piątek, 28 grudnia 2018

Moje biegowe podsumowanie 2018 roku czyli gdzie startowałam i jakie biegi polecam



Mijają te dni jak wariaty, człowiek już myślami w takim na przykład kwietniu 2019, a tu wypadałoby się pochylić i podsumować biegowy rok 2018. To był fajny rok. Biegałam sama, biegałam z fajnymi ludźmi. Poznałam nowe miejsca, nowe osoby i nowe odcienie bólu ultrabiegaczki ;-). 

Mówiąc krotko, rok był udany, bo PLAN ZOSTAŁ WYKONANY.

A plan był taki:
kwiecień  - Dziki Groń - 64 km
maj - Beskidzki Topór - 73 km
czerwiec 3-dniowe bieganie trasą BUGT w Tatrach 
lipiec - Lofoty 260 km, wieloetapowy bieg solo bez wsparcia
październik - Łemkowyna Ultra Trail 150 km
grudzień - Garmin Ultra Race 52 km

Z premedytacją porzuciłam asfalt, jeśli chodzi o zawody i wybrałam góry. Efekt jest taki, że biegam wolniej niż np. w 2016 czy 2017, ale nie szkodzi. Czuję że siła nóg wzrosła (a wraz z nią obwód, chlip, chlip) a głowa dostała niezłą dawkę mocy po tych wszystkich hasaniach.

W reporterskim skrócie było tak:

W Szczawnicy na Dzikim Groniu 64 km dostałam w tyłek od upału. Był to kwiecień, a słupki rtęci sięgały 29 stopni, co dla większości biegaczy, którzy nie przesiedzieli zimy w Kenii było lekkim szokiem. W połączeniu z niełatwą trasą Pienin i Beskidu (podejścia strome i bardzo strome), można powiedzieć, że Dziki był delikatnie mówiąc męczący. Ale za to jaki piękny! Polecam. I polecam zostawić siły na końcówkę, bo są tam niezłe góreczki-niespodzianki. Moja relacja ze Szczawnicy: TUTAJ

I miałam tu super support! 

Miesiąc później pobiegłam Beskidzki Topór 73 km w Beskidzie Małym. Zdecydowanie bardziej kameralna impreza niż biegi szczawnickie, więc tłumu na trasie nie było. Za to pozwalało to dyszącym i upoconym ultrabiegaczom na spokojną i samotną kontemplację przyrody np. w Rezerwacie Madohora. Pięknie tam i niezadeptanie. Traktuję ten bieg jako odkrycie nowego kawałka Polski, a że udało mi się tam wskoczyć na pudło i być trzecią, to w ogóle wspomnienia mam przepozytywne. I uwaga, za ostatnie dwa podejścia przed metą zawodnicy chcieli zamordować orgów.  
Tam też przekonałam się że jednak trzeba jeść na trasie, nawet jeśli zawzięcie przed kimś uciekasz albo go gonisz. Szczegóły: TUTAJ 

Lato to brak startów, ale to nie znaczy że nie biegałam. 

W czerwcu uderzyłyśmy z Ren w najpiękniejsze góry czyli na rekonesans trasy Biegu Ultra Granią Tatr, ze spaniem w schroniskach i całym tym tatrzańskim klimatem. Niestety Ren zapadła na zdrowiu i ostatniego dnia dzień pomykałam po nich sama. 


Ogólnie rzecz biorąc nie zrobiłam całości kończąc na Krzyżnem i wracając na dół czarnym z Murowańca, ale większość trasy poznałam i powiem Wam, że BUGT to gruba zabawa. Trzeba mieć łydę, mocne czwórki, usunięty gen strachu przed zbieganiem pionowo po kamieniach no i parę w płucach. Jeśli się kiedyś dorobię tych atutów, to się zapiszę na losowanie. Relacja z tej wycieczki: TUTAJ

Wspomniana etapówka w Tatrach bardzo mi się przydała do kolejnego, a w zasadzie kluczowego wyzwania 2018 roku czyli mojej wyprawy na Lofoty, gdzie samotnie pokonałam 260 km. 
Jestem mega zadowolona że ten pomysł wypalił i jak wiele osób prorokowało, bakcyl został złapany. Oznacza to oczywiście, że nie sprzedam sprzętu, który sobie nakupowałam na tę solo-wyprawę, bo przyda mi się już za 8 miesięcy na kolejnej, tym razem trochę dłuższej. 
O Lofotach  wiele już pisałam, więc dla chętnych do poczytania relacje i opisy: TUTAJ i TUTAJ.

A jak już odpoczęłam porządnie po norweskiej przygodzie, to przyszedł czas na petardę czyli Łemkowynę Ultra Trail 150 km. Było super. Bieg nie sponiewierał mnie, bo pogoda nas po prostu rozpieszczała (z pewnym żalem stwierdzam, że nie była to Błotowyna) i w zasadzie musieliśmy walczyć tylko z dystansem i zmęczeniem, a nie zasysającą buty mazią (no dobra w paru miejscach była). Ogólnie to po fakcie stwierdziłam, że właśnie ŁUT 150 jest dla mnie BIEGIEM ROKU.


Lofoty były przygodą, ale w wymiarze sportowym pokonanie tych 150 km w czasie 25 h 04 min na raz uważam, za większe osiągnięcie. Dało mi to też naturalnie +1000 do psychy, bo jak człowiek zrobi 150 z pompkami na mecie, to przez chwilę wydaje mu się że może wszystko. Moja relacja z ŁUT 150: TUTAJ.

No i na koniec w grudniu ultra maluszek czyli Garmin Ultra Race 52 km w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Niby 3x krócej niż na Łemko, ale za to znacznie szybciej, więc ta pięćdziesiątka nieźle mnie sponiewierała. Było jednak fajnie i ten bieg też polecam, żeby przekonać się że nasze Pomorze to nie tylko smażona fląderka, janusze parawanów w Łebie i  spacery po deptaku. Naprawdę fajne górki mają nad morzem. Relacja z GUR: TUTAJ

*** 
Tak, to był naprawdę niezły rok. Jak widać nie startowałam dużo, ale chyba lepiej iść na jakość, a nie ilość, szczególnie jak się nie ma końskiego zdrowia i 20 lat, żeby się regenerować w trybie hiperszybkim i startować co 2 tygodnie. 
Kontuzje jakieś tam się przyplątywały, ale na szczęście żadnej wykluczającej mnie z biegania na dłużej niż 2-3 tygodnie. No nie ma tak, że można sobie robić rocznie 3 tysiące kilometrów i uniknąć przeciążeń, małych stanów zapalnych i naciągnięć (przynajmniej ja tak nie mam).  Grunt to jednak szybko reagować na sytuację i wzmacniać całe ciało, a nie tylko biegające kopytka. Późną jesienią wdrożyłam właśnie ostry plan ogólnorozwojówki i czuję, że to jest krok w dobrą stronę. 

O tym jednak, jaki mam plan na 2019, co to za ćwiczenia zamierzam robić i gdzie pobiegać, napiszę w kolejnym, pierwszym w nowym roku poście. Powiem tylko, że będzie trochę inaczej niż w 2018 i gęba mi się cieszy na samą myśl, co się będzie działo, jeśli zdrowie nie nawali.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz