piątek, 18 czerwca 2021

Byłam w niebie, byłam w piekle czyli relacja z ultramaratonu 3x Babia


Bo każdy ma swoje piekło. Ja odwiedziłam je w ostatni weekend na wycieczce do królestwa ciemności, w którym rządzi Diablak. 

Co prawda na trasie zrozumiałam, że prawdziwe baty dostaje się próbując zdobyć Królową Beskidów sześć razy, ale dla mnie dystans 3x Babia był wystarczająco ekstremalny. Momentami czułam się jak w piekle, a momentami ... jak w niebie. Byłam i mocną góralką i bladym, żywym trupem powłóczącym nogami w kierunku Markowych Szczawin. Byłam maszyną na zbiegu z Policy i cieniem człowieka na ostatnim podejściu na Perci Akademików. Do tej pory podobny zgon zaliczyłam na trasie tylko dwa razy - pamiętna Istria Ultra Trail (moja pierwsza setka) i Dziki Groń w Szczawnicy (upał/brak wody).  

No ale tytułem wstępu...

  • Start w 3xBabia wymyśliłam spontanicznie na miesiąc przed biegiem, jako przygotowanie przez Janosikiem w Tatrach. 
  • Mimo mocnego biegowo maja (zrobiłam Koronę Bieszczadów, co było z kolei niezłym przygotowaniem do Babiej), nie czułam się kompetentna w temacie. Znajomi, którzy to biegli, wspominali trasę jako horror, niektórzy nie ukończyli, a relacje i zdjęcia sugerowały, że ta Babia to już bardziej ultra-perwersja niż ultra-bieg. Ok, a zatem potraktujmy te zawody jako "rajd przygodowy". Niby kategoria głębokie K40, ale ukryte dziecko we mnie nadal ma radość z ciorania po krzakach i wpadania w strumienie. 
  • Na 2 tygodnie przed startem czułam, że majowe treningi i astma związana z sezonem pylenia, dały mi nieźle po dupie. Zarządziłam tapering. Mało biegania, sporo ćwiczeń na core, codzienne faszerowanie się magnezem, witaminą B12, C i sokiem z buraka. W myśl zasady - lepiej niedotrenować niż przetrenować. Na świeżości polecieć.  
  • Przygotowałam też sobie opcje czasowe zakładając, że biorę w ciemno 14 godzin, a z 13-tu będę przeszczęśliwa.  Limit na 60 km i +4200 w górę wynosił 17 godzin - tyle samo co dla uczestników 4,5 i 6 x Babia (!). Już wiadomo więc, dlaczego finiszerów 6xBabia jest mniej więcej tyle samo co na Barkleys Marathon czyli zaledwie kilku na przestrzeni 8 lat.

Trasa 

Dla startujących w 3x Babia zadanie wyglądało tak:  

wejście nr 1 - szlakiem zielonym ze Stańcowej (dystans podejścia: 4,5 km, wznios +850 m)

wejście nr 2 - szlakiem czerwonym z Krowiarek (chociaż początek tego podejścia zaczął się 4 km wcześniej) (łączny dystans podejścia: 9 km, wznios +900 m)

wejście nr 3 - szlakiem niebieskim z Zawoi Policzne do Markowych Szczawin i potem żółtym (Percią Akademików) na szczyt (łączny dystans 8 km, wznios +1000 m, w tym sama Perć: 1,5 km i +500 m w górę)

A pomiędzy tymi wejściami sporo off-trailu - galopek przez bagnistą łąkę po kostki w wodzie, wiatrołomy na bogato, przejście przez rzeczkę i brodzenie przez jagodowe pola (yyy, czy tu som może żmije?) Dostaliśmy też trochę bonusowych górek (jakieś +1300 m się z nich uzbierało).  

Prolog 


Szybkie odliczanie i banda straceńców rusza o 3 nad ranem przez ciemny, gęsty las. Szybko jednak dochodzimy do zielonego szlaku, który zaczyna się coraz bardziej pionizować, a ja coraz bardziej zwalniam. Puszczam przodem szybszych zawodników, ze dwie dziewczyny wyprzedzają mnie same. Nie patrzę na tętno, bo po co się denerwować, ale czuję, że jestem w jego górnych rejestrach. Kiedy jeszcze gramolę się powoli w górę, w dół już zbiegają zaprzeczając prawom fizyki szaleńcy z 6x Babia. Niby człowieki, a trochę kozice. 

Wreszcie osiągam zamglony szczyt Babiej po raz pierwszy. Żadnego romantycznego wschodu słońca - jest zimno, szaro i wietrznie. Mój czas: 1h 7 min. Ej no, całkiem spoko. Na zdjęcie ze szczytu oczywiście szkoda mi czasu. Trzeba zbiegać. Hasło na dziś: tylko się nie wypierdziel, ty kozicą nie jesteś.  

Niebo po raz pierwszy 

Na szczęście okazuje się, że jakoś tam ogarniam to zbieganie. Wyprzedzam dziewczyny, co wcześniej mnie minęły pod górę. Nogi się dobrze kręcą. I co ja paczę? Lecimy normalną ścieżką? Tak bardzo nastawiłam się na chaszcze, że spodziewałam się ich przez prawie cały czas. No dobra, jest bagnista łąka i pierwsze wiatrołomy.  

Czy to zasługa buraka czy taperingu nie wiem, ale jest ok, a nawet bardzo ok. Grzecznie piję wodę (odwadnianie się na biegach to moja specjalność), nawet wciskam jakiś żel w siebie. Lecę całkiem szybko i na pierwszym pomiarze czasu słyszę, że jestem czwartą kobietą, a skoro pierwsza to Andżelika "Ultra Andźka" z 6x Babia, to ja jestem na swojej trasie trzecia. Serio?! Rosną mi skrzydła i jestem w niebie. 



Na 17-tym kilometrze ruszamy z Przełęczy Krowiarki po raz drugi na Babią. Znam ten szlak, ale w drugą stronę, bo kiedyś tędy zbiegałam i pamiętam, że to cholerstwo nie miało końca. Okazuje się, że nic się nie zmieniło w tej kwestii - idę, idę, a to cholerstwo nie ma końca. Turystów mało jeszcze, bo jest szósta rano i ogólnie panuje miły chłodek, chociaż słońce już świeci. Napieram, ile wlezie (za co pełna niewiedzy srogo niebawem zapłacę).




Po godzinie i 9 minutach osiągam szczyt Babiej po raz drugi. Tym razem widoki są za milion dolarów, ale jeśli mam nie zostać tu ze skręconą nogą, to czas analizować szczeliny między kamieniami na ścieżce a nie panoramę. No to dupę w troki i na dół. Phi, skoro 2x Babia zrobiłam w 4 godziny i został mi tylko jeden razik, to czeka mnie tu krótka piłka, a nie żaden hardcor. W całej swojej naiwności i ułańskiej fantazji nie słyszę, że obok rozlega się cichy chichot Diablaka. 

Krótka piłka? - mówi. Potrzymaj mi piwo, a ja Ci pokażę tę piłkę.   

Piekło po raz pierwszy, drugi, trzeci i pierdyliard ósmy 

Za Krowiarkami (gdzie nadal jestem trzecią kobitką) jest jeszcze nieźle, chociaż pod górkę, ale ścieżka prowadzi w cieniu i mam zapas wody. No dobra, dawać mi tu te chaszcze, górskie strumienie i hardcor. Sponiewierać się tu przyjechałam. 

Mówisz, masz! Zaczyna się grube podejście w słońcu na Policę, a za chwilę ścieżka zaczyna przypominać tor z lasem skoszonym jak po katastrofie lotniczej. Co chwilę zwalone drzewo, które trzeba obchodzić górą, dołem albo bokiem. Obchodzę ja, obchodzi jeszcze paru chłopaków. 


 Ogólnie tłumu na trasie już nie ma. Coraz cieplej, wody coraz mniej. Czuję jak stopniowo opuszczają mnie siły, a wraz z nimi pewność siebie i ułańska fantazja. No ale trzeba wieźć to trzecie miejsce do mety.  Na szczycie Policy siły mi cudem wracają i pędem puszczam się w dół, zadowolona, że mijam chłopów, co mniej przed chwilą wyprzedzili.  Ach co tam, że moje czwórki ulegają właśnie zniszczeniu, hajda i do przodu. YOLO! 

Na rozstaju dróg stoi chłopak i kontroluje, czy zawodnicy mają folie NRC (nie masz, kara czasowa). Obok niego leży na murku zawodnik, ewidentnie pokonany przez słońce i trasę. Ej ty, posuń się, ja też się położę - po raz pierwszy przychodzi mi do głowy ta myśl. Ale nie - przecież ja walczę, ja muszę napierać.  Biorę jeszcze wodę z przydrożnego potoku mając gdzieś, co w niej żyje, bo we flasku już pusto i zaczynam kolejne podejście. 

Brnę powoli, ale na dole wyciągu Mosorny Groń ma być mój mąż, więc to mi dodaje trochę energii. 

Oszukuję głowę: - To jeszcze do tamtego pieńka i usiądziesz. 

A przy pieńku: - Dobra stara, nie umierasz jeszcze, więc może do następnego pieńka. 

I tak to od pieńka do pieńka sunę w stronę Babiej Góry po raz trzeci. Na wypłaszczeniu słyszę nagle za sobą wyraźny stukot kijków, odwracam się i ..... badums.... morale, pewność siebie i wszystko co dobre obraca się w proch. Dogoniła mnie. Ta czwarta. 

Dziarsko idzie za mną, za dziarsko i już wiem, że raczej jej nie ucieknę. Shit! Jeszcze zbieram się w sobie, zbiegam najszybciej jak się da wzdłuż wyciągu, ale tam walę się na trawę wykończona. 

- Ej czwarta Cię goni. Woła jakiś chłopak. Nie oddawaj miejsca! 

- Żebyś ty chłopie wiedział, jak bym chciała go nie oddawać, ale właśnie siadły mi bateryjki.

Czuję taką niemoc, że mogę tylko odprowadzić wzrokiem koleżankę i za chwilę po zebraniu się z trawy zacząć oglądać jej plecy. Ech! Żal i złość na samą siebie. Że coś spieprzyłam. Za mało trenowałam. Za szybko zaczęłam. Za stara jestem. Próbuję mieć ją w zasięgu, ale zaczęło się podejście na Markowe Szczawiny i kolejne metry w górę wysysają ze mnie resztki sił. 

I wtedy pyk, naszą walkę o trzecie miejsce kończy sympatyczna blondyneczka cała w loczkach, która mija nas po prostu jak pendolino. Dziękuję, pozamiatane.  

Oto Ewa Siwoń - żywy trup, dyszący ciężko, wlecze się w stronę schroniska na Markowych Szczawinach. Jest mi nagle niedobrze, ale przecież jak pójdę wymiotować w krzaki, to zaraz będę już szósta a nie piąta, więc trzeba to przetrwać.  Doganiam jakiegoś kolesia i zagajam: 

- Ciężko, no nie? 

- Rzygać mi się chce - odpowiada blady. 

- Mi też - wołam prawie z radością, że są obok mnie towarzysze niedoli w równie czarnej dupie jak ja.  

Wreszcie widać dach schroniska na Markowych. Marzę tylko o tym, żeby się tam gdzieś położyć i już zostać, ale wytresowana głowa ultrasa decyduje za mnie i za moje nogi. I nie chodzi tu o odruch warunkowy ślinienia się na widok żarcia na punkcie, ale o myśl, że punkt, to jedyne miejsce, gdzie można zyskać przewagę, jeśli się tam spędzi jak najmniej czasu. 

Moja rywalka akurat wsuwa spokojnie ziemniaczka, więc ja tylko łapię colę z wodą, pomidora, arbuza, dowiązuję luźne buty i na chwiejnych nogach oddalam się w kierunku najgorszego podejścia na całej trasie. Perć Akademików. Skały, klamry, łańcuchy i pion.




I nie chodzi o te łańcuchy. Istotne jest to, że na odcinku 1,8 km trasa wznosi się o 500 m.  Już ledwo podnoszę nogi na tych cholernych schodach, ale idę. A za mną wyprzedzona przed chwilą czwarta. Kur..a, nie mam już siły walczyć o jakiekolwiek miejsce - wszystko mi jedno, która będę. Zatrzymuję się i mówię do niej, żeby sobie spokojnie szła, bo ja już umieram i gonić jej nie będę. I nie jest to kurtuazja, bo serio tak się czuję. 

Żeby sobie poprawić humor stwierdzam, że przed biegiem chciałam zrobić czas 13 godzin, a będzie poniżej 12. Krok za krokiem w stronę szczytu. Tak bardzo nie chcę już tego robić, ale Babia Góra przyciąga mnie jak wielki magnes. Wreszcie, YES!!!!! Staję po raz trzeci na szczycie i zostaje mi tylko zbieg do mety. Oczywiście włącza się euforia biegacza na finiszu i organizm sięga do ukrytych rezerw. Ostatnie 4,5 kilometra zbiegam ciurkiem bez przystanków i sama nie wierzę, że przed chwilą byłam zombie. Naprawdę niezbadane i kuriozalne jest to ludzkie ciało i głowa. Najlepszym dowodem na to jest też to, że patrzę na zegarek i martwię się, że miało być 60 kilometrów, a wyjdzie 59. Może dokręcić gdzieś wokół klombu? 




Wreszcie jest meta i teraz jestem znów w niebie. Wpadam biegiem, prosto w ramiona Wojtka, dostaję medal, walę się szczęśliwa na ziemię. Pies też szczęśliwy liże mnie po twarzy. Już nic nie muszę, jest pięknie. 3x Babia zrobiona. Piąta kobieta, druga w kategorii, czas 11:31. 


Stwierdzam, że takie ultramaratony są lepsze niż sesja z psychoterapeutą - w ciągu kilkunastu godzin jesteś w stanie bardziej poznać siebie niż podczas rocznej terapii. 

Zdjęcia: Magdalena Sedlak, InArt-Radosław Denisiuk, Idea Photography, Karolina Sarnowska, własne 

wtorek, 18 maja 2021

Korona Bieszczadów na biegowo - relacja

 W czasach wirtualnych czelendży na Stravie i badży Garmina mała, blaszana odznaka z napisem "Korona Bieszczadów", którą przysyła pocztą oddział PTTK Sanok, może budzić pobłażliwy uśmiech. Kojarzy się trochę ze starym piechurem, który wpina ją w klapę brezentowego plecaka i niespiesznie rusza zdobywać kolejny szlak. 


 

A jednak czworo moich znajomych i ja zapragnęliśmy wejść w posiadanie takiej blaszki i zdobyć Koronę Bieszczadów. Na naszych warunkach czyli w 3 dni, biegiem. Ten sposób u starego piechura spotkałby się pewnie ze zdumieniem, ale brać biegowa powinna nas zrozumieć.   

Żeby zasłużyć na odznakę, trzeba zdobyć 15 bieszczadzkich szczytów, spośród których najniższy to Trohaniec 939 m npm, a najwyższa Tarnica 1346 m npm. Cała lista szczytów dostępna jest tutaj. 

Postanowiliśmy podzielić całe zadanie na trzy dni i każdego odwiedzić 5 szczytów, a odcinki między punktami startowymi pokonywać samochodem, żeby wyrobić się z całą  trasą w zakładanym czasie. Podobny projekt zrobiliśmy na jesieni 2020 roku zdobywając Koronę Beskidu Niskiego i całkiem nam się ta forma biegania po górach spodobała. Skład ekipy pozostał niezmieniony: Sebastian Burzyński, Kasia Popławska, Arek Popławski (support, kierowca i zdobywca części szczytów), Artur Zarzyński i ja. Tym razem cały plan opracowała Kasia, która bieszczadzkie szlaki ma w małym palcu i zna je jak własną kieszeń. 

Jako biegacze i fani rzeźnickich ścieżek pragnęliśmy sportowego wyczynu, ale liczyliśmy też na doznania estetyczne - widoki z połonin po horyzont, zielone zbocza Otrytu, może pierwszą opaleniznę. A jak było? Ha, Bieszczady wpuściły nas łaskawie w swoje trzewia, ale mieliły nas w nich na swoich warunkach.

Dzień 1 (44 km, +2421 m) - Trohaniec / Magura Stuposiańska / Dwernik Kamień/ Tarnica / Halicz

Na rozruch poszły niższe górki, raczej niewidokowe czyli Trohaniec i Magura w paśmie Otrytu, po którym ostatnio przechadzają się podobno bieszczadzkie niedźwiedzie. Ostrzegała nas przed nimi i gospodyni z naszej pierwszej kwatery i tablice przy szlaku. Misiów jednak nie spotkaliśmy. Był tylko pan prowadzący Chatę Socjologa, który słysząc, że zdobywamy Koronę Bieszczadów biegiem spytał: A po co tak? Ech, ten bieszczadzki slow life. 

Już pierwsze szczyty pokazały jednak, że wymiar wyzwania będzie trochę inny niż w Beskidzie Niskim. O wbieganiu na górę można było zapomnieć, bo średnio robiliśmy po 500 m przewyższenia na kilku kilometrach trasy.  Za to można było się nazbiegać do woli w dół testując moc czwórek i stabilizację kostek na stromych, śliskich od błota i kamienistych ścieżkach. 

Po pierwszych dwóch górach, które widokowo przeszły w sumie bez echa, Dwernik - Kamień już bardziej nam się spodobał. Polecam bo jest ze szczytu całkiem fajny widok. 



Nic jednak nie zapowiadało z jakim pogodowym przytupem, żeby nie powiedzieć pierdolnięciem, zakończy się nasz pierwszy dzień projektu KB. Na koniec piątku czekała nas pętelka 20 km z Wołosatego przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec czyli wschodnia końcówka GSB. Oj ostrzyliśmy sobie zęby na widoki, ale już w drodze na najwyższy bieszczadzki szczyt było wiadomo, że to się nie uda. Był wiatr, deszcz i zero słońca.  Na Tarnicy sytuacja przedstawiała się tak: 



Ostatecznie Arek zawrócił do auta, a Artur i Seba pognali szybciej całą pętlę, żeby nie czekać na nas w tej wichurze. My zaś we dwie z Kasią ruszyłyśmy po ich śladach ścieżką przez Halicz. To był naprawdę niezły test charakteru i nie wiem, czy kiedyś biegałam w takich warunkach. Widoczność spadła do około 10 metrów, pizgało złem tak, że jak to określiła nasza koleżanka Ania, wywiewało gałki oczne i dodatkowo padało. Panoramy oczywiście brak, ale przynajmniej dwie krejzi babeczki miały cały szlak dla siebie.  

Spokój nastąpił dopiero na Przełęczy Bukowskiej, gdzie z kolei zaczął się mozolny zbieg w dół pełną drobnych kamieni drogą - współczuję wszystkim GSB-owiczom, którzy muszą już na oparach robić ten odcinek. On zdaje się nie mieć końca i daje w kość stopom.

Dzień zakończyliśmy w Bacówce pod Małą Rawką, niektórzy nad zasłużonym piwkiem (grzane z koglem- moglem wymiata!) 

 Dzień 2 (42 km, +2778 m) Wielka Rawka / Połonina Caryńska / Rabia Skała/ Smerek / Jasło 

Rano przed śniadaniem lubię sobie zrobić w domu jogę. Wiecie, pies z głową w dół, malasana. W Bieszczadach zrobiłam za to biegasanę, bo w związku z zamkniętą o 6:30 kuchnią bacówki, postanowiliśmy zastosować plan: najpierw Wielka Rawka, a dopiero potem kawka.  Tym razem widoki wynagrodziły trud.  Były też drobne emocje i pragnienie raczków, bo powyżej 1000 m npm leży miejscami jeszcze zlodzony śnieg. 




A po śniadaniu, ech Caryńska! Ostatnio byłam tam w 2015 na Rzeźniku. Wchodziliśmy co prawda z Przełęczy Wyżniańskiej, ale tak czy siak dzida na piękną widokową Caryńską zawsze jest konkretna i daje po dupie.  Bardziej jednak tego dnia dała nam po dupie Rabia Skała szlakiem z Wetliny.  Na niecałych 14 kilometrach urobiliśmy tam 840 metrów w górę. Ten szlak to wredzioch, bo najpierw wspina się na Jawornik, a potem parokrotnie opada w dół, by za chwilę znów stać się pionem.  Mówiąc krótko - wyssał z nas sporo sił. 



Energię uzupełniliśmy więc w Wetlinie świętując pocovidowe otwarcie gastronomii.  Co za luksus usiąść przy stoliku i zjeść pierogi z normalnego talerza, a nie ze styropianowej wytłoczki plastikowym widelcem. Długo jednak kalorie w nas nie zagościły, bo trzeba było się spieszyć - tym razem na Smerek. Żółtym szlakiem przez Przełęcz Orłowicza dotarliśmy wreszcie na górę, załapując się na  upragnione widoki. Po zbiegu ze Smereka czekało na nas już tylko Jasło. Powiem szczerze, że nogi już miały dość, a w moim przypadku też płuca, bo niestety ostatnio męczę się znów z astmą i jak Marit B. muszę sztachać się sterydkami. Mieliśmy więc już trochę po kokardę, ale Biesy umieją pograć.  Żebyśmy nie rzucili kart na stół, dały nam na koniec dnia zjawiskową pogodę. Zakończyliśmy dzień w dobrych humorach w Cisnej. 




Dzień 3 (46,5 km, + 2670 m) Łopiennik / Stryb / Hyrlata / Wołosań / Chryszczata  

Fajne to zdobywanie szczytów przed śniadaniem - tym razem znów ruszyliśmy na pierwszą górkę nieprzejedzeni. Łopiennik to szczyt, który swego czasu był w zestawie Rzeźnik Sky i moim zdaniem całkiem zasłużenie, bo 550 metrów w górę to się tam robi na 3,5 kilometrach, a pozostałe trzy kaemy to powrót biegiem w dół. 

Kolejnym, 12-tym już punktem programu był Stryb położony na paśmie granicznym. Ten Stryb to nieźle zapamiętamy, bo tuż po zrobieniu pamiątkowej fotki pod szczytową tabliczką całkiem niedaleko nas walnął piorun. Oho, spie....lamy! Ruszyliśmy co sił w zmęczonych nogach i kiedy już ucieszyłam się, że burza poszła bokiem, gdzieś tuż obok rozległ się taki grzmot, że jego moc przetransferowała się do naszych nóg. Jednym słowem zaczęliśmy spie....alać jeszcze szybciej. Do kompletu doszła ulewa, ścieżką płynął potok błota i w efekcie na parking dotarliśmy przemoczeni do gaci i cali utytłani. Czy jednak coś zmieniło to w planach? Skądże znowu. Wyżęliśmy tylko skarpetki i powoli susząc własnym ciałem przyklejone do nas koszulki i spodenki, ruszyliśmy zdobywać Hyrlatą. Lekko się trzęsłam z zimna, ale kto biegał Ultramaraton Bieszczadzki, ten wie, że Hyrlata grzeje lepiej niż setka na raz do dna. Tak też się stało. Na górze klimaty panowały magiczne, podeszczowe Bieszczady były puste, ciche, zamglone i zielono-szare. Piękne po prostu. 



Kolejnym szczytem był Wołosań. Pogoda nadal nas nie oszczędzała. Co trochę przeschliśmy w biegu, znów zaczynało padać.  Było jednak nam już wszystko jedno i zaczęliśmy odliczanie końcowe projektu. Niestety o szybkim powrocie do Warszawy nie było co marzyć.  W Duszatynie, u stóp ostatniej góry - Chryszczatej stanęliśmy w niedzielę o 17-tej. Ludzie o tej porze robią sjestę po niedzielnym obiadku albo zaczynają planować powoli poniedziałek, a my mieliśmy jeszcze do zrobienia 12,5 po górach 430 kilometrów od domu. No cóż, ultrasów poznaje się po tym jak kończą, a nie jak zaczynają.  Na szczęście szlak na Chryszczatą jest fajny i w sumie lajtowy. Mimo konieczności skakania przez liczne potoczki, szliśmy sobie nie za stromo pod górę obok malowniczych Jeziorek Duszatyńskich, w towarzystwie salamander i niebieskich ślimaków, a potem na nasz ostatni szczyt trasą archiwalnego Rzeźnika. 

A na górze włączył się nam ciąg na bazę i chociaż w nogach mieliśmy już konkretną 3-dniową wyrypę, wszyscy rzuciliśmy się biegiem z powrotem do Duszatyna. Głowa rządzi, shut up legs! O godzinie 19 zamknęliśmy projekt Korona Bieszczadów mając na koncie wszystkie planowane szczyty. 



To była bardzo intensywna biegowa przygoda - łącznie zrobiliśmy po Bieszczadach 132 kilometry i 7867 metrów w górę. Zanurzyliśmy się w te góry i poczuliśmy je każdym centymetrem ciała. I chociaż czwórki paliły, ścięgna i achillesy ciągnęły, a ciuchy były jednym wielkim bagnem, mieliśmy w sobie radość i pełną satysfakcję.  


A teraz... czas zgłosić się do PTTK po blaszkę i zacząć szukać następnej Korony. 

   




wtorek, 3 listopada 2020

Korona Beskidu Niskiego na biegowo - Dzień 3.

Niedziela, 25 października - (Baranie, Wysokie, Jaworzyna Konieczniańska, Rotunda, Kozie Żebro,  Ostry Wierch, Lackowa)

Dystans: 44 km    

Przewyższenie: 2310 m


Tego ranka czekał na nas prezent w postaci zmiany czasu na zimowy - czyli śpimy dłużej, hurra! Myślicie, że skorzystaliśmy z niego? Hehe, nic z tych rzeczy. Zegarki zostały nastawione na 5 rano nowego czasu czyli 6 starego i znów po porannym rytuale trochę na śpiocha jeszcze wyruszyliśmy w szarzejącym dniu po kolejne perły w Koronie. 

Żeby nie było za przyjemnie i za łatwo, na ostatni dzień zostawiliśmy sobie najwięcej, bo aż siedem szczytów i to z wyjątkiem jednego, najwyższych. Dodam, że nocleg planowany był już w Warszawie, więc jeszcze czekało nas po całej akcji 400 kilometrów do domu. 

Na początek pobiegaliśmy po... 

BARANIE (754 m npm) 

Start robimy z Olchowca żółtym szlakiem, więc przed nami 5 km do szczytu, ale łącznie 11,5 km bo chcemy dobiec górą do Przełęczy Mazgalica, a potem zbiec do Huty Polańskiej. Arek ma nas z tej Huty odebrać i szybciutko (podkreślam słowo: szybciutko!) przewieźć pod kolejny szczyt.  

Szczyt okazuje się całkiem ciekawy. Leży na nim przewrócona wieża widokowa i stoi absolutnie wypasiona wiata, a w zasadzie chatka dla turystów, w której można zabiwakować. Po obowiązkowej fotce dziarsko mkniemy w dół do miejsca spotkania z Arkiem mijając jeszcze po drodze kamienny kościół pw. św. Jana z Dukli i pasące się stado koni. 











A na dole, w umówionym miejscu Arka ani śladu. Podobnie jak zasięgu. Drepcząc asfaltem po płaskiej drodze do Polan próbujemy się z nim skontaktować, ale chociaż każdy z naszej czwórki ma innego operatora komórkowego, u nikogo telefon nie pokazuje ani jednej kreski. Pukamy nawet w desperacji do jakiejś agroturystyki prosząc o możliwość skorzystania ze stacjonarnego. Gospodarz telefonu nie ma, za to daje nam hasło do swojego wifi. Nic to jednak nie daje - zero kontaktu. W obecnych czasach to budzi oburzenie, a pomyśleć, że kiedyś gdy nie było komórek, taki brak komunikacji nikogo nie dziwił. 

W każdym razie czas na zdobycie kolejnych szczytów topnieje w oczach, a my błąkamy się po wiejskiej drodze.  W końcu Sebastian łapie zasięg (niech żyje Plus!). Okazało się, że Arek dysponujący mapą papierową ma zaznaczony inny punkt zbiórki niż my w naszych trackach! Jedna kropka w złym miejscu na mapie, a półtorej godziny w plecy! 

WYSOKIE (657 m npm)

Wreszcie nasz bolid po nas zajeżdża i ruszamy zdobywać Wysokie od strony wsi Żydowskie. Dwa kilometry do szczytu z przewyższeniem ok. 200 metrów. W sumie to się dziwiliśmy, dlaczego do Korony został wybrany szczyt o wysokości tylko 657 m skoro jest tyle od niego wyższych, których w Koronie nie ma. Jeśli jednak Korona Beskidu ma uwzględniać też walory widokowe, to po pierwszych dwustu metrach jest jasne, skąd ta decyzja. 

Na Wysokie prowadzi ścieżka przez łąkę skrajem lasu i jest tam przepięknie, bo po lewej stronie rozciąga się panorama gór, a widok ze szczytu jest po prostu super de luxe. 








Szkoda że musimy szybko wziąć d... w troki i stamtąd spadać. Jeszcze nie jesteśmy do końca świadomi, że prawdziwa wyrypa zaczyna się dopiero teraz i przed nami pięć mocnych konkretów. Żeby dotrzeć tam jak najszybciej, VW Sharan zamienia się nawet na chwilę w terenówkę i forsuje bród z kołami do połowy w wodzie, bo to jest najszybsza trasa. 


JAWORZYNA KONIECZNIAŃSKA (881 m npm)

Tymczasem zaczyna lać, a przed nami wyrasta pierwszy z konkretnych konkretów. Jest mokro, zimno, błotniście, cienko z czasem i stromo pod górę - Beskid Niski mówi Sprawdzam! My natomiast robimy poker face i bez wahania wdrapujemy się na szczyt... ci co bez kijków chwilami nawet używając wszystkich kończyn (Kasia! Seba idzie na czterech!). 






Ostatni odcinek na tę Jaworzynę jest naprawdę totalnym pionem. Szczyt jest raczej z tych nieciekawych, zalesiony, więc dalej w deszczu biegniemy do Regietowa. 

ROTUNDA (771 m npm)

Ach jak miło wrócić na GSB. Rotunda i Kozie Żebro to dwa szczyty leżące na czerwonym szlaku a zarazem na trasie Łemkowyny Ultra Trail. Co ciekawe, chociaż biegłam tamtędy prawie w ogóle ich nie pamiętam. Co te zawody robią z człowiekiem, że leci jak w amoku po górach. A zatem hajda w piątkę na Rotundę. Na szczycie znów oglądamy robiący duże wrażenie cmentarz wojenny z charakterystycznymi krzyżami. Mgła dodaje aury nostalgii i tajemniczości.








Po drodze na dole mijamy za to grupkę ludzi piekących sobie kiełbaski pod wiatą, ale chociaż głód ściska nam już trochę brzuchy i strasznie im zazdrościmy (no my dwie z Kasią reprezentujące opcję wege - trochę mniej) to jesteśmy skazani na batony i kanapki, bo tempo, tempo, tempo..... 

 KOZIE ŻEBRO (847 m npm)

Z tego samego punktu startu czyli Regietowa ruszamy tym razem na Kozie Żebro. Coś tam pamiętam z zawodów, że jest stromo. Hehe, ano jest. Niezły test dla łydek i reszty mięśni nóg, nie mówiąc o płucach. Na górze oprócz tabliczki z nazwą szczytu wisi jeszcze przyczepiona do drzewa taka kartka: 



Zbieganie z Koziego naprawdę wymaga czujności, szczególnie po mokrych liściach. Padać w zasadzie przestało, ale marzymy o czymś ciepłym do jedzenia, bo batoniki straciły swoją atrakcyjność. Okazuje się, że niedaleko jest zajazd, gdzie można nabyć na szybko zupę. Co prawda nie zjesz jej jak człowiek przy stoliku, bo są covidowe obostrzenia, ale istnieje opcja na wynos. I tak to siedząc w samochodzie udaje nam się wreszcie wciągnąć po miseczce czegoś rozgrzewającego przed ostatnimi dwoma szczytami. W planie jest zrobienie ich za jednym zamachem, bez zbiegania do auta. 

OSTRY WIERCH (938 m npm) 

Pod Ostry zajeżdżamy jeszcze za dnia, chociaż coraz bardziej szarego, więc czołówki w gotowości. Wiadomo, że niestety oba szczyty będziemy robić po ciemku. I faktycznie, po mniej więcej 30 minutach już trzeba świecić. Sprawy nie ułatwia totalna mgła, a rozpraszające ją światełka czołówek powodują, że poruszamy się momentami po omacku. Dowodem na to niech będzie fakt, że Artur i Seba przebiegają przez szczyt w ogóle go nie zauważając, ale na szczęście Kasia zauważa i robimy 17-te zdjęcie szczytowe. 

Moje skojarzenia z horrorem, które miałam na Kamieniu nad Jaśliskami nie są wcale takie bezpodstawne. Po powrocie dokopuję się do informacji, że z Ostrym Wierchem wiąże się historia o samobójcy: "Powiesił się pewnego razu syn właściciela huty szkła. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem pochowano go nie na cmentarzu, lecz w miejscu gdzie granice Bielicznej i Huty Wysowskiej zbiegały się z granicą węgierską, czyli właśnie na Ostrym Wierchu. Wkrótce nieboszczyk zaczął pokazywać się kobietom zbierającym w lesie grzyby. Mieszkańcy wsi złożyli się po dwie korony i sprowadzili z Tatr bacę - czarodzieja. Dopiero jego magiczne praktyki sprawiły, że zmarły przestał prześladować żywych"

Dobrze, że biegnąc tamtędy po ciemku, jeszcze nie wiedziałam że w Beskidzie Niskim miejscami straszy :). 




LACKOWA (997 m npm)

Czas na ostatni akord! Lackowa - najwyższa w całym Beskidzie Niskim. Z najstromszym zejściem. I na największym zmęczeniu. Szlak każe nam niestety zbiec 300 m w dół, a potem znów prowadzi ostro w górę. Już nam wszystko jedno czy wbiegamy prosto w błotniste kałuże czy też obok. Czuję się dość abstrakcyjnie, jak sobie pomyślę, że oto właśnie jest niedziela, godzina 18. Większość ludzi siedzi w ciepłych domkach spokojnie kończąc weekend, a tymczasem my miotamy się w ciemnościach po mokrym, kamienistym szlaku gdzieś w dzikim Beskidzie Niskim, 400 km od domu.  Ale w sumie... tak trzeba żyć! Żeby się działo. Ja przynajmniej to uwielbiam.   


Wreszcie w okrzykach radości witamy tabliczkę z napisem Lackowa. Mamy to! 18 z 18 szczytów zdobyte! Teraz tylko trzeba zbiec do Izb. Żebyśmy dobrze zapamiętali tę wycieczkę ostatni fragment szlaku prowadzi nas tzw. ścianą płaczu. To jedno z najstromszych podejść (w naszym przypadku zejść) w Beskidzie i w dodatku usiane kamieniami, płytami skalnymi i korzeniami. Na szczęście radość z ukończenia Korony dodaje nam energii i robimy to w dobrych humorach.  

I wreszcie finisz. W oddali majaczą światełka naszego support-busa i słychać już Arka. 


Link do filmu: https://youtu.be/Bbgt7ZZMJog

Udało się! Koronę Beskidu Niskiego zrobiliśmy w czasie 2,5 dnia pokonując ok. 120 km i 6000 m przewyższenia. To był piękny projekt. Zapuściliśmy w absolutnie dzikie i odludne ścieżki, spotkaliśmy mnóstwo zwierzyny i tropów (w tym niedźwiedzi) za to prawie zero ludzi. Nie pogardziłabym odrobiną słońca, które dodałoby uroku jesiennym zboczom, ale zamglony Beskid też ma swoją magię.  

NA KOŃCU CHCIAŁAM TEŻ PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM UCZESTNIKOM NASZEJ WYPRAWY - Kasia, Artur, Seba, Arek! Stworzyliśmy razem super zgrany team i realizacja tego  projektu w Waszym towarzystwie była czystą przyjemnością. Mam nadzieję, że zrobimy też w przyszłym roku jakąś fajną biegową akcję w takim składzie! 
 

A teraz trzeba zgłosić się po odznakę do PTTK Jasło i... planować kolejne wyrypy.

Korona Beskidu Niskiego - Dzień 1. relacja TUTAJ  
Korona Beskidu Niskiego - Dzień 2. relacja TUTAJ