środa, 7 października 2015

Zielonooki potwór

Czyżby post o zdrowym i pożywnym shake'u ze szpinaku, banana i kiwi? No, nie.



Tym razem o ciemniejszej stronie biegania, a raczej niebiegania (ale mam nadzieję z happy endem). Wiadomo, fajnie przelewać na klawiaturę pozytywne emocje, ale czasem można chyba dorzucić trochę piasku, co zachrzęści w zębach.  Napisać o tym, co w duszy siedzi, żeby to z siebie wyrzucić. A mi w duszy siedzi zielonooki potwór.

Strzeż się, panie, zazdrości! O, strzeż się
Tego potwora zielonookiego,
Co pożerając ofiarę - z niej szydzi.

                                            (W. Szekspir "Otello")

Tak właśnie, takie brzydkie słowo na "Z" mnie trochę nęka, a nawet dwa słowa na "Z" czyli złość i zazdrość. 
Złość, że nie mogę biegać tak, jak bym chciała (czyli duuużo i szybko).
Zazdrość, że inni biegają i biją nowe rekordy, że mogą cieszyć się pokonywaniem nowych granic, a ja chwilowo nie.
Taka zołza ze mnie, o!

Uczucie to oczywiście nie ma sensu, bo tylko zżera człowieka psychicznie, no ale cóż - podobno mamy je w genach.  Wiem, że ta gra jest niewarta świeczki. Przecież to tylko hobby. Moja kontuzja - już sama nie wiem czego, bo diagnoza co krok to inna - dwugłowy, kulszowy, nerw, kaletka, sretka, ch... wie, co jeszcze, nie wyklucza mnie przecież z walki o żadne kryterium olimpijskie. Po prostu ustawia mnie w kolejce dużo dalej niż na przykład rok temu i w sumie to jest najbardziej wkurzające. Bo człowiek przypomina sobie, jak latał po górach pełen radości, jeszcze tak niedawno. A teraz dupa, inni latają, a ja się toczę. No więc uczucie zazdrości jest, aczkolwiek mam pełną świadomość że go być nie powinno. 

Tak na marginesie, to do końca uziemiona nie jestem. Przebieram co parę dni nogami, gdyż nic nie złamałam ani nie zerwałam, ale bieganie nie daje mi od miesiąca radości. Jest bolesne, szczególnie "po", chociaż też w trakcie. Nie składa mnie w pół podczas biegu, ale nie pozwala też za bardzo przyspieszyć, puścić się pędem na zbiegu czy cisnąć pod górę. To jest takie totalne pół gwizdka, takie niewiadomo co.

Był piękny plan (kto go nie miał :D), żeby wytrenować siłę przed jesiennym ultramaratonem i stać się taką fajną, sprężystą maszyną do biegania, która przeleci przez złoto-brązowe Bieszczady, a tymczasem jestem maszyną z obluzowaną główną śrubką, która co jakiś czas puszczana jest w ruch i znów odkładana na półkę z napisem "rzeczy do naprawy". Maszyna wędruje więc regularnie do  warsztatów naprawczych masażysty i fizjoterapeuty, jest rolowana i rozciągana w domu, ale ku lepszemu idzie bardzo powoli. 

W Bieszczadach owszem, wystartuję i nawet się wyposażę w hasło z gatunku "Fuck the comfort zone", ale co z tego wyniknie i ile uciągnę z 52-kilometrowej trasy, okaże się na miejscu, po strzale startera. Wyparowała gdzieś ze mnie radość z tego biegu i tylko oczywiście zazdroszczę tym, którzy będą tam sobie cisnąć bez bólu, taka zołza ze mnie,o!
   
Ale na przykład na Warszawskim Maratonie wkładałam całe serce i siłę strun głosowych w zagrzewanie do boju maratończyków tuż przed podbiegiem na Sanguszki. Widziałam ich walkę i też ciut zazdrościłam, ale akurat tu samo kibicowanie było na tyle pozytywne i przepełniała mnie tak fajna, pozytywna energia, że zazdrościłam mniej :)

Po przemyśleniu wszystkiego, postanowiłam więc się ogarnąć. A żeby się ogarnąć, napisałam sobie kilka haseł (korzystając przy okazji m.in ze strony http://www.ineedmotivation.com/), które zamierzam wdrożyć i pożegnać zołzę we mnie. Może komuś też się przyda :)

Skoncentruj się na swoich mocnych stronach 
Pomyśl o tym, co jest Twoją siłą. Ok, kontuzja wyłączyła Cię z rytmu treningowo-startowego, ale możesz iść dalej do przodu, nawet jeśli trochę okrężną drogą. Chwilowo twoją mocną stroną nie jest szybkość? Ale może jest nią wytrwałość. Nie poddawanie się bez walki. Kreatywność. Inne sporty. To się przydaje podczas kontuzji. Zamiast wpadać w depresję, ustal co możesz robić, żeby podtrzymać formę i działaj. Wyrzuć z głowy hasła typu jestem beznadziejna, nie mogę, nie daję rady. Mów sobie: "wierzę że mi się uda", "będę pracować nad tym, żeby niedługo było lepiej", "nie mogę  na razie biegać, ale mogę [pływać jak ryba z ósemką i mieć żelazne bary, zrobić niezły sześciopak, wyhodować tricepsa ze stali]

Nie porównuj się 
Jednym z głównych powodów, dla których ludzie czują zazdrość i łapią doła jest porównywanie się z innymi. A przecież wszyscy jesteśmy całkowicie unikalnymi jednostkami i w momencie kiedy to zrozumiemy dotrze do nas, że porównywanie się nie ma sensu. I co z tego że tamta właśnie pobiła życiówkę w maratonie o 15 minut, a Tobie poszło gorzej niż przed rokiem. Każdy z nas ma jakieś cechy, których inni nie mają  i na odwrót. Porównywanie się w sporcie amatorskim nie wyzwala żadnych pozytywnych emocji, tylko wręcz przeciwnie, no chyba że ktoś jest ciągle najlepszy i się tak dowartościowuje ;-) .

Pamiętaj o konsekwencjach 
I co ci przyjdzie z tego, że będziesz siedzieć i czytać o tym, jak innym świetnie idzie, a tobie akurat chwilowo nie? Zamknij facebooka z jego wszystkimi fan page'ami pełnymi radosnych komunikatów typu "A ty ile dziś przebiegłaś?" albo "życiówka z rana jak śmietana". Jeśli tego nie zrobisz, będziesz dalej pogrążać się w negatywnych emocjach, a co gorsza przelewać frustrację na Twoich najbliższych, którzy przecież nie są winni temu, że akurat nie możesz biegać.


Przekuj zazdrość na motywację 
Zamiast pozwolić jej, by cię zżerała pomyśl o tym, jak możesz taką złość i zazdrość wykorzystać. Ludzie wracają do świetnej formy po naprawdę ciężkich kontuzjach, bo bardzo tego chcą i ciężko nad tym pracują. Nawet jeśli jesteś chwilowo "out", zapisz się na jakiś wyjątkowy bieg, taki w odległym terminie, żeby mieć czas na wyjście z kontuzji i nawet jeśli chwilowo nie możesz robić nic, szykuj się mentalnie na powrót do treningów, żeby w przyszłości osiągnąć swój cel i stanąć na starcie (Madera Island Ultra Trail!). 

I to tyle ode mnie. 
I'll be back!!!! 

ps. temat jest bardzo szeroki, więc zapraszam do "szerowania" bądź jak kto woli szorowania poglądów.



6 komentarzy:

  1. Jakbym czytała o sobie... U mnie zostało jedynie to pływanie z ósemką, ale też delikatnie, bo jak za mocno się odbijam przy nawrocie to poślad się odzywa ;) Sześciopaka też nie zrobię, bo nie mogę robić większości ćwiczeń na brzuch i stabilizację. Tak więc patrzę sobie bezradnie jak mi powoli zanikają mięśnie. Zostaje jedynie bicek, tricek i ramionka ;)

    Chyba trzeba tak to sobie tłumaczyć, że po pierwsze to jesteśmy amatorami, z nikim się nie ścigamy. No i nie jesteśmy maszynami, które jak nakręcimy to będą działać bez zarzutu. Przy takich obciążeniach i przy normalnym, amatorskim trybie życia musi czasem coś pierdyknąć. Doszło to do mnie ostatnio i już się naprawdę nie denerwuję, że miałam za tydzień poprawiać życiówkę w połówce i zaczynać przygotowania pod maraton z panem Skarzyńskim. Tak najwyraźniej miało być. Moje ciało miało dość i już. Byle zaczęło być w końcu lepiej, bo tak różnorodność diagnoz, podobnie jak u Ciebie, też mnie powoli irytuje. Staram się zawiesić uwagę na osobach, które wyszły z naprawdę ciężkich kontuzji i to w fantastycznym stylu, mam na myśli Kasię. Myślę, że w swoim czasie się wykaraskamy, po prostu nasze organizmy potrzebowały odpoczynku i się o niego brutalnie odezwały. Staram się wykorzystać ten czas na to co lubię, a na co w sezonie brakuje mi czasu, czyli kuchnia i książki. Czuję się wypoczęta jak nigdy, więc zbieram energię i szykuję głowę na przyszły rok. Oczywiście mam na myśli pozytywną energię, czyli nie wkurzam się, że ktoś biega, a ja nie, że ktoś zrobił życiówkę, a ja nie, że ktoś jedzie w góry, a ja nie. Wyjątkowo sprawnie mi poszło pożegnanie tej zołzy we mnie ;) Bo to chwilowa awaria, a za jakiś czas wszystko wróci do normy i jeszcze się tymi górami nacieszę i jeszcze będę rzygać bieganiem ;)
    Co to startów - marzeń, chcę na przyszły rok się zapisać na 64 km w Krynicy :) Dla mnie to konkret, musi mrygać ten jebut - cel w oddali :) Po Śnieżce zamarzyło mi się ultra i mi nie przeszło, więc trzeba realizować marzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę przyszły mi do głowy Twoje problemy jak to pisałam :) stąd temat brzmi znajomo. U mnie też jakoś szarpanina emocjonalna ucichła trochę i z dużym dystansem podchodzę do UMB, chociaż trochę szkoda że jest jak jest. Niestety nie mogę sobie pozwolić na zajęcie się miłymi sprawami w trakcie kontuzji bo akurat znów mam huk roboty od świtu do zmierzchu ale głowę na przyszłoroczne starty jak najbardziej szykuję i myślę o tym że będę jeszcze mam nadzieję rzygać bieganiem :) A, i też bym się może do tej Krynicy zapisała .... :)

      Usuń
  2. Kurde, zastanawiam się, co w tym jest, że się tak ludzie porozkładali. Bo, Marysia, Ty... pĄmór na całego. Wierzę jednak, że to chwilowy kryzys u każdej z Was i rach-ciach się pozbieracie. W sumie, skoro biegniesz Bieszczady, to Ty prawie już jesteś poskładana:)

    Podobają mi się bardzo te punkty, które sobie wypisałaś. Dla mnie czas kontuzji to też wreszcie trochę wolnego czasu:) Można włączyć PS3, spokojnie poczytać itd. trzeba jakoś plusów się trzymać, bo co zrobić, nie?

    Trzymaj się dzielnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, postaram się trzymać. Co do pĄmoru to faktycznie, od wrzesnia jakieś fatum- być może to efekt letnich startów, a może wakacyjnej przerwy, sama nie wiem.
      W Bieszczady jadę, bo już ciężkim sercem odpuściłam Notecką, a tu najwyżej się przetoczę. Nie daruję sobie tych widoków. Czy jestem poskładana to się okaże bo ostatni bieg powyżej 20 km robiłam 30 sierpnia a tak to same króciaki :)

      Usuń
  3. A bo to organizm upomina się o swoją regenerację. U Was tych startów dużych pełno, cały rok, jakby się tak przypatrzeć. I przecież po jednym trzeba już do drugiego trenować, a kalendarz na przyszły rok zapełnia się jeszcze przed skończeniem sezonu letniego. I mówi wtedy: widzisz, kózko, widzisz? Po coś skałała? Teraz siedź na czterech literach i odpokutuj swoje. A tak serio: współczuję bardzo takiego przestoju. Jeśli chodzi o zazdrość: ona jest zdrowa, dopóki sobie tam człowiek zaklnie pod nosem, a nie katuje faktycznie, to całkiem normalne uczucie. Ludzkie. :) Najlepiej je przekuć w pracę nad sobą, jak to właśnie mądrze napisałaś. :) Mnie osobiście Wasze przygody, poważniejsze kontuzje stopują. Stopniowo się rozwijam w tym swoim bieganiu i na razie satysfakcjonują mnie dyszki. ;) Jest wyzwanie, ale też nie ma jakiegoś mordowania się. Co prawda w planie na przyszły rok mam pierwszy maraton, ale takie starty jak połówki to dla mnie święto lasu raz na rok, a maraton? Pewnie święto nad świętami, raz na dwa lata?! Nie wiem, dopóki nie przebiegnę, nie dowiem się, ale nie ciągnie mnie, by przechodzić w ekspresowym tempie do coraz trudniejszych wyzwań biegowych. :) Zdrowiej! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To ostatnie hasło... Też się staram :)

    OdpowiedzUsuń