wtorek, 14 sierpnia 2018

Moja logistyka fastpackingu czyli co zabrałam ze sobą na wieloetapowy bieg bez wsparcia


Spontan to nie jest niestety moje drugie imię.

Zawsze zazdrościłam kozakom, co jadą gdzieś na totalnym luzie, nie znając terenu, warunków i odnoszą tam sukces. U mnie z kolei biegi ultra poprzedza zawsze nudne (a może skrupulatne?) przygotowanie, a w przypadku wyprawy na Lofoty (relacja: TUTAJ) przeszłam chyba samą siebie i proces ocierał się niebezpiecznie o granice szaleństwa (mąż, połowa marca: Ale czy ty jeszcze myślisz w życiu o czymś innym niż te cholerne Lofoty?).
No ale co miałam zrobić, skoro jeszcze nigdy wcześniej nie byłam na wycieczce pt. "wielbłąd na wieloetapówce". I w ogóle na Lofotach nigdy wcześniej nie byłam (raz byłam w Oslo i przeczytałam 7 książek Jo Nesbo, ale to się chyba nie liczy, hę?).

A zatem, w listopadzie 2017 zaczęłam kombinować. Na przykład, który śpiwór nabyć, żeby nie zostać z pustym portfelem jak gołodupiec, ale też żeby dupa za kołem podbiegunowym nie zamarzła. Ryłam Internet jak wściekła nornica w poszukiwaniu właściwego namiotu. Przekopałam się przez wszystkie strony mające w nazwie "ultralight gear" "outdoor" "fastpacking", odsłuchałam pierdyliard podcastów, czytałam książki o długich samotnych wędrówkach i o długodystansowym bieganiu po szlakach.   

Śmichy, chichy, ale powiem jedno - opłacało się tak szykować. Znajomi spytali mnie po powrocie, czy gdybym miała tam jechać jeszcze raz, to czy cokolwiek bym zmieniła.
Odpowiedź brzmi .... TAK - wzięłabym złotą Visę np. na piwo w barze na campingu (44 zł za szklankę). A tak serio to nic bym nie zmieniła.

Cały sprzęt, który sobie wybrałam, sprawdził się po prostu na szóstkę (niektóre rzeczy po własnej modyfikacji - uwielbiam DIY), dlatego postanowiłam podzielić się tu swoim doświadczeniem. Może komuś, kto ma ochotę przebiec się długodystansowo z plecakiem w formule "bez wsparcia z zewnątrz", przyda się to, co tu napiszę.

W poszukiwaniu "świętego grama" (nie mylić z Graala) moją myślą przewodnią i mantrą było:
1) "ILE TO WAŻY?"
2) "ILE TO KOSZTUJE?"

Dodam, że aspekt gramów przeważał w kontekście 5-dniowej samodzielnej wyrypy biegowej ze sporym bagażem na plecach.

Moja lista najważniejszego sprzętu wyglądała tak:

DUŻY SPRZĘT
Śpiwór Cumulus Lite Line 300 z pokrowcem 617 g  
Mata Therm-a-Rest Z-lite SOL 360 g

INNE
Kije Black Diamond Distance FLZ (212 g - jeden)
Ręcznik szybkoschnący Fjord Nansen  120x60 (75 g bez pokrowca) 

UBRANIE
Koszulka Devold Warm dł. rękaw
Leginsy 3/4 Kalenji 
Skarpety kompresyjne CEP
Buty Cascadia Brooks 11
Sandały Walky CCC 
Kurtka Ultimate Direction Ultra Jacket (153 g - damska M)
Kurtka puchowa Jack Wolfskin Helium (420 g - damska M)


NAWIGACJA, ELEKTRONIKA I PLANOWANIE TRASY
Garmin Fenix 3
Powerbank 10000 Romoss Air (208 g)
Locus Maps Pro
aplikacja Gpsies

JEDZENIE
Adventure Food - liofilizaty
Domowe muesli
Batony Voltage Cake Nutrend 
Sezamki
Tabletki Dextro


SPRZĘT


Najwięcej czasu poświęciłam na poszukiwanie tzw. wielkiej trójki - namiotu, śpiwora i maty. Są na rynku niezłe cudeńka - 1-osobowe namioty z dyneemy czyli inaczej włókna Cuben, które ważą 400 g (marzenie fastpackera). Jednak ich cena zabija (przynajmniej mnie) - 550 dolców.
W sumie się nie dziwię, bo to jest naprawdę high-tech, ale ja ostatecznie zdecydowałam się na tańszy, ważący ok. 700g tarptent czyli plandeko-namiot z tkaniny silnylon firmy Six Moon Designs (model Skyscape Trekker). Namiot sprawdził się super - wewnątrz jest przestrzeń z moskitiery zasuwana w całości na suwak, więc komary i robale mieszkańcowi namiotu nie straszne, podłoga z podniesionymi brzegami typu "bathtub" ratuje przy deszczu, a dodatkowo namiot ma dwa wejścia po bokach. Rozstawia się go na kijkach trekingowych, dzięki czemu nie potrzebujemy do niego masztów.  No i jest wyjątkowo wysoki, bo aż 114 cm. Można się na siedząco przebrać, a nawet zrobić sesję jogi bez dotykania sufitu ;-) Ma dość cienką podłogę, więc na wyjeździe podkładałam pod nią dwa worki na śmieci 120 l (takie odwijane z rolki, ale złączone i tworzące długi pas folii), w które w dzień owijałam złożony namiot i służyły jako przeciwdeszczowy "pokrowiec" (zdjęcie poniżej).
Namiot kupowałam przez znajomych na amerykańskim amazonie za 225 USD (na niemieckim kosztuje 400 EUR!). Musiałam tylko samodzielnie zasilikonować szwy. Producent oferuje taką usługę za 30 USD, ja zrobiłam to sama specjalnym preparatem za 30 zł (zresztą dedykowanym do klejenia szwów w tym namiocie).




Co do śpiwora, to miał być przede wszystkim lekki i ciepły. Nie, wróć, chyba przede wszystkim ciepły i lekki. Zresztą wszystko jedno. Oba te aspekty były kluczowe, poza ceną. Na szczęście polski producent Cumulus robi śpiwory puchowe, których parametry (850 cui) dorównują tym światowych firm. Wybrałam śpiwór Cumulus Lite Line 300 z temp. komfortu 4 st. C. Takich temperatur nie doświadczyłam podczas wyprawy, ale w 10 stopniach sprawdził się super i spałam w nim w koszulce z długim rękawem i cienkich leginsach. Przydał się też kaptur, bo jednak wiało dołem w łeb, ze względu na konstrukcję mojego plandeko-namiotu.

Koszulka Devold, śpiwór Cumulus (Lofoty lipiec, godz. 23)




Czas na matę. Zaczęłam od poszukiwania promocji na polecany dmuchany materac Therm-a-Rest NeoAir XLite, który jest co prawda w chorej cenie, ale ma wagę piórkową (340g) no i składa się do rozmiarów bidonu. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że lepsza będzie karimata - nie trzeba codziennie pompować i spuszczać powietrza, nie grozi przebicie, a w ciągu dnia można szybko na niej przysiąść w czasie przerwy. Kupiłam matę Therm-a-Rest Z-Lite SOL z dobrym współczynnikiem izolacji od podłoża Rvalue=2,6. Po skróceniu jej długości zeszłam do wagi 360 g.
Mata też super działała - na wilgotnym i raczej chłodnym podłożu Norwegii izolowała bez problemu, a przyczepiona na wierzchu plecaka tylko strasznie wyglądała. Po dobrym przytroczeniu nie było żadnego problemu z biegiem z nią.



 Ale tak naprawdę najważniejszą rzeczą był plecak :)
Ostatecznie wybrałam plecak Salomon Peak 30, chociaż mój pierwszy zakup to był legendarny plecak na biegi typu multi-stage, w tym Maraton Piasków, czyli OMM Classic 32. Ściągnęłam go z UK i po pierwszym teście okazało się, że.... obciera mi szyję :(. Odesłałam.

Salomon kupiony w kraju okazał się świetny, aczkolwiek nie idealny (chyba zrobię osobny wpis na temat tego plecaka). Główne zalety to:
  •  możliwość takiego dopasowania do ciała, że podczas biegu leży na plecach jak przyklejony, bo ma dużo punktów regulacji.  
  • niska waga jak na ten litraż (617 g - ale i tak ją zredukowałam do 600g skracając niektóre paski) 
  • fajne kieszonki z przodu, rodem z kamizelki biegowej (np. na 2 bidony).
Wady:
  • ma zbyt mało amortyzacji na ramionach. co przy ponad 7 kg bagażu spowodowało u mnie ból i otarcie ramion. Zaradziłam na to metodą DIY, a mianowicie pewna złota rączka krawiecka wszyła mi w kieszonki padsów na ramionach kawałki dodatkowej gąbki (dzięki Stasiu!). Dodatkowo podczas biegu przez Lofoty podkładałam sobie buffy na ramiona. 
  • plecak jest dość wąski, pewnie po to, żeby dało się z nim sensownie biec, ale ostatecznie i namiot i matę miałam przytroczone na zewnątrz. 
  • nie ma górnej klapy, a chyba jednak przydałaby się - myślę, że zrezygnowano z niej, żeby utrzymać niską wagę całości. 





UBRANIE

Buty! Temat nr 1. Buty mogły mnie pokonać, albo nieść do przodu jak na skrzydłach. Sytuacja była dość kuriozalna, bo tak naprawdę jeszcze na tydzień przed wyjazdem nie byłam do końca pewna, które z trzech par wybrać - stare Cascadie Brooks 11, nowe Cascadie Brooks 11, czy Hoka One One Challenger 3? Za Hokami przemawiała amortyzacja i ich sława jako butów na dłuuuuugie dystanse. Z drugiej strony kupiłam je na początku roku i po jednym dłuższym treningu w lesie dorobiłam się 4 pęcherzy na jednej stopie. W końcu się zdecydowałam na nowe Cascadie, bo w starych siatka była mocno popruta i nie chciałam wylądować w środku wyprawy z dziurą w bucie i paluchami smyrającymi trasę. Kupiłam dokładnie ten sam model i jak się okazało na Lofotach, moja stopa jest po prostu stworzona do Cascadii, a ten model był idealnym wyborem na norweskie ścieżki. Doskonale radziły sobie na skałach i kamieniach (suchych bo nie padało), a jednocześnie były na tyle uniwersalne (w przeciwieństwie na przykład do moich Inov-8 Mudclaw) że dobrze mi się w nich biegło także po asfalcie. Do czego się mogę przyczepić to trwałość Cascadii. Niestety z tym jest coraz gorzej z modelu na model. Po zrobieniu w nich łącznie ok. 500 km lekko zaczyna odstawać nosek i popruła się lewa sznurówka.  



Dość komicznym i kontrastującym z resztą w miarę profesjonalnego sprzętu elementem mojego wyposażenia były sandały z CCC. Z CCC? WTF? Otóż, potrzebowałam lekkich sandałów na camping lub sytuacje awaryjne. Okazało się że nawet reklamowane jako nic nieważące sandały minimalistyczne xeroshoes ważą więcej niż ten wynalazek z CCC (140 g jeden sandał). Uznałam więc że spoko dadzą radę i może tydzień wytrzymają, zanim się rozpadną. Wytrzymały, a nawet miały swój test bojowy czyli wdrapywanie się w nich pod górę w stromym terenie.


A co na górę? - To pytanie też spędzało mi sen z powiek. To musiały być pewniaki, bo w plecaku miałam miejsce na 2 koszulki, a nie pełen ich asortyment. Chciałam, żeby były oddychające, nie łapały zapachów, bo po paru dniach mogłabym nie wytrzymać sama ze sobą i żeby nie powodowały obcierek. No i trafiłam na coś takiego - koszulki Devold. Dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora tej norweskiej sportowej i turystycznej odzieży z wełny merino, mogłam przetestować dwa fajne wdzianka z merynosa - pierwsze to cieniutka koszulka z krótkim rękawem z serii Devold Running z siatkowymi plecami. Chyba idealny wybór na bieganie w temperaturze kilkunastu stopni.


Druga to wersja z długim rękawem Devold Warm 100% merino, z której korzystałam wieczorami i w nocy. Bardzo mięciutka i niegryząca.
Obie zaspokoiły moje potrzeby, a po tygodniu napierania, żadna z nich nie była śmierdzącą ścierą.
Na dole miałam zwyczajne legginsy Kalenji 3/4, które uwielbiam i niezawodne według mnie podkolanówki kompresyjne firmy CEP na zmianę z krótkimi decathlonowymi. Stopy również nie zaliczyły żadnych obtarć. 

Dwa słowa o kurtkach - miałam ze sobą wiatro- i wodoodporną kurtkę Ultimate Direction Ultra Jacket, którą kupiłam na styczniowej wyprzedaży w cenie niewiele wyższej niż kurtka z Decathlonu. Jest super lekka i chociaż podczas testów w Warszawie przemokła w trakcie 2-godzinnej zlewy, to na umiarkowany długi deszcz nadaje się idealnie. Na wypadek zlewy wzięłam ze sobą na Lofoty zwykłą foliową pelerynę.


Zabrałam ze sobą kurtkę puchową Jack Wolfskin Helium, która spełniała dwie funkcje. Po całym dniu biegu wieczorem zaczynałam szybko stygnąć i marzyłam o czymś ciepłym. Źle by ze mną było, gdybym jednak zrezygnowała z tej puchówki, a był taki plan, gdy chciałam ciąć wagę sprzętu. Najpierw więc w niej chodziłam po campie, a na noc pakowałam do poszewki i była doskonałą, superkomfortową poduszką.


NAWIGACJA

Analog? Digital? Kompas? Garmin? - kolejne morze dywagacji toczących się parę miesięcy. W końcu stanęło na tracku w zegarku Garmin Fenix 3 pożyczonym od kolegi i aplikacji Locus Maps Pro w telefonie, w której miałam mapę Norwegii offline i również zapisałam sobie swoją trasę. Był to zestaw idealny. Pewnie lepiej byłoby tylko gdybym miała track wrysowany w trasę widoczną w zegarku, ale takie luksusy to podobno w Garmin fenix 5 plus za miliony monet. 
Moja nawigacja sprawdziła się super. W chwilach bezproblemowych rzucałam okiem na zegarek, a w górach i poza szlakiem ustalałam swoją pozycję wg poziomic i na przykład rzeczek na mapie Locus. Garmin Fenix pod koniec dnia padał i wołał "low bat", ale spokojnie dało się go w trasie ładować z powerbanka. 
 Samą trasę wytyczyłam sobie w programie gpsies.com, w oparciu o track z zawodów Lofoten Ultra Trail 100 mil i inne tracki pobrane z sieci oraz własne koncepcje. 

JEDZENIE

No i na koniec przechodzimy do paliwa, czyli co jadłam i piłam, żeby nie paść po drodze jak wycieńczony wielbłąd.  
Ponieważ po pierwsze nie brałam ze sobą kuchenki, a po drugie kluczowa była waga zapasów jedzenia, moje posiłki musiały być możliwe do przygotowania bez gotowania i możliwie wysokokaloryczne. Stanęło na zestawie: domowe muesli + batony energetyczne + liofilizat. 
  • Muesli zrobiłam sama: do sklepowego muesli z orzechami i owocami z Lidla dołożyłam jeszcze więcej orzechów, żurawinę, wiórki kokosowe, odżywkę białkową i mleko w proszku. Przyznam, że bardzo to było dobre i wystarczyło zalać wodą. Nawet sprawdziła się tutaj zimna woda z górskiej rzeczki.
  • Batony mam swoje ulubione. To Voltage Cake firmy Nutrend. Są stosunkowo niedrogie, a pasują mi smakowo i mają sporo kcal na 100g. Wzięłam też sezamki i torebkę nerkowców.
  • Wieczorem na campingu następowała za to suta kolacja czyli liofilizat firmy Adventure Food. Każda porcja miała 600 kcal i w sumie smakowo każde danie (carbonara, ryż z warzywami i orzechami, klopsiki z ziemniakami i warzywami, curry) było naprawdę OK. A może to ja byłam taka głodna, że zasiadałam do tego jak do królewskiej uczty. Raz nawet dało radę zjeść to z letnią wodą, bo spałam na dziko i wrzątku nie było. 
  • Oprócz tego wzięłam kawę rozpuszczalną pomieszaną od razu z zabielaczem  (bo jak wiadomo poranna kawa to podstawa). 
  Kiedy po 5 dniach wyliczone na porcje jedzenie mi się skończyło, musiałam zacząć kupować w sklepie (wzięłam tylko tyle z Polski, żeby było na czas pokonania trasy 260 km). Ach te kalkulacje przed regałami w spożywczym. W końcu znalazłam zbilansowaną dietę w postaci w miarę tanich ciastek, bułek, serka do smarowania i mortadeli. Za wydaną sumę mogłabym w Polsce kupić sobie to samo x4, no ale co poradzić, więcej żarcia i tak bym nie zmieściła w plecaku, a nie chciałam się też już dociążać.

Woda (bo potrzebowałam butelkę do rolowania, cola bo potrzebowałam kopa, piwo, bo potrzebowałam relaksu wieczorem, a bułka w nagrodę ;-) 
Wodę do picia brałam z kranu na campingu, górskich strumieni, ewentualnie przebiegając obok jakiegoś domu prosiłam gospodarza o napełnienie mojej butelki i nigdy nikt mi nie odmówił.  

Jak widać, cała ta wyprawa kosztowała mnie sporo czasu, jeśli chodzi o przygotowania i sporo kasy jeśli chodzi o sprzęt. Nie żałuję jednak ani minuty i ani jednej wydanej złotówki. Sprzęt zostaje, więc następna wyprawa (a coś tam się kroi już w głowie) będzie tańsza, a poza tym czyż to nie przyjemne wybierać i kupować takie gadżety, szczególnie jak się trochę poszpera po internecie i znajdzie przecenione np. o 50%, co mi się parę razy udało. O wiele fajniejsze niż shopping w galerii w sobotnie popołudnie. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz