piątek, 14 grudnia 2018

Relacja z Garmin Ultra Race Trójmiasto 52 km czyli jak zostałam GUR-alką nadmorską


- Do tego drzewa i przechodzę do marszu. 
- A jak ta z warkoczem Cię dogoni?
- No dobra, to jeszcze do tamtego z taśmą i potem idę. Nie mam już siły.

Znacie to? 
Dialogi na ultra z samym sobą. 
Negocjacje. 
Mediacje. 
Próba wypracowania kompromisu, żeby i wymęczone nogi i pełna ambicji głowa były zadowolone. 

Za każdym razem jest jednak trochę inaczej - zależy od dystansu, tempa i tego, kto ci siedzi na plecach. Tym razem na Garmin Ultra Race Trójmiasto moja głowa wygrała, marudzące nogi zostały spacyfikowane i nie przeszły do marszu, ale niestety to i tak nie pomogło, bo wesoły warkoczyk minął mnie jak TGV, a wraz z nim jeszcze różowa czapeczka. I tak to dwie pozycje w Open K poszły się je.. ć na 3 kilometry przed metą. 

Ten start był dla mnie już drugą imprezą z cyklu Garmin Ultra Race. W 2017 biegłam GUR w Górach Stołowych w Radkowie na dystansie 53 km, a tym razem pojechałam razem z wesołą ekipą z niedzielnych wybiegań w MPK w "góry" nad morze.


To że płaski trail to nie będzie, wiedziałam z geografii ("To morena Pojezierza Kaszubskiego pani profesor. Bardzo dobrze dziecko, siadaj!") Poza tym zaliczyłam kiedyś treningowy rekonesans Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Z drugiej strony wiadomo, że wybitnych gór tam nie ma, są raczej górki, więc szykowały się całkiem "biegalne" (czytaj: szybkie i do zachetania) zawody.   

Niestety na dwa tygodnie przed startem udało mi się zapaść na zdrowiu, co jako zahartowana biegaczka uważam za skandal. Tydzień z planu biegania wypadł w całości, a moja forma zeszła zaś na poziom raczej parterowy. Nie mając jednak planu agresywnego ścigania na GUR uznałam, że zrobię tam, co mogę.
Ha ha, jak zwykle. Jak zwykle przed startem w ultra uspakajasz głowę przekonując ją, że w ogóle to lecisz kompletnie na lajcie. Jak tylko jednak ruszy cała horda zawodników przez bramę, to oczywiście lampka "race mode" się zapala i robisz co możesz, żeby nie dać się wyprzedzić tej, tamtej czy tamtemu.


Ogólnie to się zafiksowałam na tym, żeby zrobić to w 6 godzin, a może nawet ciut poniżej. Do półmetka wszystko wskazywało na to, że szanse są nawet na spory zapas. Tempo średnie wahało się w okolicy 6:15-6:20 min/km czyli pięknie, a mi apetyt na fajny wynik rósł z każdym kilometrem. Podbiegi niezabijające w większości podbiegałam, a te strome szybko szłam. Tym razem nie wzięłam kijków, bo jednak więcej by było ich jałowego noszenia niż korzystania na podejściach. Poza tym trafnie wybrałam sobie na start Inov-8 Mudclaw, które na leśnym błotku trzymały się jak kolce i nie zaliczałam żadnych uślizgów. Naprawdę fajnie mi się biegło. Las Trójmiejski jest inny od naszego Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, który jest moim drugim domem. Też jest piękny, ale więcej tu przestrzeni, odstępów między potężnymi bukami i więcej wzniesień. No właśnie - wzniesień, które stopniowo zaczynały mnie zjadać. 

Na punktach odżywczych nie marudziłam  - cola w kubek, pijemy, w garść ciastka, albo orzeszki i sru. Jadłam po drodze i chyba na żadnym PK nie spędziłam nawet minuty.  Wodę miałam w bukłaku i tradycyjnie piłam mało, szczególnie, że żaru nie było, a po zdjęciu kurtki (zostałam w cienkiej bluzie merino i t-shircie) to już w ogóle czułam permanentny chłód. Ale to akurat było spoko - podczas biegu tak lubię.

fot. org


No więc, jak już wspomniałam, powoli zaczynało mnie zjadać - tak gdzieś od 33 kilometra poczułam, że jednak zaczynam płacić za szybkie tempo z pierwszej połowy biegu. Wyprzedziłam jednak w międzyczasie 3 dziewczyny i mimo zmęczenia, chciałam cisnąć. No więc muzyka na uszy i cisnę. Staram się wierzyć, że nogi wzmacniane ostatnio spinningiem i mocnym TBC poniosą mnie dalej w tym tempie do mety. Głowa chce biec, ale średnie  6:20 min/km zaczyna być historią. 6:25, 6:28, 6:32 (o nie!). 
Teraz żałuję, ale w walce o cyferki nie zatrzymałam się w najpiękniejszym punkcie widokowym trasy, z którego było widać morze. Każdy kto tam stawał, wyciągał telefon i robił fotkę. Ja uciekałam.

fot. Ania Los

Gdzieś chyba za 40-tym kilometrem wpadłam na piękne single tracki, które trawersowały zbocza Parku. Na chwilę wrócił flow. Przede mną nikogo, za mną nikogo. 

Jebło gdzieś w okolicach 48-tego kilometra. Najpierw poczułam, że po ostatnich podejściach (organizatorzy zafundowali nam sytą falistą końcówkę) absolutnie odchodzą mi siły i tempo zjechało do 6:45. Ale najgorszy był moment, gdy minął mnie jak TGV wesoły warkoczyk, z którym tasowałam się na trasie czyli (jak się później okazało) Ola z Warszawy. Razem z nią śmignęła jeszcze różowa czapeczka czyli przyczajony tygrys. Nie widziałam jej wcześniej ani razu za plecami, ale jak widać zachowała siły na finiszowe kilometry i na pełnym luzie zaatakowała, a ja jak żółtodziób, który zaczął za szybko, mogłam tylko smętnie patrzeć jak mi dziewczyny odjeżdżają.

Tu nastąpiło tąpnięcie psychy i bardzo już nie chciałam biec. Na chu... mi to, przejdę się. Jednak myśl, że tak się namęczyłam, przebiegłam tyle kilometrów i miałabym teraz to wszystko zniweczyć jakimś spacerem, utrzymywała moje nogi w rytmie biegu - coraz wolniejszego, ale nadal biegu. A na dodatek jakiś koleś biegnący obok mnie rzucił, że sześciu to my już chyba nie złamiemy.
Co, jak to nie złamiemy!? Przestałam myśleć o dziewczynach, a zaczęłam o czasie. Była nadal szansa, żeby zmieścić się poniżej sześciu godzin, ale żaden spacerek nie wchodził tu w grę. 

Musiałam wyglądać nieciekawie, bo 2 km przed metą  spotkałam znajomego (z Instagrama, haha), który od razu rzucił: "Co Ewcia, umierasz?"
Hm, ciekawe jak na to wpadł? :)  
Obiecał, że przed metą będzie jeszcze tylko jedna góreczka i potem już tylko zbieg. Góreczka-sreczka. Ciągnęło się to niemożebnie i z tego co pamiętam, nawet było przez chwilę dość stromo. Odliczałam błagalnie metry do mety. I kiedy już byłam na asfalcie, a w tle zamajaczyła brama, dosłownie wpadłam na "anioła stróża". Uśmiechnięta dziewczyna również musiała chyba uznać, że słabo ze mną i wymagam wsparcia, bo zaczęła biec obok zagrzewając mnie do walki na ostatnich metrach. Nie wiem, zrobiłyśmy razem może ze 100-200 metrów, ale pomogło. Ona nagle zniknęła jak we śnie, a ja z gigantyczną ulgą przetoczyłam się przez linię mety.  5:57. Uff!



fot. org.
Kiedy już się ogarnęłam, zjadłam zupę i zagrzałam w samochodzie, powiedzieli mi, że przede mną są dwie dziewczyny z kat. K-20. Tak, to one mnie łyknęły na końcówce. Trochę mi się humor poprawił. Ciekawe jak będziecie biegać za 20 lat moje drogie. A tymczasem udało się wywalczyć trzecie miejsce wśród ryczących 40-tek.


fot. J. Ludwiczak


Fajna to była impreza ten Garmin Ultra Race. Taki bieg niby górski, ale jednak bardziej trail niż mountain, który wbrew pozorom bardziej męczy, bo nie wypada ciągle iść pod górkę. Po prostu o wiele więcej trzeba biec. Oprócz tego trafiliśmy na okno pogodowe, bo gdyby start był dzień wcześniej lub dzień później, dodatkową atrakcją byłby deszcz. 

Nie był to jednak koniec moich wyjazdowych atrakcji. Następnego dnia rano ja - zmarźlak śpiący w skarpetkach i kochający gorące prysznice wpakowałam się w stroju plażowym z dwoma kumpelami do Bałtyku, żeby zobaczyć, czy to morsowanie faktycznie jest takie cool. Było very cool!


fot. A. Popławski

Już obczajam więc morsowe miejscówki w pobliżu domu, bo mi się podobało i nie wiem, czy to po tym krio, ale nie miałam nawet przez chwilę żadnych zakwasów po biegu.        


   

wtorek, 6 listopada 2018