zwłaszcza te w Bieszczadach  

Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach 

One nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę 

I wtedy w nas się zapala wieczny bieszczadzki ogień.


Moje podejście do tegorocznego Ultramaratonu Bieszczadzkiego 52 km uplasowało się gdzieś pośrodku - pomiędzy sportowym wkurwem a poezją. 

Najpierw była poezja.... 

Próbując nie wykopyrtnąć się na kamienistych zbiegach i błotnistych ścieżkach kręciłam głową jak peryskopem łodzi podwodnej na wszystkie strony. No bo jak nie kręcić, skoro tu mgły wstające w dolinie, tam już przebarwiające się jesiennie niekończące zbocza gór i połoniny. Nawet zrobiłam zdjęcie, co mi się w zasadzie na zawodach nie zdarza, bo przecież szkoda czasu. Zachwycona gapiłam się wszędzie tylko nie za siebie, bo  bardzo nie lubię patrzeć na zawodach za siebie. A nuż zobaczę tam jakąś biegaczkę, która mnie dogania i się ciężko zdenerwuję. Lepiej już biec swoje bez stresu. 


Co ciekawe, krzywa sportowej motywacji rosła wprost proporcjonalnie do wzrostu zmęczenia. Zaczęłam bez przekonania. Bez wielkich oczekiwań. Wynik będzie jaki będzie, bez mocy jakaś taka jestem, Bizona w Supraślu przed chwilą biegłam, to sobie Bieszczady w truchcie pooglądam i będzie dobrze. Tylko tą koszmarną Hyrlatą trzeba urobić na 30-tym, a poza tym zapowiada się całkiem miła wycieczka. Tak to sobie wizualizowałam stając na starcie o 6:30 w Cisnej razem z Kasią i Arkiem.




Śmieszny był ten start covidowy. Wszyscy zamaskowani, a w ogóle to większość zawodników już pobiegła. W czasach pandemii nie może stać na linii startu więcej niż 250 osób, więc organizatorzy dzielą ludzi na fale, żeby tylko móc rozegrać zawody.  A zatem kupa luda była już na trasie Bieszczadzkiego, ale nic to, bo przecież mamy na nogach chipy. A chip to czas netto, więc może cię nie obchodzić, że ktoś zaczął ten bieg godzinę wcześniej, skoro i tak na wynik końcowy składa się czas między pierwszym piknięciem twojego chipa na macie startowej a ostatnim na macie mety. 

Smaczku tylko nabiera wyprzedzanie się na trasie, bo w sumie nie wiesz czy osoba, która cię dogania wystartowała równo z tobą (ok, jest trochę szybsza) czy może pół godziny po tobie (Oł noł, serio się tak guzdram tutaj?!). 

Co do covidowych zasad biegu muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy, która być może zaważyła na moim wyniku. Chodzi o żarcie. Parę dni przed biegiem psioczyłam na organizatorów, że na punktach przewidują tylko picie i całe jedzenie trzeba mieć ze sobą, a na innych biegach to punkty na wypasie. Co prawda w pakietach startowych miał być drobny prowiant, ale wyobrażałam sobie, że będzie to jeden batonik i może izo.

Ha! Odebrawszy pakiet w biurze ugięłam się pod jego ciężarem, a kiedy na kwaterze wyciągnęłam zawartość, okazało się, że mam na łóżku niezłe weekendowe zakupy jak z Biedry. Trzy batony, żelki, kabanosy, cukierki, krakersy, paluszki, 1,5 l wody, colę, izotonik i witaminę C. Pozostało odszczekać wszystkie złe słowa pod adresem  fundacji OTK Rzeźnik. Efekt oczywiście był taki, że zamiast skitrać połowę w plecaczku na bieg, sporą część pożarłam od razu w ramach carboloadingu. Na starcie stanęłam więc w stanie "glikogen wypełnia mnie" z plecakiem, w którym tkwił 1 baton i 2 izożele. W bukłaku miałam litr wody, a we flasku 0,5 litra Mountain Fuel. 

Strategia zła się nie okazała, bo pierwszy punkt żywieniowy minęłam lotnie, nawet nie myśląc o jedzeniu czy piciu. W sumie nieźle się biegło, bo brzuch był lekki, a jednocześnie nie czułam głodu. Początkowe poczucie zmęczenia powoli ustępowało i z każdą wyprzedzoną osobą coraz bardziej zaczynało mi się na tym biegu podobać. No ale 52 kilometry to kawał drogi. Wiedziałam, że spacerek to to nie będzie. 

Drugi punkt żywieniowy zrobiłam sobie również lotny jedząc 1/3 własnego batonika na 20-tym kilometrze raczej z czystego rozsądku niż głodu. W związku z tym w Roztokach na 28-mym km również nie skorzystałam z cateringu dochodząc do wniosku, że punkty żywieniowe są przereklamowane. Nogi już trochę czuły podejścia więc alternatywnie postanowiłam tam dostarczyć sobie energii muzyką. 

Nie wiem jak na Was, ale na mnie dobra muza działa jak EPO, jak żel z podwójną kofeiną albo świeżutkie bateryjki - po prostu daje mi kopa. Z punktu gdzie wsadziłam w uszy słuchawki wybiegłam więc w podskokach podśpiewując sobie "Give me fuel, give me fire" Metalliki. Było dobrze. Poczułam przypływ mocy i chociaż wymarzone średnie tempo poniżej 8:00 min/km jakoś nie chciało się pokazać na zegarku, coraz bardziej czułam, że mam niezły dzień na bieganie. Sporo osób już tutaj szło, a ja w truchcie czekałam spokojnie na pion Hyrlatej. 500 metrów w górę na 2,5 kilometra. Konkret. Ten konkret zniszczył mnie 5 lat wcześniej  na UMB w 2015 roku. Pamiętam że stawałam wtedy parę razy, żeby złapać oddech, miałam mroczki i totalny kryzys. Tym razem poszło znacznie lepiej - bez zatrzymania i wsłuchiwania się (dzięki głośnej muzyce) w swoje sapanie, dotarłam na szczyt i cisnęłam dalej.   

A teraz sportowy wkurw...

Z początkowego "niechcemisię" moje podejście do tego biegu przeszło bardziej w kierunku "cała naprzód" i coraz bardziej skupiałam się na tym co pod nogami i kto przede mną, a nie na widokach. Wyprzedzałam kolejne zawodniczki świadoma, że zaraz one mogą przycisnąć i wyprzedzić mnie, ale jakoś żadna spódniczka  się przede mną nie pojawiała. 


Znów poszła kolejna 1/3 batonika, ale czułam, że po żel trzeba będzie też sięgnąć, bo kalorie spalały się jak dzikie z każdą minutą. Wreszcie dotarłam na ostatni punkt odżywczy w Roztokach, gdzie zatankowałam tylko trochę wody i ruszyłam pod górę. Uch, wiedziałam, że podejście na Okrąglik może zniszczyć, szczególnie stroma w pieron końcówka i tu faktycznie poczułam słabość w nogach i płucach, ale heloł! na kogo się nie spojrzało dookoła - wszyscy emanowali słabością w nogach i płucach. Jedziemy na jednym wózku. 

Trochę mnie zmartwiła tabliczka informująca, że z Roztok do mety jest 11, a nie 9 km jak sądziłam i żadnym sposobem nie byłam w stanie wykoncypować dlaczego, skoro bieg ma mieć 52 km.  Jak się poźniej okazało miał mieć 52 km, ale Szefu Mirek dorzucił gratisowe 2 i zrobiło się 54 km. Oraz dodatkowe 300  metrów w pionie, senkju wery mać

No nic, gdy od mety w Cisnej dzieliły mnie już wartości jednocyfrowe poczułam się mentalnie lepiej - To już końcówka, daj z siebie ile możesz - mówiłam sobie. Zjadłam ostatnią 1/3 batonika, ale organizm domagał się jeszcze. Żołądek natomiast protestował. Ostatecznie wcisnęłam w siebie za Okrąglikiem jeszcze pół żela i to było wszystko, co mogłam mu zaoferować - zrobiło mi się niedobrze i nawet pojawiła się myśl o krzaczkach.  Na szczęście jakoś się obyło bez tego pitstopa. Zaczął się długi zbieg zakończony szaleńczym, stromym zlotem do Cisnej. Nigdy nie byłam gazelą w zbieganiu, raczej solidnym ruskim czołgiem na podejściach, ale czy to w efekcie dodatkowych ćwiczeń wzmacniających w Zdroficie czy po prostu silnej motywacji, czułam, że frunę w dół po tych korzeniach i kamieniach. 

