poniedziałek, 25 września 2017

Relacja z Garmin Ultra Race 53 km czyli "f*ck the comfort zone" coraz bardziej

Niedawno zostałam GURalką Stołową. 
Czas to pokrótce opisać, zanim obrośnie mchem w pamięci :)



Mówiąc w skrócie, osobom wahającym się, czy wziąć udział w Garmin Ultra Race 53 km, bieg ten polecam
- trasa jest piękna (szczególnie w rejonie Błędnych Skał), no może ciut za dużo asfaltu na koniec,
- jesienią jest tu sporo błota i kałuż, co czyni z GUR niezły wstęp do Łemkowyny ;-)
- organizacja i oznakowanie są bardzo dobre,
- relacja dystansu do przewyższeń czyni z tego dość biegalne ultra.

A jak mi poszło? Przede wszystkim był to najszybciej pobiegnięty przeze mnie bieg górski w sensie średniego tempa, bo zegarek zliczył 7:13 min/km. Gdy uwzględnię wszystkie podejścia (suma w górę to +1850 m), to naprawdę uważam, że nie leniuchowałam po drodze. Po płaskim i w dół biegłam zawsze, pod górę często, a jak już maszerowałam, to też starałam się robić to całkiem żwawo. Wyszła jednak jak na dłoni moja pięta achillesowa czyli zbiegi. A na zbiegach ponoć się wygrywa.

Przed biegiem wydawałam się sobie dość mocna, bo ostatni półmaraton pokazał, że wytrenowałam szybkość (1:38). Czułam się na tyle fajnie, że zamiast odpoczywać przed startem, dowaliłam sobie jeszcze na 3 dni wcześniej Extra Figurę Chodakowskiej z ciężarkami i dzięki zbawicielce Polek (kochana wierzę w Ciebie, wytrzymaj jeszcze trochę!) zafundowałam sobie niezłe zakwasy. Ale nie ma co się tym tłumaczyć, bo w dzień startu już ich nie czułam, chociaż pewnie powinnam była sobie tę sesyjkę darować.

Plan na trasę miałam następujący
  • kijków używać tylko na stromych podejściach, 
  • nie korzystać z punktów żywieniowych, 
  • napierać tak, żeby zrobić czas między 6:10 a 6:30.

- Pierwsze założenie zweryfikowała rzeczywistość, bieg z kijkami w dłoniach był beznadziejny, bolały mnie ramiona, mimo że kijki leciutkie, a pierwsze podejście pokazało, ze w sumie bez nich jest spoko, więc oddałam je kibicującemu mężowi Agi już koło 6-tego kilometra. To był dobry ruch, bo sporo podejść po ścieżkach usianych głazami mogłoby tylko zakończyć się utkwieniem kijka albo nawet złamaniem go w jakiejś szczelinie. Generalnie to nie jest bieg na kije.

- Drugie założenie prawie wyszło - na pięć punktów żywieniowych skorzystałam z jednego (ostatniego) i to prawie w locie pijąc pół kubka coli. Uznałam, że woda w worku na pleckach i żele wystarczą, a na punkty szkoda czasu. Ostatecznie przyswoiłam po drodze chyba za mało energii. Zjadłam trzy żele izotoniczne SiS Go i weszły mi jak złoto, bo są rzadkie - coś pomiędzy soczkiem a kisielem, ale każdy z nich dostarczył mi tylko 80 kcal, podczas gdy np. takie Agisko, (które jest wg mnie ohydne) ma aż 130 kcal w opakowaniu. Ostatni żel wciągnęłam na 32-gim km, a potem tylko piłam colę, myśląc sobie że ten cukier mi wystarczy. Niestety koło 47 km osłabłam, dostałam kolki i teraz wiem, że powinnam była wtedy coś jeść, ale w kryzysie człowiek nie myśli rozsądnie.

Trzecie założenie zostało spełnione - nie opierdzielałam się. Do pewnego momentu leciałam na pałę nie wiedząc zupełnie która jestem, ale gdy usłyszałam od kibicującej  grupki (w której stał też sam Marcin Świerc!), że jestem czwartą kobietą, to motywacja poszybowała do góry natychmiast i zaczęłam wypatrywać trzeciej, którą zresztą po jakimś czasie wyprzedziłam i przez parę ładnych kilometrów biegłam na pudło. Szkoda że nie do końca. :)

Powiem szczerze, że każdy kolejny bieg ultra to dla mnie "fuck the comfort zone" coraz bardziej. Staram się nie odpoczywać w ogóle albo tylko minimalnie, nie robić fotek po drodze, nie użalać się nad bolącym tym czy owym i nie przejmować błotem, kałużami czy deszczem. Się biegnie to się biegnie - przecież potem odpocznę, rzeczy upiorę, a fotki i tak lepsze zrobi serwis organizatora.



No więc byłam daleko od strefy komfortu, aczkolwiek przez większość trasy miałam bardzo mieszane uczucia, bo tasowałam się z Agą. Matka biega, która rok temu powiła czwarte dziecię i naturalnie pauzowała jeszcze do niedawna, postanowiła sprawdzić się po przerwie w górach na długim dystansie i tak naprawdę to pojechałyśmy tam razem (z jej mężem i owym słodkim dziecięciem). I było jak zawsze - ja z ogarniętą logistyką, planowanym tempem i dużym know-how na temat biegu oraz Aga na pełnym spontanie z o wiele mniejszą liczbą kilometrów przebiegniętych treningowo i maluszkiem skutecznie utrudniającym wysypianie i regenerację. Jak myślicie, kto wygrał?  :)

Na trasie byłyśmy cały czas blisko, raz ona za mną, raz ja za nią. Uciekałam na płaskim i pod górkę, ale na zbiegach nie miałam szans. Ta kobieta ma dar szybkiego zbiegania w najbardziej popieprzonym terenie, którego ja nie mam za grosz, bo się cykam. Tam więc mnie z łatwością doganiała - ktoś kiedyś powiedział, że górskie ultra wygrywa się na zbiegach i chyba miał rację :).


A dlaczego uczucia mam mieszane? Bo były też chwile bardzo fajne, jakby reminiscencja z Rzeźnika 2015 (którego pobiegłyśmy z sukcesem w parze zajmując trzecie miejsce wśród zespołów kobiecych). Na Garmin Ultra Race też pod koniec sporo biegłam w dół tuż za Agnieszką i moje nieodparte wrażenie deja vu i bycia jednym teamem mieszało się z myślami, że przecież tym razem to my RYWALIZUJEMY - ona próbuje wyprzedzić mnie, a ja ją. Ale to była fajna rywalizacja o trzecie miejsce. Niestety na ostatnich kilometrach przed metą odrodziła się jak feniks z popiołów zawodniczka, którą obie wyprzedziłyśmy wcześniej i pogodziła nas w walce o pudło, łykając i mnie i Agę na takim luzie, że nawet nie było szans jej gonić.

Sama końcówka biegu to asfalt. Moje nowiutkie inov-8 Mudclaw, które tak cudownie spisywały się na błotnistej trasie, ścierały się tu biedaczki z każdym krokiem, a i dawały popalić moim stopom,bo jak wiadomo nadmiarem amortyzacji nie grzeszą. No ale coś za coś - ten bieg w Cascadiach byłby porażką i walką o pion na większości trasy. W każdym razie na ostatnich kilometrach nie byłam w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Powiedziałam Agnieszce, żeby dała sobie spokój z czekaniem na mnie i zwalnianiem, bo mimo, że przebierałam nogami dość szybko, to leciałam już na oparach. Pewnie dość szybkie tempo z całości i braki energetyczne zebrały żniwo, bo po prostu ta bryczka nie miała już z czego przyspieszyć. Wpadłam na metę z czasem 6 godzin i 27 minut (11 sekund za Agą) i padłam na glebę.


Piękno tego sportu! Przed chwilą walczyłyśmy na trasie 

Oczywiście dramatyzuję trochę - piąte miejsce w Open K to super wynik i nie zamierzam się użalać. Szkoda trochę pudła, które "powąchałam" po drodze mając je przez chwilę w zasięgu. Na pocieszenie zajęłam 1-sze miejsce w kat. K-40 

(fot. Tibor)

i drugie w klasyfikacji blogerek (hehe!). Ale myślę, że rozegranie górskiego ultra naprawdę na piątkę (tak, żeby wszystko zagrało), jeszcze mi się nie udało mimo starań. Kolejna szansa w październiku, gdzie jednak karty będzie też rozdawać Błoto (duże "B" jest tu nieprzypadkowo ;)).

Matki dwie (fot. Tibor)

zdjęcia niepodpisane: maratomania.pl 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza