piątek, 8 września 2017

Siła mam

Na co dzień żyją biegami ultra, choć w nich nie uczestniczą. Gdy trwają zawody, nie śpią w nocy, bo przecież trzeba sprawdzać międzyczasy. Zaciskają kciuki czekając na sms-a z mety.  Mamy ultrasek. Dziś będzie o nich...



Tak się składa, że miałam szczęście poznać dziewczyny, które lubią spędzać czas w sposób uznawany często za ekstremalny - robią ultramaratony, samotne wyprawy w najdalsze zakątki świata, zdobywają góry, mierzą się ze skrajnymi warunkami pogodowymi - to je kręci. Niedawno udało mi się porozmawiać z ich mamami, bo ciekawiło mnie, jak podchodzą do pasji swoich córek. Przeczytajcie, co o pasji Asi Mostowskiej, Kasi Karpy, Agnieszki Winnie Szczepińskiej sądzą ich mamy. Zapytałam też o to swoją mamę. 

Każdy wie, że mama zawsze się martwi o dziecko, nawet to duże. Taka jej rola i taki instynkt. Czy córcia spędza wakacje leżąc na nadbałtyckiej plaży czy żeglując na Mazurach, ona zawsze czeka na jakiś sygnał, czy wszystko jest OK.

Co jednak ma powiedzieć mama, której córka (Asia) właśnie robi samotny przejazd rowerowy przez Tybet, wchodzi na 6-tysięcznik Stok Kangri w Indiach albo biegnie w ultramaratonie przez bieszczadzkie połoniny. 

Asia na BUGT 2017 (fot. P. Dymus) 

Co ma powiedzieć mama, której córka (Agnieszka) brnie przez 10 godzin po łydki w śniegu na Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim, przemierza z plecakiem Etiopię, Izrael, Chiny, Indie, Nepal albo mierzy się z trasą 125-kilometrowego biegu na Gran Canarii. 

Agniecha Winnie na ZUK-u 2017

Jak wspólną płaszczyznę porozumienia z mamą wspomnianej powyżej plażowiczki znajdzie mama Kasi, której córka parę razy w roku robi 50- czy 100-kilometrowe biegi na orientację albo napiera w 150-kilometrowym biegu Łemkowyna Ultra Trail, gdzie w lesie i błocie spędza się z reguły dwie noce pod rząd. 

Kasia z Łyskiem 

Czy to jest inny rodzaj strachu o dziecko?  
To, czego dowiedziałam się od moich rozmówczyń jest bardzo ciekawe i budujące. 

Na pytanie, "W jakich wydarzeniach traktowanych jako ekstremalne uczestniczy Twoja córka?" dostałam precyzyjne wyliczenie startów i wypraw. Matki wszystko rejestrują i doskonale pamiętają. To nie jest wiedza na poziomie "a moja córka gdzieś tam lata po górach". O nie, one wiedzą dokładnie - na ile kilometrów był ten ultramaraton w zeszłym roku, na jaki szczyt córka się wspinała i przez jakie tereny przedzierała po nocy. Mama Asi precyzyjnie wymienia "Dwukrotna wyprawa na Spitsbergen (przejście kilkuset kilometrów na nartach z pulkami), samotne przejście na nartach z pulkami przez płaskowyż Hardangervidda w Norwegii."

Mama Kasi wspomina z kolei, od czego zamiłowanie jej córki do ekstremum się zaczęło: "W bieganiu, jej pierwszym ekstremum był maraton, po którym wyglądała jak kupka nieszczęścia zawinięta w sreberko. 
Nie miała siły podnieść się z krawężnika, łkała, że już nigdy więcej…ale wystarczył kwadrans, żeby zaczęła się odgrażać, że za rok musi urwać te dwie minuty, którymi przekroczyła 4 godziny. Wiedziałam, że nie odpuści, a że jest uparciuchem, to wierzyłam, że będzie walczyć i pracować, aby następnego takiego biegu nie nazywać już ekstremalnym".


Mama Winnie podchodziła z kolei na spokojnie do pomysłów córki, bo, jak sama mówi, na męża wybrała człowieka uwielbiającego podróże i ekstremalne wyprawy. Taki był (bo już nie żyje) tata Agnieszki. Wspaniały podróżnik, lubiany przewodnik i ciekawy świata człowiek, dla którego pokonywanie swoich ograniczeń było wyzwaniem. Dlatego zainteresowania Agnieszki, podróże, biegi nie były dla niej zaskoczeniem („genu nie wydłubiesz”). Od szkoły średniej Agniecha podróżowała z plecakiem.

Zapytane przeze mnie, czy akceptują takie aktywności, odpowiedziały: 

Mama Kasi: "Czy mogłabym nie akceptować? W imię czego? Mojego spokoju? Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zakwestionowałabym to, co robi, wiedząc, jak bardzo szczęśliwa jest za każdym razem, kiedy wraca do domu po jakiejś morderczej wyrypie. Wszystkie te ekstremalne wyczyny nie pozostają również bez wpływu na jej życie „poza sceną biegową” – porządek wewnętrzny, umiejętności logistyczne, że o zdrowym odżywianiu nie wspomnę. Są również powodem mojej ciągłej dumy, o czym jako próżna matka wspomnieć muszę."

Mama Asi też nie ma wątpliwości: "Oczywiście, że je akceptuję. Cieszę się, że moja córka jest silna i aktywna fizycznie i że udział w ekstremalnych wydarzeniach sprawia jej radość". 

Dla mamy Winnie sprawa jest prosta: "Jeżeli się coś kocha robić, to należy to robić. Cieszę się, że wciąż znajduje nowe wyzwania i je realizuje. Zawsze tylko powtarzam jej, że musi się wsłuchiwać w swój organizm. Biegnie, dopóki sprawia jej to jakąś przyjemność. Nic nie musi."

Moje starty ultra początkowo budziły u mamy niewiele zrozumienia. Z czasem jednak jej podejście się zmieniło i teraz zupełnie inaczej reaguje, gdy mówię jej że mam w planach kolejny bieg górski. Doskonale pamiętam naszą rozmowę po Rzeźniku (nawet zamieściłam ją na swoim fanpage'u w 2015 roku). 



A więc ok, cztery matki - wszystkie zaakceptowały pasje swoich córek. Ale czy matka w ogóle może wyzbyć się lęku o dziecko, nawet jeśli jeździ ciągle samo po świecie i zaliczyło już 10 ultramaratonów czy samotnych ekspedycji.

Mama Winnie na początku obawiała się, że chęć dobiegnięcia w określonym czasie zwycięży nad zdrowym rozsądkiem i możliwościami organizmu. Teraz jest już pewna, że Agnieszka wie, po co biegnie i że nic już nie musi udowadniać. "Oczywiście tym, co się nie zmienia jest matczyne serce i obawa, czy coś się dziecku nie wydarzy. Ale wierzę w jej rozsądek" - podkreśla. 
  
Asia, która chyba nie jest już w stanie niczym zaskoczyć swojej mamy, jeśli chodzi o wyprawy, początkowo wzbudzała u niej po prostu zdumienie. "Nie wiedziałam, skąd u niej taka chęć do brania udziału w tak ekstremalnych wydarzeniach" - mówi jej mama.  Teraz nie jest już zdziwiona, chociaż każdą wyprawę czy ultrabieg przeżywa i się niepokoi. 

U mamy Kasi wygląda to trochę inaczej: "Oczywiście na początku był tylko niepokój o dziecko, które robi coś niezrozumiałego. Nadal boję się za każdym razem tego, czy Kasia zdoła rozsądnie ocenić swoje siły, czy dążąc do zwycięstwa, będzie potrafiła wycofać się z biegu, kiedy coś zaszwankuje, kiedy organizm powie „dosyć”. 
Ale Kaśka zastosowała sprytną metodę, żeby zjednać sobie w mamie sprzymierzeńca. Jaką? "Zostałam przez Kasię podstępem wciągnięta w bieganie, a kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Kiedy, zmanipulowana, stanęłam na starcie Złotego Półmaratonu Górskiego i ukończyłam go biegnąc po górach dystans ponad 25 kilometrów w 30-stopniowym upale, zrozumiałam, że można dokonywać rzeczy wcześniej niewyobrażalnych. Poczułam na własnej skórze, czym jest zwycięstwo, kiedy wchodzi się na podium".

Ania - mama Kasi - II miejsce w kat. wiekowej 
A zatem, jak wygląda ich wsparcie i kibicowanie teraz, kiedy już przywykły do tego, że wyjazd córki na weekend często wiąże się np. z biegiem przez całą noc po lesie? 

Kiedy Agnieszka biegnie, jej mama wciąż czeka na informacje gdzie jest, co robi i jak jej idzie. Spędza noce przy komputerze sprawdzając na bieżąco czasy biegu, miejsce itp.



Mama Kasi śmieje się: "Teraz nie pytam już jak było? Teraz pytam dlaczego medal nie jest złoty? Niepokój pozostał, ale przecież całe życie jest ryzykiem, a jak to już wspólnie ustaliłyśmy: „jest ryzyko, jest zabawa…albo piargi, albo sława”.

A jednak złoty. Abentojra 50 km.

Mama Asi zawzięcie kibicuje, ale za każdym razem stara się też dowiedzieć jak najwięcej o przedsięwzięciu. Mówi, że wtedy wie konkretnie w czym może pomóc, gdyby była taka potrzeba i co jest tam naprawdę niebezpieczne.

Moja jakiś czas temu mnie rozczuliła. To było przed pierwszą setką. "Wiesz, pomyślałam sobie, że jak Ty tak będziesz biegła te 100 kilometrów, to Ci będzie bardzo walić serce. Może dam Ci taką tabletkę, to weźmiesz, żeby to serce uspokoić" - i buch, wyciąga z szafki Validol. Padłam. Ze śmiechu. Ale oczywiście chciała jak najlepiej.

Mama zawsze czeka na sms-a ode mnie po biegu i zawsze ze wzruszeniem mi gratuluje. Czyta relacje na facebooku, ogląda zdjęcia. Myślę, że moja radość jest też jej radością, a odkąd dowiedziała się jak wygląda świat biegów ultra od podszewki, mimo wszystko trochę mniej się denerwuje. Chociaż czy tak naprawdę wie, jak to wygląda w rzeczywistości? ;-)



A czy to wszystko ma sens? 
Nie myślcie sobie, że wszystkie mamy są tak wyrozumiałe. Moim rozmówcą miał też być tata albo mama kolegi specjalizującego się w ekstremalnie długich dystansach. Niestety kolega odradził mi przesyłanie pytań do swoich rodziców, mówiąc, że ich wsparcie jest zerowe, co wynika przede wszystkim z braku zrozumienia dla jego pasji, a co za tym idzie strachu.
  
Jednak wszystkie bohaterki mojego artykułu potwierdzają, że dla nich pasja ich córek jak najbardziej ma sens, nawet jeśli wiąże się z przemarźnięciem, przemoknięciem, godzinami spędzonymi w upale i ogólnie opuszczeniem strefy komfortu na długo i daleko. "Wszystko, dzięki czemu człowiek jest szczęśliwy, ma sens" - mówi mama Kasi.
Mama Winnie dodaje: "Całe moje wspólne życie z mężem, najpierw z córkami a potem sami podróżowaliśmy i zwiedzaliśmy świat. Agniecha robi to, jak dla mnie, w bardziej ekstremalny sposób. Ale zmieniły się czasy i możliwości. Ja to bardzo dobrze rozumiem."
Moja mama też rozumie już moje ultra-potrzeby, bo jak mówi, widzi, że świetnie sobie radzę i że daje mi to radość i szczęście. 

Ten post powinien ukazać się na blogu 26 maja. Postanowiłam jednak nie czekać aż do Dnia Matki z tym tematem, bo 8 września jest tak samo dobry, żeby podziękować mamom za to, że nas kochają, rozumieją i tak wspierają, chociaż wewnątrz martwią się cały czas, gdy jesteśmy gdzieś na szlaku (a tak naprawdę to "w czarnej dupie, z gasnącą czołówką na 90-tym kilometrze trasy", ale ciii....)

Każdy dziękuje swojej, bo jak wiadomo matka jest tylko jedna ;-) więc i ja powiem tak: MAMO, kocham Cię! Dziękuję Ci, że wspierasz mnie w mojej pasji. Twoja siła daje mi siłę.  Jesteś the best!

ps. Dziękuję wszystkim mamom, które zgodziły się porozmawiać ze mną na ten temat.   

3 komentarze:

  1. Żeby tylko Kasica tego nie przeczytała, bo dostanie mi się za tę kupkę w sreberku...na szczęście jest w drodze do Chochołowa, pochłonięta tym co nastąpi jutro, więc luzik ;)
    Pozdrawiam mamy ultrasek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja Mama może w szczegółach się nie orientuje, ale za to martwi się na zapas :) Pytania typu: "... ale w Bieszczady to jedziesz odpocząć, a nie po górach zapier**lać?" ciągle się jeszcze pojawiają, jakby chciała wierzyć, że pewnego dnia usiądę i posiedzę.

    O moich planach ultra póki co mówię, przyjdzie na to czas. W etapie przygotowawczym polecą maratony górskie, to 70 km nie będzie robiło takiego wrażenia. Oto mój sposób na Mamę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że stopniowanie doznań to dobry pomysł. Tak było z moją mamą - początkowo 30 km po górach budziło zgrozę, aż stopniowo przez Prehybę i Rzeźnika doszłam do Lavaredo i już protestów i rwania włosów z głowy nie było :) Także łyżeczką, łyżeczką ... :)

      Usuń