Znów wyprzedzałam, ale jednocześnie modliłam się już o metę, bo jednak wskazówka zapasu energii nieuchronnie zbliżała się do zera. Oczywiście bałam się spojrzeć za siebie, żeby nie zobaczyć przypadkiem jakiejś goniącej mnie w podskokach osóbki, więc tylko zacisnęłam zęby i profilaktycznie leciałam, jak mogłam najszybciej do mety. Jeszcze tylko rzeczka na końcówce oferująca mycie butów z błota i wpadłam na boisko, a po chwili na metę, za którą zwaliłam się na ziemię jak przysłowiowa kłoda próbując złapać oddech.  

Uff, koniec zabawy, która trwała u mnie 7 h i 48 min. Porządnie pościgane, teraz można odpocząć i wreszcie coś zjeść konkretnego. Czas co prawda był daleki od wymarzonych 7 godzin, ale jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że jestem trzecia w kategorii wiekowej K40. To była prawdziwa nagroda za zmuszenie się do napierania.  Ostatecznie wręczyli mi statuetkę za drugie w wiekowej, bo nagrody się nie dublują, ale fakty są takie, że przybiegły przede mną dwie szybsze czterdziestki, a nie jedna.    




Trauma po UMB z 2015 roku została przełamana - tam byłam wrakiem od startu do mety. Tu czułam, że na trasie leciutko unoszą mnie w górę i kopią w tyłek dla rozpędu Bieszczadzkie Anioły. 


tekst piosenki: zespół "Stare Dobre Małżeństwo"





 




  





sobota, 12 września 2020

Via Valais / Haute Route czyli marszobiegiem przez szwajcarskie przełęcze

 


Via Valais - moja trzecia samotna wyprawa w stylu light&fast (chociaż tym razem najmniej fast za to najbardziej light), ale w rankingu najpiękniejszych szlaków - pierwsza!  

Poprzednim, czyli wyprawie na Lofoty i do Kornwalii nic nie brakowało i absolutnie mnie zachwyciły. Tym razem czułam się jednak przez tydzień jak w reklamie serka Almette i czekolady wiadomo jakiej , z całym jej majestatem 3- i 4-tysięczników, słońcem, górskimi jeziorami i świstakami.  

Co, gdzie, kiedy

200 km przez Alpy Pennińskie (pasmo Alp w Szwajcarii w kantonie Valais) między Verbier a Zermatt, 23-31 sierpnia 2020 r.

Żeby napisać o Via Valais, powinnam najpierw wspomnieć o Haute Route. To szlak prowadzący przez Alpy w kantonie Valais. Liczy sobie +/- 190 km i na bazie tego szlaku powstała właśnie Via Valais, której nazwy nie znajdziecie na mapie (ale w internecie i owszem). A  tak Via Valais opisują jej autorzy, szwajcarscy biegacze górscy:  

"Biegacze górscy mają teraz swoje Grand Tour w Alpach! To biegowa wersja wytyczonej dla narciarzy i piechurów Haute Route. Ta została jednak zaprojektowana przez biegaczy, dla biegaczy. Nazywamy ją Via Valais. Ta wieloetapowa trasa prowadzi przez najpiękniejsze tereny Alp Szwajcarskich, nie tylko w górę i w dół, ale też trawersami wzdłuż dolin. Biegniemy pod licznymi 4000-metrowymi szczytami, wzdłuż lodowców i przez wysokie, alpejskie przełęcze." 

Gdzieś tam w którymś akapicie autorzy trasy dodają, że żeby ją pokonać, to "Alpine experience is almost mandatory". Hehe, wrócę do tego wątku za chwilę.

Oryginalnie Via Valais dzieli się na 9 jednodniowych etapów z dziennym kilometrażem między 17 a 30 km i przewyższeniami między 800 m a 2025 m.  Ja podzieliłam ją na 8 dni i trochę zmodyfikowałam dzienne przebiegi, a nawet samą trasę, o czym poniżej. 

Dodam jeszcze, że chociaż była to już trzecia samotna wycieczka, przed samym wyjazdem robiłam w majty ze strachu równo, a nawet gdzieś tam w duchu miałam nadzieję, że w związku z pandemią Szwajcaria ogłosi nagle zakaz wjazdu dla Polaków, albo LOT odwoła mi połączenie. 

Skąd taka spinka, skoro sama sobie tę trasę wybrałam? A bo wybrałam ją rok temu po powrocie z Kornwalii. Zobaczyłam zdjęcia, opis i od razu były ciary, pewność że "ja tam jadę" i że przygotuję się do niej na fest. Alpejskie przełęcze, skaliste single-tracki nad przepaściami? Wciągnę je nosem po serii przygotowań w Tatrach. No i będę z mężem, zawsze to raźniej we dwójkę. 

Ostatecznie plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością. Ani nie przygotowałam się w Tatrach ani nie pojechałam we dwójkę. Dwukrotna kontuzja achillesa, 2x po 3 miesiące bez biegania, potem covid, zawirowania w pracy małżonka i jego rezygnacja z wyjazdu - to wszystko spowodowało, że na starcie w Verbier stawiłam się sama, bez przebiegniętego w tym roku nawet jednego kilometra w Tatrach. No ale nic, trzeba wziąć tego byka za rogi! Całą swoją pewność i wiarę w siebie mogłam jedynie oprzeć na dwóch filarach: 

pierwszym było słowo "almost"- czyli że to doświadczenie w Alpach, o którym napisali na stronie Via Valais jest PRAWIE obowiązkowe. To była właśnie ta furteczką, przez którą wślizgnęłam się na szwajcarski szlak, PRAWIE przygotowana do tego wyzwania, 

drugim były wszystkie moje biegi górskie i trekingi zrobione wcześniej. Zebrane razem do kupy: Lavaredo, Madera, Istria, Karkonosze, Beskidy, Lofoty, Kornwalia i Pireneje dawały pewien bagaż doświadczeń, którego trzymałam się kurczowo jak pierwszoklasistka worka na kapcie w drodze do nowej szkoły.      

OK, to lecimy po kolei: 

Dzień 1. Verbier do Cabane d'Essertze (32 km, 1334 m)

Zaczyna się bardzo pokrzepiająco. W moim B&B w Le Chable spotykam przy śniadaniu starszego Anglika (72 lata), który przyjechał zrobić jeszcze raz szlak Haute Route. Pokazuje mi szeroką bliznę na czole. To zeszłoroczna pamiątka po tym, jak spadł ze szlaku i zjechał jakieś 100 m w dół urwiska zatrzymując się czołem na kamieniu, po czym zalany krwią jakoś doczołgał się do miasteczka i tam dopiero otrzymał pomoc (tu tost z dżemem staje mi w gardle - może jeszcze nie jest za późno, żeby góry zamienić np. na objazd szwajcarskich miast i jezior). Z Anglika jednak twardy zawodnik  - przyjechał właśnie zrobić ten szlak jeszcze raz, żeby dokończyć projekt. Przy drugim toście postanawiam więc, że też będę dzielna i jednak idę w góry. 

Gospodyni wręcza nam tymczasem po karcie z napisem VIP pass i okazuje się, że to na darmowy wjazd wyciągiem z miasteczka do Les Ruinettes (2200 m npm), gdzie oficjalnie zaczyna się moja trasa Via Valais. Ten wjazd kosztuje normalnie 22 CHF. Fantastique!  Pakujemy się więc razem do gondolki i wtedy pada z ust mojego towarzysza tekst: 

- You don't have Covid, I presume?    

- I presume I don't. - pozostaję w klimacie odpowiadając na tę kwintesencję brytyjskości. 

Na górze, wychodzę z gondolki, jakbym wyszła ze starej szafy prosto do Narnii. 

Ruszam ku pierwszej przełęczy, wąskie ścieżki, kamienie, strome urwiska, chmury, na horyzoncie ośnieżone szczyty, z lewej biega stado górskich koziołków. Ludzi za to jak na lekarstwo. Covid wymiótł turystów. Jest perfekcyjnie. Cały ten dzień jest perfekcyjnym wstępem do mojej wycieczki.   


Trawersik

Znajdź kozicę



Lac de Grand Desert 

Lac de Cleuson

 Za przełęczami trafiam na turkusowy klejnot - Lac de Cleuson, wzdłuż którego leci długi trawers. Jest czas, żeby nacieszyć oczy, są warunki, żeby biec, jestem zachwycona i przeszczęśliwa. Na koniec zostaje mi konkretna dzida w górę, zbieg i wreszcie docieram do Cabane d'Essertze. Mam tu zamówiony nocleg i kolację. Okazuje się, że to kolejny po darmowej gondoli farcik tego dnia, bo przy niedzieli serwują Raclette - szwajcarski serowy specjał. Mogę jeść do woli, tonąc w aromacie topiącego się pod palnikiem sera i w ciekawej rozmowie z gospodarzami, miłą Szwajcarką i dwoma biegaczami, którzy też robią Via Valais, ale na bardzo szybko. 

Maszyneria do Raclette


Cabane d'Essertze

 Dzień 2. Cabane d'Essertze do Cabane Aiguille Rouge (32,6 km, ↗ 1650 m)

Rano budzę się podekscytowana - przede mną dzień z przejściem przez przełęcz Pas de Chevres po drabinach, którego się trochę obawiam. Wyciągam z plecaka zostawionego w głównej sali (z powodu pandemii nie wnosimy plecaków do pokojów, hm...) swój biegowy t-shirt i... zaraz zaraz, czy ktoś mi owinął nim swoje skarpetki?? Wali starymi skarami na kilometr i wtedy dociera do mnie, że t-shircik przyjął głęboki aromat sera Raclette z kolacji. Ups! Mam nadzieję, że to wywietrzeje, ale póki co mam na sobie pamiątkę po uroczej i gościnnej Cabane d'Essertze. Szybka owsianka, kawa i ruszam. Po trawiastych zboczach znów czas na trawers wzdłuż jeziora - Lac de Dix, przy pięknej, gigantycznej tamie Le Grande Dixance. Malownicza ścieżka wzdłuż jeziora jest płaska i da się biec, częściowo tunelami.  

Tu się myłam 

Gospodarze Cabany d'Essertze


Lac de Dix


Ścieżka wzdłuż jeziora nie zawsze jest widokowa

Wreszcie kolory ustępują miejsca kamienistej pustyni, która będzie mi towarzyszyć do końca dnia. Jest majestatycznie, ostro pod górę i znów pusto. Trochę brakuje mi towarzystwa - szczególnie po wesołej wycieczce w Pireneje z czwórką znajomych. Na szlaku jest wtedy raźniej, a już zupełnie bezcenne są te wieczory, gdzie przy piwku czy herbacie można się razem pośmiać i powspominać dzień, albo razem planować następny. 

Z drugiej strony, w samotnej wyprawie jest coś magicznego. Włącza Ci się pełna uważność. Tu i teraz. Głębiej wszystko odczuwasz, rejestrujesz głosy, zauważasz zwierzęta i rośliny. Mózg i zmysły pracują na wyższych obrotach nie dekoncentrowane żadną rozmową ani żartami. Podejmujesz na bieżąco dziesiątki decyzji. To jest ciekawe doświadczenie i mimo, że teraz odczuwam trochę samotność, to lubię ten stan.    

Gdzie te drabiny? Wreszcie po przedzieraniu się przez kamienie i głazy, dostrzegam je. Yyyy! Nie są takie straszne, ale na wszelki wypadek nie patrzę w dół tylko jak najszybciej wdrapuję się do góry licząc sobie kolejno stawiane na stopniach kroki. Uff, jestem na Pas de Chevres! Czas na szampana czyli wodę z bidonu! 





Droga do Cabane Aquille Rouge 

Robię kolację pod ławką


Cabane Aquille Rouge 


Toalety de luxe! 

Pozostaje mi zejść do doliny i tym razem wdrapać się do schroniska zwanego Cabane Aiguille Rouge. Na ostatnich pięciu kilometrach muszę zrobić ponad 400 m w górę. Nagrodą jest przepięknie położona Cabana - wyglądająca z dołu jak orle gniazdo, a z bliska jak schronisko, co ma pięciogwiazdkowy mountain view z kibla. Zabieram się za gotowanie na swojej kuchence, potem czytam (czy pisałam, że tym razem wzięłam czytnik ebooków i to był strzał w dziesiątkę? :) aż w końcu walę się spać.    

Dzień 3. Cabane Aiguille Rouge do Cabane des Becs de Bosson (27 km, 2052 m)

Noc była koszmarem. Dokwaterowali mi do sali dwie kobiety, z których jedna chrapała tak, że chyba wojak Szwejk by jej nie dorównał. Po śniadaniu czeka mnie stromy zbieg do doliny w towarzystwie świstaków, potem miły trawers. Spokój przerywa nagle dziwny łoskot. Po drugiej stronie doliny właśnie zaczęła się kamienna lawina. Wielkie bloki toczą się w dół żlebem jak klocki lego, słychać huk, a po chwili nad doliną unoszą się obłoki szarego pyłu. Czyli te kamienie serio się ruszają? Staram się za dużo o tym nie myśleć, tylko zapamiętuję, że w terenie kamienistym poruszamy się żwawo i nie robimy pikników. 


Śniadanko 





Na górze po lewej Cabane Bec de Bosson

Przede mną konkret zadanie. Zbiec z 2860 m npm do miasteczka na 1340 m, pobrać tam wodę i kasę z bankomatu, a następnie wgramolić się do kolejnej cabany na prawie 3000 m npm. Droga pod górę to piekło, stromo przez las, potem stromo przez jakieś trawiaste zbocza. Jestem tak zmęczona, że wprowadzam system "po każdych 100 m w górę 3 minuty odpoczynku" i jakoś to idzie. Diabelski żarcik czeka na mnie na samej górze, bo tuż pod schroniskiem Bec de Bosson ścieżka nagle leci w dół, gdzie zupełnie bez sensu wytraca się metry tylko po to, by za chwilę znów wspiąć się  górę. 

W schronisku postanawiam wreszcie zainwestować w prysznic - za 10 CHF to pewnie będzie wypasik, gorąca woda i może nawet coś upiorę. Terefere, letnia woda leci najpierw przez 40 sekund, żeby się namoczyć, potem przestaje i człowiek się musi namydlić, a następnie znów leci przez jakieś 1,5 minuty, podczas których szybkimi ruchami trzeba spłukać z siebie pianę. O myciu głowy czy praniu można zapomnieć.   

W cabanie poznaję miłego Szwajcara z siostrzenicą i dwoma Włoszkami. Siedzą ze mną na zewnątrz, gdy gotuję sobie na kuchence wodę na liofa, a potem częstują lokalnym winem, które jest "special welcome local drink". Why not? Umawiamy się wszyscy na oglądanie wschodu słońca następnego dnia.

Fondue





Dobrze nam się znajomość układa więc ekipa szwajcarsko-włoska zaprasza mnie do jadalni na fondue. Kolejny serowy klasyk lokalnej kuchni - czy mój t-shirt jest w stanie przyjąć jeszcze więcej aromatu sera? Dla Szwajcarów fondue to rytuał. Na stole ląduje specjalny podgrzewacz, na tym garnek pełen roztopionego sera gruyera pół na pół z fryburskim Vacherin, kostki chleba, dłuuuugie widelce, wino i multikaloryczną, high-fatową imprezę czas zacząć. Taki garnek sera na 4 osoby kosztuje 88 CHF w schronisku (to po szybkim przeliczeniu 362 złote polskie), więc częstuję się tylko dwoma kawałkami chleba maczanego w serze, bo zjadłam liofilizat, a ekipa szwajcarska szaleje nad fondue wyraźnie wygłodniała. 

Ta noc jest jeszcze gorsza, prawdopodobnie wysokość nad poziomem morza robi swoje, bo budzę się  o 1:40 w nocy i już nie mogę usnąć aż do wschodu. Za to wschód słońca jest piękny!   

Dzień 4. Cabane des Becs de Bosson do Zinal (28 km, ↗ 633  m)

Dziś wreszcie dzień odpoczynkowy. Tylko 633 m w górę, chociaż z drugiej strony sporo w dół. Najpierw muszę uzupełnić wodę, bo w schronisku nie ma bieżącej, jest tylko wystawiany rano i wieczorem baniak z wodą do mycia zębów. Napełniam bidony wodą z jeziorka Lac de Lona, wykorzystując swój drugi nowy gadżet czyli filtr MSR Trailshot Microfilter. Chyba działa, bo po wypiciu 1,5 litra nic złego z moim żołądkiem się nie dzieje. Zbiegam do turkusowego Lac de Moiry, podobno znaną i lubianą trasą dla mtb-riderów i gravelowców. Znów jest przepięknie. Humor mam wyśmienity, bo najbliższą noc spędzę w miasteczku i to ze sklepem, a to oznacza nielimitowaną wodę do picia z kranu, gorący prysznic, pranie i małe zakupy.  Hotelik Le Trift to zdecydowanie dolna półka, ale czuję się tam jak w Holiday Inn. Pokój z umywaleczką i wielkim łóżkiem to aż nadto. Poczucia, że jestem w raju dopełnia zimne piwo Cardinal, krakersy, wifi i wreszcie gorący prysznic. 





Błogość 

Dzień 5. Zinal do Gruben (19,7 km, ↗ 1390 m)

Oryginalnie dzisiejszy dzień prowadzi z Zinal do małego schroniska Turtmanhutte, które jest punktem wypadowym przed przejściem najtrudniejszego miejsca na całej Via Valais czyli przełęczy Schöllijoch na wysokości prawie 3400 m npm, a następnie lodowca.Długo biłam się z myślami, czy jednak nie spróbować, ale rozsądek zwyciężył, bo wygląda to tak. 


Klamry, drabiny, liny i stalówki. Szwajcarska skala trudności T5. Tutaj moje "almost" alpine experience mogłoby nie wystarczyć, a fakt, że idę sama nie dodaje mi odwagi. Rozważałam branie sprzętu do asekuracji, ale kask i lonżę do via ferraty musiałabym kupić, a potem to targać dla tego jednego zejścia, więc ostatecznie odpuszczam. Na pocieszenie obiecałam sobie, że wejdę tego dnia na szczyt wyższy niż 3000 m z przełęczy Forcletta. 

A więc idę. Gdy docieram na przełęcz liczę, że spotkam tam parę osób, bo to akurat jest trasa pokrywająca się z Haute Route. Ku mojemu rozczarowaniu nadal jestem zupełnie sama. Szczyt Omen Rosso (3031 m) chociaż bez szlaku to wydaje się osiągalny, ale lepiej czułabym się w towarzystwie. I wtedy nagle z drugiej strony przełęczy wchodzą na przełęcz oni... cali "na pomarańczowo" czyli Oranje. Trójka Holenderów złożona z ojca, córki i syna reaguje na moją propozycję wejścia na Omen Rosso pozytywnie, więc dołączam się do nich i powoli, po totalnie osypujących się piargach wchodzimy na szczyt. Ja w spódnicy bo #biegamwspódnicy i w ogóle #polkasport. 


Na Omen Roso (3031 m npm)





Jest super, wokół widać wyraźnie ośnieżone czterotysięczniki i jestem troszkę dumna, że tu dotarłam. Wreszcie po zejściu rozstaję z Holendrami i schodzę do Gruben w dolinie Turtmanntal, gdzie czeka mój nocleg. Śmieszna w dobie covidu sala wielosobowa zaprzecza wszelkim obostrzeniom, ale na wszelki wypadek ludzie zajmują co drugi materac. Nagle słyszę polski głos. To Max i Ula - fajna para podążająca Haute Route, którzy też będą tu nocować. Oj brakowało mi takiej zwykłej rozmowy przy piwku w rodzimym języku. Jeszcze kolacja pod drzewem z widokiem na wioskę i wieczór mija bardzo fajnie. 

Social distance? :)



Moja kuchnia

Dzień 6. Gruben do Täsch (Zermatt) (33,6 km, ↗ 2039 m)

Rano wszystkie szwajcarskie (czyt. precyzyjne) prognozy mówią, że po południu piękną pogodę szlag trafi. Strasznie mi szkoda - dzień 7. miał być spektakularny - wiszący most nad Randą, Europaweg i znów 3 tysięcznik. Postanawiam przemodelować plan i jeszcze dziś dotrzeć do wiszącego mostu, chociaż oznacza to więcej pionu i więcej kilometrów. Do roboty! 

Tabliczka w Gruben pokazuje, że na przełęcz Augstbordpass położoną 1000 m wyżej, można się dostać w 3 godziny. Tak zasuwam, że robię to w 1:55, póki co przy pięknej pogodzie i oczywiście znów w samotności. Mijam jedną parę wędrowców. Zbiegam przez kolejną pustynię pełną głazów, grając w kamienne bierki czyli stąpaj tak, żeby nie poruszyć kamieni, bo cholera wie, czy gdy one wyjadą spod nóg to nie uruchomią tych leżących wyżej. Żeby zdążyć na most przed deszczem, decyduję się na szybki zjazd gondolką z Jungen do miasteczka, skąd będę biegła do Randy. Zejście tam prowadzi przez las (zero widoków), jest bardzo strome, bo krótkie i ponoć nieciekawe. 


Na przełęczy Augstbordpass 



Na dole, już po 10 minutach ruszam biegiem w kierunku Randy. Przede mną 9 kilometrów wzdłuż oznakowanej na stałe trasy Zermatt Marathon. Mój plecak od początku był lekki, bo razem z wodą i żarciem ważył 6,5 kg (mało ciuchów, bez namiotu i śpiwora), więc nie przeszkadza w biegu. W Randzie robię podejście pod most - jebutny pion, 600 m w górę na niecałych 3 kilometrach, ale zasuwam co sił w nogach, bo czuję na twarzy pierwsze krople deszczu. Muszę zdążyć, muszę zdążyć! Tu już spotykam sporo osób, ale wszyscy schodzą i niektórzy przestrzegają mnie, że trasa jest ciężka, a ma padać. 

Wreszcie jest! Hängebruecke czyli piekny, półkilometrowy wiszący most. Robię foty, kręcę filmik, ale nagle po przejściu 20 metrów spoglądam w dół, czuję że on się cały buja i łapie mnie panika. W głowie mam tylko abstrakcyjny, komiksowy obraz zrywającego się mostu i wylatujących w powietrze ludzików. Oczywiście jak to u Szwajcarów, zamocowany jest super solidnie, ale głowa mi szaleje, a nawet każe robić odwrót. Nie ma jednak takiej opcji, bo nie po to tyle się namęczyłam, żeby tu dotrzeć. No i muszę napierać do przodu, a nie cofać się. Przełamuję w głowie swoje lęki i nie patrząc w dół pokonuję te pół kilometra po 70-centymetrowej gibiącej się kładce. Brawo ja! Brawo moja głowa! Za mostem wyżymam z potu koszulkę. 

Jestem zwycięzcą!  



Hostel w Zermatt

Zbiegam potem do Randy i lecę dalej do Taesch, ale że właśnie zaczyna lać, to łapię pociąg do Zermatt i podjeżdżam jeden przystanek, żeby zaczekować się tam w hostelu.     

Dzień 7. Zermatt do Mountain Lodge Ze Seewjinu (15,1 km, ↗ 1000 m)

Bez-na-dzie-ja! Wszystko zamglone i kropi! Nici z wycieczki po szlaku Europaweg, bo niedługo ma zacząć znów lać, a wyżej padać śnieg. W swoich Brooksach Cascadia nie mam tam czego szukać. Już w Karkonoszach na skałach dały popis NIE-przyczepności. Niestety mam zabukowany i opłacony nocleg w kolejnym schronisku w górach, więc muszę tam się znaleźć. 

High-tech ultra-light wdzianko przeciwdeszczowe

Stąd miało być widać Matterhorn

Spodnie przeciwdeszczowe, foliowe poncho i napieram w sporym już deszczu mijając po drodze tylko trenujących przed jutrzejszymi zawodami rowerowymi Enduro World Series ubłoconych bikerów. Dociera do mnie, że nie zobaczę wisienki na torcie tej wyprawy czyli szczytu Matterhorn. Robię nawet dodatkową wycieczkę w deszczu i błocie nad jezioro Stellisee skąd jest ponoć najlepszy widok na Matta, ale zamiast niego, jest tam "szara ściana". Ech, trzeba więc będzie tu kiedyś wrócić.      

Dzień 8. Mountain Lodge Ze Seewjinu do Zermatt (11,3 km, ↗ 60 m)

No cóż, a miało być tak pięknie. Zamiast triumfalnego pożegnania z Alpami i fotki z Matterhornem mam znów zejście w deszczu do Zermatt, skąd o 14 odchodzi mój pociąg do Genewy. Dekuję się na 3 godziny w MacDonaldzie, bo jest zimno a ja mam wszystko mokre i czekam. I podsumowuję. 

Tak naprawdę była to wspaniała i najpiękniejsza moja wyprawa oraz kolejna super ciekawa przygoda biegowo-trekkingowa. Słońce 6/8 dni to w sumie i tak doskonały wynik (np. w porównaniu z deszczową Kornwalią) więc nie będę narzekać. Całej Via Valais nie zrobiłam, chociaż do mety, dotarłam, pokonując 200 km i  10.158 m w górę. Wiadomo że w górach karty rozdaje pogoda i nie ma co kląć - trzeba brać co jest. 

Także, jakby komuś przyszło do głowy zobaczyć z bliska trochę Alp to ten rejon bardzo polecam! Ja zamierzam odwiedzić go jeszcze raz, chociażby po to, żeby wreszcie zobaczyć na własne oczy to: 

Fot.: https://elevation.alpsinsight.com/via-valais-stage-9/