niedziela, 18 lutego 2018

Przez Lofoty trochę szybciej


Końcówka trasy LUT - okolice Svolvaer (fot. Kai-Otto Melau  http://www.melauphotography.no/blog/) 


Jak zwykle wszystko przez te internety... i fejsa, psia go mać. Żyłby człowiek spokojnie i w niewiedzy, planował wycieczki w Beskidy czy Tatry, ale nie, musiał trafić na zdjęcia z jakichś Lofotów. No więc zbieramy szczękę z podłogi i penetrujemy stronę-kopalnię biegów ultra czyli marathons.ahotu - no przecież musi być tam jakiś bieg, a ja muszę go przecież pobiec.
I okazało się, że faktycznie jakiś jest. I to całkiem syty, bo stumilowy - Lofoten Ultra Trail. Hurra, zapisuję się!  Radość w sercu moim! Gdzie ten regulamin? Zaraz, ile?
Prawie dwa tysie pln-ów za pakiet startowy?! A dojazd, a pobyt? No tak, przecież to Norwegia - kraj, w którym  "Nie stać cię na baton", jak śpiewał zespół The Police w takiej jednej piosence.

No więc tsss.... wstępnie uszło ze mnie powietrze. Ale zaraz - skoro robią tam bieg, to chyba mogę sobie pobiec go sama. Bez wyścigu, bez napinki. Może i mnie nie stać na norweski baton, ale kroki na tych zjawiskowo pięknych wysepkach mogę stawiać za darmo. 


I się zaczęło!
Opcji jak jechać, którędy i w jakim składzie było kilka. Ostatecznie stanęło na czymś, co początkowo wydawało mi się nierealnym hardcorem, a w tej chwili jest całkiem realnym marzeniem. Jeśli życie nie spłata mi jakiegoś cholernego figla, to już 9 lipca ono się spełni.
A zatem jadę sama, na tydzień. Na wieloetapowe, bezsupportowe ultra bez napinki.

fot. https://hiveminer.com/User/Mistah_Grape

Dopiero, kiedy naprawdę do mnie dotarło, że będę poruszać się tam licząc wyłącznie na siebie, zrozumiałam, że tak naprawdę zawsze chciałam coś takiego zrobić. Lubię biegać z ludźmi, ale lubię też biegać sama. Mieć pełne, nieograniczone niczym możliwości, brać za wszystko pełną odpowiedzialność, a tym razem także pełny.... plecak. 

SPRZĘT

Jeśli mam liczyć na siebie, to muszę mieć ze sobą nawigację, plecak, namiot, śpiwór, żarcie i cały majdan. Ultralekki majdan dodam, bo poruszanie się na "lekko i szybko" raczej wyklucza tradycyjny bagaż trekkingowy. To ma być FASTPACKING! Niedawno jeszcze nie znałam tego fajnego słowa, ale już wiem, że to po prostu połączenie wędrówki z lekkim plecakiem i biegania. Dowiedziałam się też z blogów zawodników m.in. Maratonu Piasków, a także od samego Gediminasa Griniusa, że maksymalną wagą plecaka powinno być 10% naszej wagi ciała, jeśli bieg ma być biegiem. Ok, a zatem muszę się zmieścić w widełkach 6,0-6,4 kg. 
Początkowo myślałam - abstrakcja. Z namiotem, śpiworem, żarciem, itd. w sześciu kilo? Wygląda na to jednak, że da się. Moje planowanie bagażu opiera się więc na trzech głównych zasadach: 
1) celuję w ultralekkie rzeczy
2) liczę każdy gram (waga kuchenna i tabelka w xls wielce pomocne)
3) wypierdzielam z listy sprzętu wszystko, co niepotrzebne  

Kasę na ultralekki sprzęt wydaje się niestety z bólem serca, bo jak słusznie zauważył małżonek, w niszy ultralekkich zabawek każde 100 g mniej kosztuje 100 zł więcej. Tak to mniej więcej wygląda. Namiot, który waży 760 g? Ok, ale w Lidlu ani w Deca go nie kupisz. Porządny (a nie z Aliexpress) "tarptent" czyli coś pomiędzy 1-osobowym namiotem a plandeką rozstawianą na własnych kijkach trekkingowych to koszt minimum 225 US$. A są i na rynku półkilowe z dyneemy po 700 US$.  Piórkowej wagi puchowy, ciepły śpiwór na nocki 200 km na północ od koła podbiegunowego (tak, to tam jadę), to wydatek równie bolesny. Nie mam jeszcze takiego cuda i aż się boję myśleć o zakupie. Oczywiście myślę sobie, że jeśli będę potem w finansowej dupie, to przecież mogę to wszystko sprzedać (ale istnieje niebezpieczeństwo, że mi się spodoba i będę chciała powtórzyć taką wycieczkę :D). W każdym razie chwilowo trwa przemyślana kompletacja sprzętu. Wiecie ile radości potrafi sprawić 150-gramowa porządna przeciwdeszczowa kurtka na wyprzedaży, ręcznik ważący 74 g, albo "niezłamywalny" łyżko-widelec co ma gramów 7?

Plecak do nadania scyzoryka i kijków na bagaż rejestrowany - w podręcznym nie przejdą :)

Ręcznik całkiem duży

TRENING 

No OK, ale nawet z najlżejszym plecakiem albo i nawet bez niego, bez mocy w nogach nie pociągnę. Zatem kompletuję też moc. Treningi dzień po dniu w terenie czyli back-to-back (im bliżej wyjazdu, tym więcej tych "back-to-back" będzie (i to z plecakiem), bo przecież tam będę biegła 4 albo 5 dni pod rząd. Oprócz tego podbiegi, szybkość, ogólnorozwojówka 3x w tygodniu. Rolowanie, rozciąganie, joga. A tu jeszcze regenerację przydałoby się gdzieś wcisnąć :)
Impossible is nothing, ale ciężka harówka treningowa is everything, jeśli mam nie paść po pierwszym 56-kilometrowym dniu i 2500 m przewyższenia. Zdaję sobie sprawę, że jak na każdym ultra będzie to trochę biegania i sporo dreptania. Szczególnie na podejściach, które według mapy mają czasem grubo ponad 30% nachylenia. Wpadnę więc pewnie treningowo i na schody. 

TRASA 

Fragment trasy Lofoten Ultra Trail i mojej trasy. Widzicie zawodnika? (fot. Kai-Otto Melau  http://www.melauphotography.no/blog/)

Jeśli chodzi o trasę, to "lekko" wydłużyłam sobie i zmodyfikowałam oficjalny track biegu Lofoten Ultra Trail. Ze 160 kilometrów zrobiło mi się ich 255. Przewyższenia wyjdzie łącznie ok. 8200 m. No ale jak tu odpuścić południe archipelagu, skoro tam jest tak ładnie? A poza tym skąd zacząć jak nie od miejscowości co zwie się Å? I mam skończyć całą zabawę w dwóch trzecich Lofotów czyli w mieście Svolvaer? No nie, jak już lecieć to po całości - do Raftsundet, czyli cieśniny, która oddziela na północy Lofoty od archipelagu Vesteralen. Wybrzeżem, po górach, po śniegu, szlakach, małych dróżkach, a także asfaltem, gdy nie będzie innej opcji. Wycieczka wyglądać więc będzie tak: 



Plan A zakłada zrobienie trasy w 4 dni (szacowany dzienny kilometraż: 56/70/62/64). 
Plan B daje więcej luzu i jeden dodatkowy dzień (dzienny kilometraż: 56/55/55/37/55). 
   
Każdy plan ma swoje "zady i walety" i pewnie decyzję będę podejmować na miejscu. Grunt, żeby zdążyć lokalnym pe-ka-esem na powrotny prom i samolot po tygodniu. Spać najfajniej byłoby na dzikusa, gdzieś w górach, ale będę regularnie potrzebować dwóch produktów - prądu i wrzątku. Spora część trasy wiedzie poza szlakami albo po słabo oznakowanych ścieżkach, więc przyda się podładować co wieczór garmina z trackiem. Wrzątek przyda się z kolei do zalania zdehydratyzowanego obiadku, bo żadna kuchenka nie zmieści się w moich limitach wagowych. A zatem campingi. Też po to, żeby umyć w ciepłej wodzie po całym dniu, a biorąc pod uwagę, że może równie dobrze lać przez cały tydzień, bo sorry taki mamy klimat w północnej Norwegii, ciepła woda będzie miała walor nie tylko czyszczący ale też grzewczy. 

Mówiąc szczerze chciałabym też, żeby ta wyprawa miała jakiś większy sens i przydała się nie tylko mnie. Na razie powiem tyle, że będzie okazja pomóc komuś, kto tego bardzo potrzebuje. Się biega, się pomaga - więcej szczegółów wkrótce.  Może wrzucę też co jakiś czas post o tym, jak mi idą przygotowania, o ile kogoś to zainteresuje. 

A może Wy pomożecie mi ogarnąć jakąś fajną nazwę dla tej wycieczki? Bo nazwa "Projekt Lofoty" jest nudna jak pięćsetna owsianka z bakaliami i goji na instagramie.  



Od początku żółtego do końca niebieskiego


  

2 komentarze:

  1. WOW!!! :D
    Kobieto, ale Ty masz super-hiper pĄmysł! Szczęka opada...
    Nawet nie myśl o tym by wymigać się z dokładnego opisywania treningów. Już nie mogę się doczekać lektury. Dajesz!
    Jako pomyślę o czytaniu relacji z biegu, ciary przechodzą. Już nie mogę się doczekać. :)


    W kwestiach sprzętowych, co do śpiwora to z czystym sumieniem mogę polecić Robert's Outdoor Equipment (http://roberts.pl/index.php?l=pl&p=_strona_glowna). Znam Romka Werdona osobiście, wiem od niego, że szył różne szpeje, na różne potrzeby i warto z nim się skontaktować. Ponad ćwierć wieku temu szył dla mnie i mojej siostry, na zamówienie moich rodziców, śpiwory - dość powiedzieć, że do dziś działają. Obecnie użytkowane raczej w formie kołdry - wyrośliśmy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej,
      dzięki za miłe słowa :) Naprawdę byłoby super, gdyby to wszystko wyszło, tak jak planuję, w każdym razie ja ze swojej strony zrobię wszystko, żeby tak było :) Treningi opiszę :)
      Co do sprzętu, to dzięki za cynk - cenna informacja! Widziałam sprzęt Robert's ale w zagranicznych sklepach outdoorowych i nie przyszło mi do głowy że to polska firma :) Myślałam, że tylko Cumulus robi lekkie puchowe u nas. Obejrzałam już ich śpiwory, ale muszę najpierw uzbierać na to kasę, bo się chwilowo wyzerowałam na plecak, matę, kurtkę i buty - planuję zmieścić się w 500-600 g max z tym śpiworkiem, a to już wydatek >1000 zł. Pozdrawiam Ewa

      Usuń